Op. cit.,

Tagi: badania terenowe | miasto | migracja | wieś

Wieś-miasto. Gdzie leży granica?

6 marca 2010

Amanda Krzyworzeka

Tekst został opublikowany w 40. numerze czasopisma „Opcit”.*

Warszawa w pełni należy do współczesnego świata – kolorowego, pełnego ruchu i zmienności, chociaż wielu jej mieszkańców, wracając z zagranicznych podróży, zauważa, że jest w niej stosunkowo mało ludzi innych ras i kultur, że jest mało „światowa”. O tym, że naszą dzisiejszą rzeczywistość charakteryzuje mobilność mówi się wciąż, na okrągło, w każdej sytuacji. Często w tym kontekście używa się też dawnych pojęć, takich jak migracja ze wsi do miast czy migracja zagranicę. We współczesnym świecie trzeba te pojęcia przemyśleć jeszcze raz, bo może się okazać, że obecna „mobilność” ma z nimi niewiele wspólnego.

„Migracja ze wsi do miast” to pojęcie, które w mojej głowie wiąże się jednoznacznie z przeszłością. Z jednej strony widzę odważnych, pojedynczych ludzi, których pcha ciekawość i desperacja; z dziewiętnastowiecznej polskiej wsi, ciasnej i biednej, chcieli uciec ku lepszemu życiu. Złapać szansę za nogi. Porzucali swoją dotychczasową egzystencję, żegnali się na zawsze z bliskimi ludźmi i ze znajomymi kątami. Wyjeżdżali. Migrowali do miast.

Z drugiej strony widzę rzesze ludzi doświadczonych wojną, która zmusiła ich do przemieszczenia się w odległe strony, często po raz pierwszy. Ludzi odpowiadających na zew odbudowującego się kraju i rozbudowującego się przemysłu. Taka „migracja do miast” jest – obok zwalczania analfabetyzmu wsi, kabaretów studenckich i czerwonych skarpetek Tyrmanda – częścią rzewnego „pseudo-retro” z lat pięćdziesiątych, o którym pisała w swoich wspomnieniach Osiecka. Ludzie pakowali swoje ubogie manatki, wyruszali w daleki świat – do miasta. Po lepsze życie. Nawet nie bogatsze, ale łatwiejsze. Takie, w którym kupuje się gotowy chleb i barszcz w butelce, a zamiast orki końmi ma się 8-godzinny dzień pracy w fabryce, a może nawet w urzędzie. Życie, w którym jest łazienka w domu, sklep pod blokiem i autobus dowożący do pracy. To jednoznaczny awans społeczny, w oczach zarówno tych, którzy wyjechali, jak i tych, którzy zostali na wsi. Migrowali głównie młodzi; bardzo się starali jak najszybciej pozbyć cech, wskazujących na ich pochodzenie, ale długo zajmowało im wtopienie się w miejski tłum: fryzura, strój, sposób mówienia i spracowane ręce były jednoznacznym wyróżnikiem.

A dziś? Nadal przecież ludzie zmieniają adres na miejski, ale zupełnie nie potrafię o tych przeprowadzkach myśleć jako o „migracji ze wsi do miast”. Znani mi z badań terenowych mieszkańcy wsi i ich losy nie pozwalają mi się wtłoczyć w tę kategorię. Możliwe, że gdybym osobiście znała tych, którzy w dziewiętnastym wieku zabierali zawiniątko z całym swym dobytkiem na plecy i ruszali piechotą do miasta, albo tych, których po II wojnie los, odwaga lub desperacja rzucały do Warszawy – w odniesieniu do nich też nie używałabym pojęcia „migracji do miasta”. Jak wyjeżdża się do miast dzisiaj? Oto kilka historii, które utrudniają mi nazywanie tego zjawiska „migracją do miast”.

Czy migracja jest zmianą adresu?

