Tagi: antropologia podróży | klisze | święto
Zbłąkana wędrowczyni
9 stycznia 2011
W Kolumbii Boże Narodzenie obchodzi się przez cały grudzień. I nie mam tu na myśli przedwczesnej sprzedaży choinek czy prezentów, ale faktyczne świętowanie. I to huczne i wesołe, czemu sprzyja fakt zamknięcia na ten czas szkół, uniwersytetów, a także wielu firm.

fot. Ula Lewandowska
Zaczyna się 7 grudnia zapalaniem świec na cześć Matki Boskiej – Virgen de Carmen. W Noc Świeczek Kolumbijczycy wychodzą przed swoje domy, by przyozdobić ulice lampionami i innymi dekoracjami świetlnymi. Proces ten nazywa się alumbrado – rozświetlenie. Jest to także okazja do spotkania z bliskimi zakrapianego bardzo popularnym aguardiente (wódką anyżową) i lokalnym rumem.

fot. Ula Lewandowska
16 grudnia zaczyna się nowenna. Tradycja każe, aby przez kolejne dziewięć dni Kolumbijczycy spotykali się wieczorami na modlitwach i kolędowaniu. Przed domami buduje się ogromne szopki, przy których zbiera się rodzina (często przychodzą też dzieci z sąsiedztwa), by śpiewem, tańcem i klaskaniem przywoływać na świat El Niño Dios (Dzieciątko Jezus). W niektórych domach kolęduje się przy akompaniamencie grzechotek i innych instrumentów rytmicznych.
24 grudnia, z samego rana, zabija się marrano (świnię). W trwającym cały dzień procesie przetwarzania mięsa w szereg tradycyjnych potraw uczestniczą wszyscy członkowie rodziny. Tradycyjne wigilijne potrawy to morsilla (odpowiednik kaszanki), chicharron (smażony bekon), mondongo (flaki) oraz inne pieczone i grillowane mięsiwa. Na deser jada się tu natilla y buñuelos (czyli kukurydziany budyń z cynamonem i serowym ciastkiem o kształcie kuleczki).

fot. Ula Lewandowska
Przy dźwiękach salsy, vallenato, popular czy tropical – muzyki płynącej z niezwykle okazałych głośników, które wystawia się przed dom, popijając piwo lub mocniejsze trunki, Kolumbijczycy od samego rana tańczą, gotują i jedzą. Przed godziną 19 nadchodzi czas na “doprowadzenie się do porządku”, zmianę ubrania i ponowne spotkanie z rodziną. Wtedy też otwiera się czekające pod choinką, przyniesione przez Dzieciątko Jezus, prezenty. Resztę nocy spędza się z przyjaciółmi.
Czas od świąt Bożego Narodzenia do Nowego Roku to niekończąca się fiesta. Zewsząd słychać muzykę i widać pary tańczące w domach lub przed nimi. Na ulicach zaczynają pojawiać się kukły symbolizujące mijający rok.
31 grudnia odbywa się defilada wszystkich możliwych pojazdów, motocykli, furgonetek i samochodów załadowanych zdumiewającą liczbą osób. Wiele pojazdów przewozi symbolizujące stary rok, wypełnione papierem i szmatami, kukły, które pali się o północy (niejednokrotnie palącą się kukłę ciągnie się za samochodem lub motorem). O godzinie 24, by zapewnić sobie dostatek w nadchodzącym roku, Kolumbijczycy wyrzucają w górę garść soczewicy. Życząc sobie pomyślności nierzadko płaczą. Przyjście Nowego Roku stanowi obietnicę czegoś nowego, ale jest także pożegnaniem z przeszłością. Wzruszenie wynika z nostalgii za tym, co bezpowrotnie minęło. W nocy chodzi się od domu do domu odwiedzając znajomych i wznosząc toasty lub czeka się na sylwestrowych gości.
W większości polskich domów istnieje tradycja zostawiania wolnego nakrycia dla „zbłąkanego wędrowca”. Z realizacją zwyczaju przyjmowania nieoczekiwanych gości bywa rożnie – pamiętam, że w moim domu z dużą podejrzliwością zareagowano na kogoś, kto zwyczajnie pomylił drzwi. Podróżuję sama, a święta to czas, który chce się dzielić z najbliższymi. Gdy rok temu obchodziłam Boże Narodzenie w Kolumbii, nie mówiłam nawet dobrze po hiszpańsku, jednak w każdym domu przyjmowano mnie z uśmiechem, otwartością (gdy dukałam, dzieciaki rozsiadały się wokół mnie, dorośli ściszali muzykę). Witano wielką porcją mięsa i zaproszeniem do tańca.
Chcę powiedzieć, że w Kolumbii doświadczyłam świąt jako czasu rzeczywistego dzielenia się i autentycznej radości. Miła odmiana po tylu latach polskich bożonarodzeniowych biesiad w towarzystwie pustego talerzyka.
Ula Lewandowska - etnografka, od lat na emigracji, od 1,5 roku w podróży po Ameryce Południowej, ur. 1983 r.