Tagi: notki
Warszawa, późny wieczór
22 grudnia 2010
Późnym wieczorem dyżurujący oficer odebrał zgłoszenie o bójce na jednym z zamkniętych warszawskich osiedli. Po przybyciu na miejsce policja spacyfikowała uczestników zajścia i przystąpiła do czynności wyjaśniających.
Na komisariat telefonowały trzy osoby: Romka, Ukrainka i Polka, żona mężczyzny zaatakowanego przez uczestników imprezy odbywającej się u jednego z sąsiadów. Sąsiada-Azjaty. Sporządzając raport, nieco już przytłoczeni wielonarodowym tłumkiem policjanci dowiedzieli się, że ani gospodarz niefortunnej imprezy ani jego goście nie znają polskiego, a żaden z pozostałych mieszkańców nie wie, jakiego są oni pochodzenia. Potocznie nazywano ich w bloku “Chińczykami”, ale nikt nie był pewien, czy faktycznie z Chin pochodzą. Sporządzający raport oficer znalazł więc rozwiązanie pośrednie i zadowolony z siebie zanotował: “osoby innej rasy”, co w jego mniemaniu sprawiało wrażenie wystarczająco neutralne. Następnie spisał zeznania Romki, Ukrainki i amerykańskiego Żyda z ostatniego piętra, który przez hołdujących politycznej poprawności mieszkańców taktownie zwany był „Izraelitą”. Wszyscy troje zgodnie świadczyli przeciwko „Chińczykom”, którzy nota bene w toku postępowania wyjaśniającego faktycznie okazali się Chińczykami. Kilku uczestników imprezy zatrzymano. Opuszczając miejsce zdarzenia prowadzący postępowanie policjant mruczał ponoć pod nosem: „Co za blok… Co za blok…” wyrażając tym samym swoją dezaprobatę dla jego wielokulturowości.
W obliczu zagrażającej im azjatyckiej odmienności mieszkańcy bloku bardzo szybko zapomnieli jednak o dzielących ich różnicach. Następnego dnia Romka zaczepiła na klatce Ukrainkę. „Słuchaj,” – powiedziała – „trzeba coś zrobić z tymi Chińczykami. Jakąś petycję napisać, że ich tutaj wcale nie chcemy. Bo wiesz, my, Polacy, musimy trzymać się razem!”