Ela ma 22 lata, mieszka z rodzicami, rolnikami, w malutkiej wsi w województwie podlaskim. Studiuje zaocznie ekonomię w Białymstoku, a na co dzień pracuje w urzędzie w pobliskim mieście powiatowym. Do pracy dojeżdża samochodem ojca (co zajmuje jej ok. 10 minut), a jeśli samochód będzie danego dnia potrzebny w domu, ojciec podrzuca ją na przystanek autobusowy oddalony od domu o 2,5 km, i tam Ela wsiada do autobusu (jej mama przed laty jeździła do tego samego miasta pracować w fabryce tkanin, musiała wcześnie rano na piechotę dochodzić do przystanku, i czekać na autobus zakładowy, który przyjeżdżał nieregularnie, więc trzeba było przychodzić dużo wcześniej. Po pracy pomagała mężowi i teściom na polu i w oborze. Ich sąsiadka, o pokolenie starsza od mamy Eli, opowiadała mi, że tuż po wojnie, kiedy otwarto fabrykę tkanin, zatrudniła się tam – do pracy chodziła wraz z innymi na piechotę, nie było żadnego transportu).

Wieczorami Ela spotyka się ze znajomymi, razem jeżdżą samochodami do pizzerii lub baru McDonald’s w pobliskim mieście, przesiadują w pubie. Ela lubi ładnie się ubierać, jest na bieżąco z najnowszymi trendami, regularnie kupuje „Avanti”. Jej młodszy brat chodzi do gimnazjum w pobliskiej wsi gminnej, do którego dowozi go gimbus, zatrzymujący się 50 metrów od bramy ich domu. Jest zapalonym sportowcem i co parę tygodni razem z reprezentacją szkoły jest wożony na zawody powiatowe, czy wojewódzkie. Był też w Warszawie na zawodach krajowych. Starsza siostra Eli mieszka z mężem we wsi gminnej, ale już niedługo zamierza się wyprowadzić do pobliskiego miasta powiatowego. Siostra wychowuje niespełna 2-letniego syna i po porodzie nie wróciła jeszcze do pracy w zakładzie usługowym w pobliskim mieście, jej mąż jest kierowcą ciężarówki w sporym zakładzie produkcyjnym, rozwozi towar po całej Polsce, a także krajach ościennych. Żadne z rodzeństwa nie pomaga rodzicom w gospodarstwie.

Obrazek

foto mcp

Bardzo trudno powiedzieć, czy Ela jest bardziej dziewczyną z miasta, czy ze wsi – spędza zdecydowaną większość czasu w mieście, zachowuje się i wygląda tak, jak jej koleżanki z pracy czy studiów. Czy jej siostra „wyemigruje do miasta” w momencie, kiedy faktycznie przeprowadzi się do mieszkania w bloku w mieście oddalonym o 12 km od obecnego swojego miejsca zamieszkania? Czy dokonała tej migracji w momencie, kiedy jako dziewczynka zaczęła się buntować przeciw pomaganiu w gospodarstwie, i zaraz po szkole zaczęła pracę w mieście? Czy migracja do miasta jest aktem przemieszczenia geograficznego, czy też zmianą sposobu myślenia, zmianą sposobu życia?

Kiedy migracja jest awansem?

Sąsiad Eli, Michał, ma prawie 30 lat. Swego czasu skończył studia na politechnice Warszawskiej, zaczął pracować w firmie prywatnej. Mimo wysokich kwalifikacji z trudem wiązał koniec z końcem: wynajmowanie mieszkania w stolicy i koszty życia pochłaniały całą jego, stosunkowo dobrą, pensję. Po wejściu do Unii Europejskiej okazało się, że jego ojciec może przejść na rentę strukturalną (świadczenie przysługujące 10 lat przed faktycznym wiekiem emerytalnym, coś w rodzaju pomostowej emerytury rolniczej, wynosiło wówczas od 1500 do 2000 miesięcznie). Warunkiem było przepisanie ziemi na syna. Michał postanowił wrócić na wieś i zając się produkcją mleka, dostał bezzwrotną dotację w wysokości 50 tysięcy złotych na unowocześnienie gospodarstwa, i od tej pory jest rolnikiem. Powodzi mu się lepiej, niż wtedy, kiedy był specjalistą w Warszawie. Nie narzeka na swoją decyzję. Czy Michał wyemigrował do miasta i wrócił? Czy okres studiów i krótki czas, kiedy po studiach pracował jeszcze się nie liczą jako „prawdziwa migracja”? Obecnie zdecydowana większość młodych na wsi studiuje, część z nich w trybie dziennym, co wiąże się z wyjazdami do miast uniwersyteckich, czy już sam wyjazd na studia jest migracją?

