Tagi: antropologia podróży | literatura
Zza okien kawiarni Excelsior
9 lutego 2010
Triest jest dzisiaj raczej prowincjonalny, ale na to właśnie miasto swoje cienie kładą monumenty rozmaitych europejskich tradycji i ideologii.
„Ulica przed bramą jest wciąż »zakurzona i senna« […]. Budynek podzielono na małe mieszkania, pierwsze zajmuje rodzina Dakowów, przez ostatnie drzwi gospodyni domu pani Walcowa wpuszcza nas do środka. Pokoje są nieprawdopodobnie zawalone różnego rodzaju przedmiotami, porozrzucanymi w nieładzie: obrusy, wieczka, pudełka, walizki, lustra na krzesłach, torebki, sztuczne kwiaty, papucie, papiery, dynie; na ścianach duże pogięte fotografie gwiazd kina” – pieczołowicie rejestruje w swoim Dunaju Claudio Magris. Skąd ten pietyzm w zachowywaniu szczegółów? „Tutaj przyszedł na świat jeden z wielkich pisarzy wieku, twórca, który przeczuje i przedstawi z wyjątkową mocą obłęd epoki, oślepiający i wypaczający ogląd świata”.
„Słońce spadało pionowo z góry na brukowane uliczki, na pastelowe domy, na czerwoną łuskę dachówek, i wydobywało najstarsze zapachy. […] Capi cuch unosił się nad rozciągniętym stadem. Asfalt lśnił od krowich rozprysków”, równie werystyczny pozostaje Andrzej Stasiuk w swojej głośnej i nagradzanej książce Jadąc do Babadag. Ale powód ma podobny: „Nigdy nie mogłem pogodzić się z tym, że myśl jest bytem abstrakcyjnym, i musiałem pojechać […] przez Gorgany, przez ukraińską i rumuńską Bukowinę”.
Czego albo kogo szukają dwaj pisarze? Magris dociera do bułgarskiego Ruse, do domu przy ulicy Gurko 13. Tam urodził się Elias Canetti, literacki noblista, autor sławnego Auto da fé. Stasiuk dojeżdża zaś na skraj Siedmiogrodu, do wioski Răşinari, gdzie przyszedł na świat Emil Cioran, wielki europejski filozof pesymizmu, nieciągłości, upadku. Obaj idą po śladach sławnych mistrzów, próbują zmieścić swoje stopy w ich ślady, obaj usiłują odnaleźć ważne dla siebie znaki. Co znajdują?
Ziemie Europy Środkowej
Co znalazł Magris, zerkając „prawdopodobnie po raz ostatni w życiu, na zagracone pokoje, gdzie bawił się i wzrastał nieznany chłopiec”? Na co mógł natrafić Stasiuk, który razem z Petru Cioranem i jego żoną „na śniadanie wypijał po kieliszku śliwowicy. Pachniała samogonem, była mocna jak spirytus i pasowała do wędzonej słoniny, koziego sera i papryki”? Trzeba powiedzieć to wyraźnie: nie znajdują nic, ich złotym runem jest nicość, myśl podróżujących z lubością pławi się w pustce.
Urodzony w Istrii nad Adriatykiem, pamiętający wielokulturową udrękę Triestu Magris oraz Stasiuk, łazik z Wołowca w Beskidzie Niskim, przemierzają ziemie znane pod wspólną nazwą Europy Środkowej. Trasy ich wędrówki nie są identyczne – chociaż dźwięczna nazwa Babadag pojawia się w obu relacjach! – nie odbywają się w tym samym momencie historycznym, ale obaj widzą w zaskakująco podobny sposób. Smutne równiny, posępne góry, leniwe rzeki, suche lasy. Skołtunieni, zaniedbani ludzie, pogodzone z nędznym przeznaczeniem zwierzęta. Tu i ówdzie wysepki industrializacji, ale i one senne, kanciaste, karykaturalnie przerośnięte, kompletnie nie na miarę. Ich wzrok daremnie szuka oparcia w czymś poza upartym wiatrem, myśl beznadziejnie łaknie podniety, a nie tylko przewidywalnej monotonii.
Z Triestu do ujścia Dunaju
O Stasiuka światopoglądzie, o Stasiuka stylu i Stasiukowych podróżach napisano już u nas tyle, że nie ma potrzeby powiększania tego bibliograficznego ścisku (wydawcy skarżą się wręcz na to, że zalała ich proza ewidentnie wzorowana na jego Jadąc do Babadag i odrzucają już automatycznie opisy podróży po Bałkanach i okolicach). Pozostaje Magris. Włoski pisarz i eseista, tłumacz między innymi Ibsena i Kleista, wykładowca na uniwersytetach w Trieście i Turynie, współpracownik znanych czasopism, na przykład „Corriere della Sera”, w latach 1994–1996 senator. To twórca uznany, wyróżniony doktoratami honoris causa wszechnic w Strasburgu, Kopenhadze, Klagenfurcie i Segedynie, laureat literackich nagród Herdera i Erazma.
