Op. cit.,

Tagi: mniejszości | reportaż | wykluczenie

Znajomek mówi, że to jak film

3 stycznia 2012

Tadeusz Strączek

Kiedy „Ciocia” Tuyet była mała nie lubiła sosu rybnego, a także innych tradycyjnych składników kuchni wietnamskiej. Jej rodzice żartowali – „idź ty do Ameryce, ty nie Wietnam”. W 1996 roku przyjechała do Polski. O szóstej rano rozpoczynała pracę w barze na Stadionie Dziesięciolecia. Było zimno, między straganami zalegał śnieg. Pracowała w kuchni z Ukraińcami. Na początku nie znała języka, często płakała. Kiedy po dziesięciu godzinach wracała do domu, mijały ją jadące na wschód stare PKS-y z zaparowanymi szybami. Tuyet nie robiła zakupów na bazarze – o 16 nie było już handlu, poza tym Stadion wydawał się naprawdę niebezpieczny. Jedna z jej sióstr powtarzała: „Ty iść Wietnam”.

Wujek

Nguyễn Trung Huȳnh do Warszawy przyjechał dwadzieścia jeden lat wcześniej. Był jednym z pierwszych, którzy wzięli udział w programie współpracy pomiędzy Socjalistyczną Republiką Wietnamu a Polską Rzeczpospolitą Ludową. W 1975 r. rozpoczął studia na wydziale Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej. Wcielony do Wietkongu podczas wojny wietnamskiej był narażony na działanie Agent Orange, jednego z tęczowych herbicydów używanych jako broń chemiczna przez Armię Stanów Zjednoczonych. „Ciocia” Tú przyjechała do Polski pomóc kuzynowi Nguyễnowi. Nazywała go „Wujkiem”. Po ośmiu miesiącach spędzonych na Stadionie Dziesięciolecia rozpoczęła pracę w założonym przez niego barze Cô Tú w pawilonach przy ul. Nowy Świat. W 2004 roku, w wieku 57 lat Nguyễn Trung Huȳnh umiera na raka wątroby spowodowanego działaniem czynnika pomarańczowego.

„Kurczak świeży”

„Kurczak świeży, wieprzowina i wołowina setki kilogramów miesięcznie. Zawsze od tych samych dostawców”. Mięso przyjeżdża zwykle koło dziesiątej. Ze starego forda transita kierowca wyjmuje kolejne skrzynki, które z pomocą jednego z kucharzy wciąga do lokalu na niskim metalowym wózku. Ryby, warzywa, przyprawy, tofu. W kuchni wietnamskiej nie wykorzystuje się mąki, do potraw dodaje się niewielkie ilości tłuszczu.

Obecnie barem kieruje Phát, siostrzeniec „Cioci” Tuyet, który przyjechał do Polski miesiąc po śmierci „Wujka” Nguyễna. Phát pracuje prawie codziennie, nawet 12-13 godzin. Pomaga mu szwagier Tiêń oraz Karol – jedyny Polak w Cô Tú. O dziewiątej rano pięciu kucharzy z Wietnamu zaczyna przygotowywać potrawy. „Ciocia”, po piętnastu latach od przyjazdu, jest coraz bardziej zmęczona, w knajpie spędza już tylko parę godzin. „Nie mogę już długo pracować. Phát dobry dla mnie, tyle lat on pomaga. Teraz ja wynajmuję dla Phát, on ma żona, rodzina, ja blisko emerytura”.

co tu_ts

fot. Tadeusz Strączek

Płatek śniegu

Po skończeniu studiów Nguyễn Trung Huȳnh pracował w urzędzie geodezyjnym, a następnie założył pierwszą w Warszawie restaurację Wietnamską – Bong Sen. Ożenił się z Polką, mówił, że nie pasuje do Wietnamu. Nie pił, nie lubił alkoholu. „On ma problem jak grupa pije razem, biznes, rozmawia, on boi się. Wszystko można załatwić. On nie. Teraz Wietnamczycy w Polsce szybko się bogacą, kilka lat i już widać Mercedesy. Dawno nie, wszystko boi się”.

