Op. cit.,

Tagi: (nie)czystość | antropologia ciała

Wymarsz z wodą w ustach

21 stycznia 2011

Tomasz Rakowski

Wy, koledzy, możecie z tego oczywiście więcej zrozumieć niż ja podówczas.
Joseph Conrad, Jądro ciemności

Kiedy przyłożymy do swych uszu poskręcaną muszlę morską, usłyszymy cichy szum. Charakter dźwięku – zimny i oschły – z początku upewnia mnie o fizycznej stronie zjawiska, niczym w oscyloskopie widzę migające drgania cząstek powietrza. Rozpoczynam pierwszą podróż w głąb zwapniałych skrętów.

Tekst został opublikowany w 7. numerze czasopisma „Opcit”.

Szum morza znaleziony w muszli powstaje dzięki osobliwej strukturze ciała. Niemożliwe jest pojęcie wody czy wilgoci bez odniesienia go do zbioru wrażeń uwięzionych w pobudzonym organizmie: „w trakcie prezentacji słowa »wilgotny« (feucht) – czytamy w Fenomenologii percepcji – doznaję poza uczuciem wilgotności i chłodu całkowitej reorganizacji schematu cielesnego, tak jakby wnętrze ciała wychodziło na powierzchnię i jakby rzeczywistość ciała skupiona dotąd w ramionach i nogach szukała dla siebie nowego ośrodka”. Woda jest ośrodkiem gęstym, szumiącym i bardzo starym, w sensie antropogenicznym. Wyszliśmy z wody, przed sobą widzimy wypełzającego na suchy ląd jaszczura. Ta scena pojawia się zarówno w pamiętanych z paleontologicznych atlasów rycinach, jak w huculskich i kałmuckich apokryfach z postaciami łuskowatych praludzi i chtonicznych żertw. Jednak okazuje się, że morskie wody, szumiąc, wciąż otulają nasze przezroczyste, blade tkanki. Niezwykły fizjolog profesor Andrzej Trzebski stwierdził, że krew i płyny tkankowe pod względem fizykochemicznym dokładnie odpowiadają praoceanom, które opuściliśmy. Wypełzając, zabraliśmy w krwiobiegu szumiącą substancję, nosimy wewnątrz jej niepokojące strumienie.

Ustawiłem równo obok siebie ciało i morze, szum i wilgoć. W tekście porozbijanym na mitemiczne porcje ciało i jego części znajdują swe poszczególne odpowiedniości – ciało to ziemia, krew jest morzem i rosą, oczy są słońcem, kości to kamienie. Ma człowiek „głowę okrągłą na wzór sfery niebieskiej – pisał Ryszard Tomicki – pierś poruszana oddechem to jakby powietrze wstrząsane wiatrami i gromem. Brzuch przyjmie wszelkie ciecze tak, jak morze naturalne cieki”. Woda to pierwociny chaosu: szumiący, wijący się strumień do złudzenia przypomina węża. W młodopolskich umysłach równolegle pojawia się kobieta wąż i fontanna krwi, morze krwi, „w orgii żądz rozpasanych i knowań zbrodniczych / w świście dusznych oddechów łon kipiących znojem / w krwawych tętnach arteryj zmysłów tajemniczych / słyszę głos co jak burza grzmi nad sercem mojem / głos woła: »Ja krew jestem«…”. Nadmiar tej szumiącej substancji puszczono szeroką strugą omdlałemu w celi Konradowi.

* „Zbudzenie me na morzu święcił wir powietrzny / Dziesięć nocy, jak korek, tańczyłem na fali / W której ludzie kołowrót widzą ofiar wieczny / Nie tęskniąc do mdłych latarń znikłych gdzieś w oddali”.

    • Bolęcin, lipiec 2002 r. Materiały zebrane przez Annę Iwaszkiewicz i Annę Górską.

Podobnie jak krew zmywająca zniewagi i winy, akwatyczna potęga niesie oczyszczenie. Jeszcze przed pierwszym promieniem słońca rozpoczynający dzień chłop schylał się, nabierał wody i obmywał twarz, oczy, brwi, nabierał wody w usta. Ablucja zezwalała na właściwe obudzenie się, odcinała więź ze snem, ze stanem podobnym do śmierci. W osiemnastym wieku wodne natryski zostały rozpisane w obowiązkowe codzienne serie, miały mobilizować i dyscyplinować skoszarowane wojska, brygady robotników i armie nędzarzy. Jednak rytualne obmycie, które rozwiązuje obecny stan, jednocześnie z całą mocą opiera się na potędze uprzedniego zawiązania i zamrożenia bytu. Woda przemienia się wówczas w otchłanną topiel – w morską głębinę, która pochłania kolejnych zatraceńców: statek widmo Artura Rimbauda*, Ulissesa i jego towarzyszy. Bezustannemu błądzeniu po nieskończonym oceanie (morzu – chaosie – labiryncie) towarzyszy regres w stronę pierwotnej, bezlitosnej materii.