Na wsi, ale mobilnie

Sławek ma dwoje rodzeństwa: starszy brat i starsza siostra wyjechali do Olsztyna, gdzie kończą studia, on sam natomiast nigdy nie czuł pociągu do nauki, lubił natomiast rolnictwo, i w związku z tym w naturalny sposób stał się właścicielem rodzinnego gospodarstwa, gdy jego ojciec kilka lat temu przeszedł na rentę zdrowotną. Sławek lubi gospodarstwo, ale nie ogranicza się do pracy w nim: ostatnio był przez 8 miesięcy w Belgii, gdzie razem ze znajomymi pracował na budowie, by zarobić pieniądze na własny samochód i na najpotrzebniejsze inwestycje w gospodarstwie (np. zmiana okien w oborze na plastikowe). W tym czasie gospodarstwo prowadził ojciec. Sławek wrócił latem na kilka miesięcy, by pomóc w najgorętszym okresie prac polowych, i jesienią znów wyjechał, tym razem na zbieranie jabłek do Włoch. Zimą wybiera się na kilka miesięcy do Hiszpanii, bo znajomi mają tam dobrą pracę. Ojciec zgadza się na taki obrót spraw, ponieważ przypływ gotówki pomaga w gospodarstwie. Sławek nie wyemigrował do miasta, i prawdopodobnie nigdy w życiu tego nie zrobi, bo generalnie nie lubi miast; kiedy musi w sprawach urzędowych pojechać na kilka godzin do Białegostoku, wraca zmęczony i zły. Lubi wieś. Ale w jego przypadku opozycją do „emigracji do miasta” nie jest wcale zostanie na wsi. Jest bardzo ruchliwy, każdy kolejny wyjazd pozwala mu zgromadzić nie tylko pieniądze, ale też nowe doświadczenia.

Duży dom i kilka samochodów – standard

Wojtek prowadzi gospodarstwo razem z mamą, jego ojciec pracuje w urzędzie i nie ma czasu pomagać, a starszy brat kilka lat temu ożenił się i wyprowadził do miasta. Wojtek jest rolnikiem z zamiłowania, kończy zaoczne studia rolnicze – poszedł na nie po to, by zdobyć dyplom (coraz potrzebniejszy przy ubieganiu się o różnorakie dopłaty i programy pomocowe dla rolnictwa), a także ze względów towarzyskich, by mieć kontakt z rówieśnikami. Nie miał złudzeń, że dowie się czegoś nowego na temat rolnictwa. Fachową wiedzę czerpie głównie z internetu (jak większość mieszkańców okolicznych wsi, ma stałe łącze, za które płaci około 30 zł miesięcznie), a także z prasy rolniczej. Ich gospodarstwo jest bardzo nowoczesne, i świetnie zorganizowane. Mama Wojtka pomaga w dojeniu i karmieniu krów, większość dnia ma dla siebie, i jest z tego bardzo zadowolona, lubi spotykać się z koleżankami, jeździć na zakupy, dbać o siebie. W tej rodzinie wszyscy jeżdżą na wakacje – „urlop” – na zmianę, bo krów nie można zostawić z nikim obcym. Mam jeździ na wczasy z koleżankami, ojciec ze znajomymi, Wojtek ze swoimi przyjaciółmi. Zwykle są to wypady 7-10-dniowe, ale pozwalają poczuć się swobodnie, uciec od typowo rolniczego uwiązania do gospodarstwa.
W rozmowach ze mną Wojtek, podobnie jak jego rodzice, nie ukrywał współczucia, połączonego z lekkim politowaniem w stosunku do ludzi z miasta, którzy żyją w ciasnych mieszkaniach, zarabiają mało pieniędzy, i nie mają żadnych perspektyw. U nich w domu pieniędzy nie brakuje: nie licząc pensji ojca, gospodarstwo przynosi kilka-kilkanaście tysięcy miesięcznie, a koszty życia są niższe, niż w mieście. Mają, jak większość sąsiadów, duży, dobrze wyposażony dom z nowoczesnymi sprzętami kuchennymi, dwiema łazienkami wykończonymi na wysoki połysk, dużym telewizorem plazmowym w kuchni, oraz mniejszymi w sypialni rodziców i pokoju Wojtka. Mają trzy samochody – po jednym na osobę. Kiedy Wojtek się ożeni, wyremontuje się dla niego dom po dziadkach, stojący na tym samym podwórku, trochę mniejszy, mający około 180 metrów kwadratowych powierzchni.
Wojtek, tak jak Sławek, nie lubi miasta, choć często musi załatwiać w nim sprawy urzędowe. Trzy lata temu był na kilkumiesięcznej, zorganizowanej przez uczelnię praktyce w Szwajcarii – pracował w gospodarstwie rolnym, wrócił z kilkoma pomysłami, ale przede wszystkim z przeświadczeniem, że polskie rolnictwo nie jest wcale zacofane w stosunku do zachodniego. Nie ma żadnych kompleksów – ani w stosunku do Europy, ani w stosunku do miasta.