Pod koniec lat 90. Nguyễn Trung Huȳnh sprzedał udziały w Bong Sen i założył bar, który nazwał imieniem swojej kuzynki – „Ciocia Tú”. Zachorował niespodziewanie. Kiedy umarł „Ciocia” została sama. Tuyet to po wietnamsku płatek śniegu.

Deser fasolowy

Jedynym miejscem, które „Ciocia” znała na Stadionie był bar, w którym pracowała. Wspomina, że początek pobytu w Polsce był dla niej bardzo trudny. Brak znajomości języka, a także różnice kulturowe powodowały, że nie miała przyjaciół ani znajomych. Jedyną bliską jej osobą był „Wujek” Nguyễn. Kiedy była młoda nie wyobrażała sobie rozstania z rodziną. Mieszkała w Sajgonie, w Wietnamie Południowym. Za parterowym, jednoizbowym domem płynęła rzeka, na której organizowany był pływający targ. Wszędzie rowery. Młoda Tú miała ośmioro rodzeństwa, od dziecka starała się pomagać rodzicom – matce, która zajmowała się handlem oraz ojcu, który pracował na budowie.

Kiedy miała 17 lat, zaczęła sprzedawać na ulicy deser fasolowy. Przygotowywała go w domu. Zaczynała pracę o szóstej rano, kończyła po siedmiu, ośmiu godzinach. Niedziela była dla niej jedynym dniem wolnym. „Wietnam to dużo pracować, ale pieniądze mało, nie można chować. Tutaj pracujesz, ale trochę dla ciebie, trochę dla rodzina w Wietnam”. Dwadzieścia lat temu rzeka za domem „Cioci” Tuyet została zasypana, a na jej miejscu wybudowano nowe osiedla mieszkaniowe.

Człowiek Hanoi – Człowiek Sajgon

Szacuje się, że w Polsce żyje około 30-40 tysięcy. Wietnamczyków. Pochodzą głównie z dużych ośrodków miejskich na Północy, jedynie kilkudziesięciu wywodzi się z Południa. Dla Wietnamczyków to rozróżnienie jest bardzo ważne. W warstwie językowej przejawia się w antonimicznych określeniach „człowiek Hanoi”, „człowiek Sajgon”. Mieszkańcy Południa są uważani za bardziej otwartych, łatwiej się asymilują. „Północ inna, a południe wesoła. Ludzie tak, jak w Ameryce. Północ to boi się, nie rozmawia. Inna kultura trochę”.

Po przyjeździe do Polski Wietnamczycy stają się skryci, bardzo rzadko nawiązują kontakty towarzyskie, zamykają się w gronie własnych partnerów biznesowych. Czas spędzają głównie z rodziną i przyjaciółmi. „Wietnamczycy żyją inaczej, oni swoja grupa, swoje jedzenie. Do Hotelu Gołębiewski w Mikołajkach niektórzy przyjeżdżają z własnym garnkiem na ryż”.

co tu2_ts

fot. Tadeusz Strączek

Tożsamość miejsca

Do Cô Tú często przychodzą funkcjonariusze policji i straży miejskiej. Jest ich więcej, niż się wydaje, ponieważ nie zawsze pojawiają się w mundurach. „Czują się tutaj jak u siebie. Bezpiecznie”. Przyczyn popularności baru można doszukiwać się w próbie odtworzenia atmosfery domu. „Ja mało mówić po polsku. A dużo uśmiechy. Czasami zmęczona, a też uśmiechy. Jak przyjdzie budowa, to daję większa ryż, czy większa surówka i rozmawia. Zawsze myślę, żeby można i dobre, i tanie jedzenie dla klient”. Kiedy „Ciocia” Tuyet przyjechała do Polski, nie miała trudności z przyzwyczajeniem się do innej kuchni. Nie lubiła tylko śmietany, sera i śledzia.
Kiedy w mediach pojawiła się informacja o możliwości skrócenia dzierżawy pawilonów przy ulicy Nowy Świat przez Urząd Miasta Stołecznego Warszawy, w akcji protestacyjnej na Facebooku wzięło udział 17,500 osób. Właściciele baru twierdzą, że nie mógłby on funkcjonować w innym miejscu.