Szumiące strumienie wzniecają we wspomnieniach mieszkanki Bolęcina opowieść o błądzeniu na dobrze znanych ścieżkach: „jak my pierze skubały, opowiadał wujek tak: wtenczas to ja miałam nie wiem czy szesnaście lat. Wyprawił go ojciec jego – »weśta, Jasiek, konie i jedź tam…« – taka była, taka była rzeka tam, nazwy już nie pamiętam, jak. »Weź i idź tam konie popaś«. No to te konie skubały, a wujek sobie siedział, drzemał trochu. No i potem uważał, że już konie mają dosyć, no to wstał, konie pozbierał – dwa konie, i idzie z tymi koniami, a naraz się zrobiła… woda… No nie widzi którędy… gdzie droga, którędy iść… i tak sobie myśli-mówi: »Jak ja teraz? Gdzie ten mostek jest, żebym ja przeszedł przez ten mostek, przez tą wodę, przez tą rzekę, bo dosyć głęboka. No nie wiem«. Ani w jedną stronę, ani w drugą nic nie widział. Ale przyszedł, tak sobie pomyślał, »no to mnie się może zwidywać, ale chyba koniom nie«. I zostawił to, gdzie konie pójdą, to on tam. No i rzeczywiście, te konie przeszły przez ten mostek w stronę domu. Wujek się obrócił – nie ma żadnej wody. No, że go tam, że jak mówią, że go to mamiło, tak go mamiło, żeby poszedł tam, to być może by wpadł do tej wody, może by się utopił…”**.

Woda (piana, fala) jako substancja ciemna i chtoniczna otwiera judeochrześcijańską i grecką genesis. Szereg skojarzeń wiedzie w ten sposób od nocy-śmierci przez chłód, ciemność, znieruchomienie, wilgoć do bezmiaru wód, do potęgi materii. Poranne „nabranie wody w usta” i umycie rąk rozumiem jako obraz zmilknięcia i rytualnego znieruchomienia. Każda ablucja to powtarzająca kosmogonię ofiara in statu nascendi, pierwsze krople wody, krwi i spirytusu lądują na ziemi. Wyłoniony zostaje bezmiar wód i bezmiar straceńczego losu, chwytający topór zwykł najpierw spluwać w ręce. Kmicic z Wołodyjowskim wychodzą na pojedynek w ulewnym deszczu (wersja filmowa) i rozbierają się do koszul. Rozbierają się tak, jak przed umyciem wodą, tak, aby tuż po cięciu pojawiła się pierwsza krew. W chwili grozy, w chwili mitologicznego znieruchomienia krew – wewnętrzny ocean, burzy się, „przebiera się czara” – jest to rodzaj magii dobrego początku. Obmywając twarz, jeszcze raz wbijam do swej głowy, że „co nas nie zabija, to nas wzmacnia”. Świat, zdawać by się mogło, nie ma wtedy granic. Najzacieklej broniący się otwierają swe domy, pozostałe do przebycia dystanse dziwnie się skracają. Morze nadciąga nieuchronnie, w głowie, podobnie jak skrętom znalezionej muszli szumi ciężka, zła krew. Wyruszam za Rimbaudem sprzedawać naboje i karabiny abisyńskim władykom: „Znajduję się na plaży bretońskiej. Niech zaświecą wieczorne miasta. Mój dzień się wypełnił: opuszczam Europę. Morski wiatr wypraży moje płuca… Pływać, ugniatać trawę, polować, zwłaszcza palić tytoń, i pić alkohole mocne jak wrzący metal… Powrócę z żelaznymi mięśniami, ogorzały, z wściekłym okiem… Będę miał złoto; będę gnuśny i brutalny… Wdam się w polityczne rozgrywki. Będę zbawiony”.

Opcity: Bogusław Adamowicz, Piąty żywioł; Maurice Merleau-Ponty, Fenomenologia percepcji; Artur Rimbaud, Statek pijany, Zła krew/Sezon w piekle; Ryszard Tomicki, Ludowe mity o stworzeniu człowieka.

Zdjęcia autora

Tomasz Rakowski - adiunkt w IEiAK UW, antropolog badający środowiska biednych i wykluczonych, autor książki „Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy”. Pracuje jako lekarz na oddziale ratunkowym jednego z warszawskich szpitali. ur. 1974 r.

Twój komentarz