*

Co jest dziś migracją do miasta? Jak się ma do tego coraz liczniejszy ruch tych, którzy przeprowadzają się z miast na wieś? Mieszkańcy wsi są świadomi tego trendu, i dzięki niemu sami zaczynają dostrzegać walory swojego miejsca zamieszkania. Coraz więcej jest wśród nich takich, którzy nie mają nic wspólnego z rolnictwem – pracują w pobliskich miastach, ale wolą mieszkać na wsi, gdzie mają duży dom, lepsze powietrze i własny ogródek.
Czy nie jest tak, że dzisiejsze przeprowadzki nie dzielą się na „migracje do miast”, „migracje zagraniczne” i zwykłe przeprowadzki? Może po prostu wszyscy już zostaliśmy ogarnięci przez ponowoczesną mobilność, i mieszkańcy wsi, jak wszyscy inni członkowie zglobalizowanego społeczeństwa, po prostu nie są w stanie uciec przed rzeczywistością.

Współczesny rynek pracy wymaga od ludzi elastyczności – czy tego chcemy, czy nie, podlegamy tym nowym zasadom, bo jak pisze Sennet: „niepewność (...) jest wpleciona w codzienne praktyki prężnego kapitalizmu, niestabilność z założenia ma być czymś normalnym”. Dotyczy to także rolników, którzy są z rynkiem związani silniej, niż kiedykolwiek wcześniej, i też są zmuszeni – choć często wbrew sobie – do szybkiego dostosowywania się do nowych sytuacji. Dziś młodzi mieszkańcy wsi zmieniają swoje scenariusze znacznie częściej, niż ich rodzice, nie mówiąc już o dziadkach. Wyjazd do miasta wcale nie oznacza zostania w nim. Powrót na wieś wcale nie oznacza, że za kilka miesięcy, czy lat nie trafi się do Londynu, Chicago czy Mediolanu. Szybkie życie, szybkie decyzje i szybkie zmiany nie są domeną życia w mieście – kategoria geograficznego umiejscowienia juz nie ma mocy wyjaśniającej i przyporządkowującej w dzisiejszym świecie.

Jak pisze Frances A. Rothstein, antropolożka zajmująca się pracą, dziś ważniejsza jest nie mobilność ludzi, ale idei, dóbr i kapitału. Nie trzeba wyprowadzać się do miasta, by żyć po miejsku. Wszędzie mamy te same sklepy z ubraniami, te same czasopisma, i te same media. Nie zawsze korzystamy z nich w ten sam sposób – ale możemy. Można jeździć po świecie, nie dając nowym doświadczeniom wpływać na własną świadomość i sposób myślenia, ale można też nie ruszać się z domu (wszystko jedno, czy jest to mieszkanie w bloku na Warszawskich Bielanach, czy dom we wsi oddalonej ponad 100 km od Warszawy) i poznawać świat i ludzi, uczyć się odmienności, zmieniać swój obraz świata i swój sposób myślenia. Granica wieś-miasto już w coraz mniejszym stopniu jest granicą przestrzenną.

Opcity: Agnieszka Osiecka_, Szpetni czterdziestoletni_; Frances A. Rothstein,Flexible Work and Postmodern Culture: The Impact of Globalization on Work and Culture in Rural Mexico, “Anthropology of Work Review”, t. XXI, nr. 1; Richard Sennet,Korozja charakteru.

Zdjęcia autora

Amanda Krzyworzeka - od licencjatu do doktoratu w IEiAK UW. Jako adiunkt w warszawskim IEiAK UW prowadzi zajęcia m.in. z metodyki badań etnograficznych oraz o klasycznych tekstach antropologicznych. Jej doktorat o tym, jak rolnicy radzą sobie z ekonomiczną sferą życia, powstał na podstawie długotrwałego pobytu badawczego w gminie Szumowo. Doświadczenie badawcze zdobywała też na Podhalu, Roztoczu, w Rosji, Rumunii i Singapurze.

Twój komentarz