Polska

Dla wielu Wietnamczyków przyjazd ze zniszczonego wojną kraju do Polski był jedynym sposobem na utrzymanie rodziny. Niektórzy wysyłali do ojczyzny prawie wszystkie zarobione w nowym kraju pieniądze. Teraz jest inaczej: organizują krewnym wesela, kupują skutery.

Wietnamczycy cenią polską służbę zdrowia, chcą, by ich dzieci rodziły się właśnie tutaj. Ci, którzy osiągają sukces, planują powrót do Wietnamu. Często jednak zostają ze względu na synów i córki, którzy kształcą się w polskich szkołach. Przeciętna wietnamska rodzina liczy od stu do dwustu osób. W Warszawie znajomi spotykają się w dużych grupach. Kobiety przygotowują jedzenie, mężczyźni grają w karty i piją piwo. Podczas pracy niejednokrotnie ze sobą konkurują, ale wieczorem przestaje to mieć znaczenie.

Społeczność wietnamska nie jest zhierarchizowana, każdy może rywalizować z każdym. Miejscem rozstrzygania sporów jest ambasada, która pełni rolę rozjemcy i wydaje zwyczajowy wyrok, zawsze respektowany przez zwaśnione strony. Po likwidacji Stadionu Dziesięciolecia handel wietnamski rozproszył się pomiędzy Centrum Hal Targowych Marywilska 44, Centrum Maximus Nadarzyn oraz Wietnamskim Centrum w Wólce Kosowskiej. Miejsca te jednoznacznie odcinają się od stylistyki bazaru, są wzorowane na rozwiązaniach znanych z galerii handlowych. Aluminiowe poręcze, przeszklone wystawy, profile w serwisach społecznościowych oraz angielskie hasła reklamowe. Centrum Maximus to „International Fashion & Home Art Capital”.

Nowy Świat

W 2006 roku, po dziewięciu latach pobytu w Polsce, „Ciocia” nie zna jeszcze całego Nowego Światu. Większość czasu spędza w barze, w kuchni albo obsługując klientów. Nie ma czasu na przyjemności, boi się chodzić sama po Warszawie. „Dużo Wietnamczyków ma tutaj napad. Czasami jak sąsiednia ulica i oczy takie duże, i widać taki duży facet, to ja bardzo boję się. Potem ja lepiej trochę, początek okropno boję się”.

Krzysztof Odziński, prezes Zespołu Budowy i Administracji Pawilonów Rzemieślniczych Nowy Świat, do Cô Tú przychodzi od samego początku, dwa, trzy razy w tygodniu. Zawsze zamawia dania jarskie. Krewetki, rybę chrupiącą lub rybę z grilla. Wspomina, że pomimo tego, że był stałym klientem, w przeciwieństwie do innych nigdy nie dostał żadnego prezentu – banana w cieście, pepsi.
„Nie wiem dlaczego tego dnia ja daję na prezent herbata zielona i ja pyta czy można z panem porozmawiać. Wietnam to bez problemu rozmawia o rodzina, o życiu, ale Polaki nie wolno mówić. A ja tak jak Wietnam, ja mówię tak, jak pan nie ma żona, jak pan nie ma dzieci, to pan smutno. A on mówi, nie smutno, on ma w domu kot, on buddysta, on modli się. Ja też buddystka. Moje serce czuje taka ciekawa. Potem on zaprasza do Bliklego”.

Rok później „Ciocia” Tuyet i Krzysztof Odziński biorą ślub. Wesele odbywa się w Polsce. Teraz często chodzą do opery, kina, teatru. W soboty i niedziele śniadania jedzą razem na mieście. „Dziewięć lat nic nie rozmawiał. Herbata na prezent i poszło bardzo łatwo. Znajomek mówi, że to jak film”.

Tekst powstał w ramach projektu “Miasto oddolne” współfinansowanego przez m.st. Warszawa.

miasto

Projekt współfinansuje Miasto Stołeczne Warszawa

Zdjęcia autora

Tadeusz Strączek - student I roku studiów magisterskich w Ośrodku Studium Amerykańskich UW i Studium Fotografii ZPAF. Był koordynatorem 8. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmów o Tematyce Żydowskiej. Współpracuje z Warszawskim Festiwalem Filmowym; ur. 1989 r.

Twój komentarz