Z całą pewnością najbardziej znaną jego pracą jest eseistyczny Dunaj z 1986 r. Książka o rzece, jej historii i geografii, ale nade wszystko o granicach, które są bodaj najbardziej istotnym wątkiem całej twórczości Magrisa. Podążając z biegiem Dunaju, autor przemierza Szwarcwald, trafia do Ulm, Linzu, Wiednia, potem do Bratysławy, Budapesztu i Belgradu, by stanąć, jak oznajmia, „u wrót Azji”, u progu krain przedhistorycznych. „W Ruse, pisze Canetti – a dla niego raczej w Ruszczuku – resztę świata nazywano Europą, więc jeśli ktoś wyruszał z biegiem Dunaju do Wiednia, to mówiło się, że jedzie do Europy”. Europa jest jak opisywany przezeń Dunaj: zaczyna się pośród niemieckich wzgórz, a kończy gdzieś, hen na wschodzie; tam się wyczerpuje, tam zanosi nieczystości, tam jest już jedynie materią po wielekroć przetrawioną, odpadem, strzępem dobra, prawdy i piękna. Także dławiącą tęsknotą za życiem, które jest gdzie indziej. Triesteńczyk czuje się tam zagubiony i bezradny. Patrząc na pustkę, pyta siebie samego: czy to już wszystko?
Dunaj został napisany w kawiarni. Gdy siedzi się w przytulnym wnętrzu Excelsiora na Via Cumano 14, spojrzenie Magrisa wcale nie wydaje się takie płytkie, zadufane i małostkowe. Intensywny zapach kawy (nie bez powodu jest to Industria Caffè Torrefato, gdzie podaje się własne mieszanki), cichy szum automatów, przyjemny gwar niespiesznych rozmów w deszczowe południe. Za bezszelestnie zamykającymi się drzwiami z grubego szkła umieszczono salę dla palących. Naprzeciw siebie siedzi tam para staruszków. Rude plamy na ich skórze doskonale godzą się z elegancją strojów. Na kwadratowym blacie stołu szerokie kielichy z białym friulijskim winem, kilka świeżych tostów, pomidorowa pasta, bruschetta, porcja aromatycznego ragoût. Z tej pary jadł tylko mężczyzna, osobliwie. „Miało się wrażenie – rozprawiał o tym w Marszu Radetzky’ego Józef Roth – że najważniejsze kawałki spożywa oczyma, jego zmysł piękna sycił się przede wszystkim treścią potraw, ich stroną duchową niejako”. Dym papierosowy rysuje nad ich głowami szare, napowietrzne formy, może mapy Austro-Węgier… Dwa kroki stąd Piazza dell’Unità d’Italia, największy w Italii rynek otwarty bezpośrednio na morze, tak samo blisko do łuku triumfalnego z poprzedniej ery, Teatro RoMarszu Radetzky’egomano, amfiteatru sprzed dwóch tysięcy lat, średniowiecznej katedry San Giusto, weneckiego zamku na wzgórzu. Włoska normalka.
I choć Triest dziś jest miastem raczej prowincjonalnym, to wędrówka stąd do ujścia Dunaju – poprzez kolejne środkowoeuropejskie zadupia – musiała być, zwłaszcza przed 1989 r., podróżą od źródeł do kresu, przejściem od kultury do natury. To przecież ziemie, gdzie został wygnany Owidiusz, a Casanova dokonał żywota jako małomiasteczkowy bibliotekarz. Takie jest przeznaczenie Ruszczuków i Babadagów: bycie zapleczem, wstydliwą graciarnią, ciemnym miejscem dla wygnańców i przegranych.
Tygiel ludów i splot zdarzeń
Najnowszą książką Magrisa jest Na oślep i to jej egzemplarz zabrałem do Triestu. Powieść pisaną przez wiele lat, słusznie tedy uznaną za sumę jego pisarstwa, od razu uhonorowano Premio Tomasi di Lampedusa. To narracja wielowątkowa, oniryczna, prowadzona przez wieloraki podmiot. Opowiada o całym XX w. i wszystkich jego europejskich zwyrodnieniach. Narrator trafia do Dachau i na Goli Otok, zakłada Hobart Town na Tasmanii i służy jako duński marynarz. Wielokrotnie wspomina swoją działalność w partii komunistycznej. Jej triesteńska siedziba „miała dziwny rozkład: pokoiki, korytarze, spora sala konferencyjna, wewnętrzne schody wijące się aż do pomieszczeń na wyższych piętrach, wychodzących na via della Cattedrale i wzgórze San Giusto”.
Szliśmy via della Cattedrale z góry, potem mozolnie drapaliśmy się w górę. Nierówny bruk, kamienna stromizna, kapliczka z Matką Boską, kilka samochodów zaparkowanych w urągający grawitacji sposób, para kotów. Droga łącząca spokojne zaułki triesteńskiej starówki z gwarnym portem i dzielnicą handlową. To gdzieś na tej ulicy – lektura wymusza taką tezę – nastąpić musiała zmiana w Magrisowym oglądzie Europy i jej spraw. Na oślep tym bowiem różni się od słynnego Dunaju, że nie kawałkuje tego kontynentu, ale scala go w jedno, przypisując mu ten sam los; jakże gorzkie to scalenie!
Ów los wspólny jest fatalny: „Każde ciało urodziło się, aby cierpieć, aby trafić w czyjąś paszczę”, powiada Magris; „Displaced persons, galernicy, bloody newaustralians, convicts, dagos, wogs, szybko, wsiadajcie, płyniemy. […] Życie jest podróżą, rejsem po morzu i deportacją” – tak rozumie porzekadło o tym, że żyć to znaczy żeglować. Wielkie europejskie ideologie XX w. – na wschodzie i zachodzie, na północy i południu, także te, które udało się eksportować do innych części świata – przyniosły klęskę, cierpienie i niechęć do jakichkolwiek form zaangażowania się, wspólnego działania w imię jakichś idei. Wyzwolenie jednych nieodmiennie skutkuje wszak zniewoleniem drugich, przykładem „komunizm, który wyzwolił nas z łagru i zamknął w gułagu”. Nic w istocie się nie zmienia, „Piekieł jest wiele, są wszędzie”. Obłędna wirówka historii jest powtarzalna w swoich paroksyzmach, a krew, fałsz i populizm to jej główne cykle.
Co pozostaje? Jednostka, która jest niepowtarzalna. Na oślep nie daje wielkiej nadziei, tu i ówdzie przebłyskuje jedynie myśl, że pojedynczy człowiek może mierzyć się z machiną zniszczenia i zidiocenia, że można ocalić swoją wyjątkowość. Właściwie jako motto całej książki traktowałbym jedno jej zdanie. Magris wyznaje oto: „ja też jestem i będę zawsze i wszędzie czarnym i to nie z powodu pradawnej krwi mojej matki, lecz dlatego, że gdziekolwiek są wygnańcy, tam wcześniej czy później ty również skończysz jak wygnaniec”.
Dunaj był opowieścią o „innej” Europie, Na oślep jest książką o jednej Europie. „Teraz wydaje mi się, że te schody” – pisze Magris, nawiązując do siedziby Partii przy via della Catedrale – „były drogą na skróty między dwoma światami”. Po wyjściu z kawiarni okazuje się, jak bardzo bliska jest synagoga na via San Francesco d’Assisi, i grecka cerkiew św. Mikołaja, i serbska cerkiew św. Spirydona, i spiżowa postać Jamesa Joyce’a, przechadzająca się nieopodal Canal Grande. A w sąsiedztwie dumne pozostałości CK monarchii, dla której Triest był oknem na świat: ciągi rezydencji w Città Nuova i oczywiście pyszna Miramar, rezydencja arcyksięcia Maksymiliana Habsburga i jego żony Charlotty. Być może nie bez znaczenia w tym wyliczeniu jest fakt, że pierwsza partia faszystowska powstała właśnie we Włoszech w 1919 r., a nieopodal, na adriatyckiej wyspie Goli Otok, istniał obóz koncentracyjny dla wrogów socjalistycznego państwa Tity (miejsce, w którym – w przeciwieństwie do syberyjskich gułagów – uśmiercano gorącem i pragnieniem, jest dzisiaj atrakcją turystyczną, a książki na ten temat wystawia się licznie na niedzielnym jarmarku rozłożonym nad Ljubljanicą, w stolicy Słowenii, również nieodległej). Ten tygiel ludów i splot zdarzeń musiał być widoczny nawet podczas spaceru wąską ulicą.
„Nie potrafię pisać w domu – wyznawał Magris w jednym z wywiadów – ciągle coś mnie rozprasza. Za to w kawiarni mogę być sam, bez towarzystwa. Jestem anonimowy, ale otoczony przez innych ludzi, dzięki czemu utrzymuję kontakt z rzeczywistością”. Oto paradoks: pisanie w miejscu i lektura w podróży. Z obu zaś zgodnie wynika, żeśmy mieszkańcami tego samego zaułka, gdzie piekła są wszędzie. Tak wygląda wspólny mianownik europejskiej tożsamości początku XXI w.
Opcity: Claudio Magris, Dunaj; Claudio Magris, Na oślep; Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag, Józef Roth, Marsz Radetzky’ego.