Op. cit.,

Tagi: antropologia podróży

W Turcji lub gdziekolwiek

27 listopada 2011

Maciej Marcisz

Tekst został nagrodzony w konkursie Op.citu na antropologiczną relację z wakacji.

Lecisz samolotem, przechodzisz więc cały ten obrządek, który nie może już ekscytować cię z taką samą intensywnością jak wtedy, gdy byłeś dzieckiem, gdy byłeś taki ważny. Wchodzisz na pokład, nie zależy ci, jakie zajmiesz miejsce. Obserwujesz stewardesę wykonującą awaryjną pantomimę, to nadal potrafi być interesujące. Słuchasz jedynej w swoim rodzaju samolotowej angielszczyzny. Próbujesz czytać, próbujesz myśleć, zasypiasz, budzisz się nagle w ciepłym kraju. Mógłbyś się równie dobrze teleportować.

Turcja-manekiny

Podróż z lotniska do hotelu powinna trwać godzinę. „Proszę państwa, w trakcie drogi zrobimy sobie krótką przerwę, by kierowca mógł się posilić, odpocząć”. Przerwa dla strudzonego prowadzeniem autobusu po autostradzie kierowcy wypada po czterdziestu minutach. Rzucasz się na obietnicę hamburgera, ale kolejka jest już spora. To początek wyjazdu, wszyscy są jeszcze bogaci, wszystkich stać na każdą rzecz z osobna, każda z nich może być twoja: pachnące mydełko, butelka oliwy, dywan, no i hamburger. Spojrzenia sprzedających są czujne, jak w kadrze z filmu przyrodniczego, ich ciemne oczy gotowe zauważyć każdą chęć zakupu. Obserwują cię bez cienia wstydu, patrzą na ciebie, nie siląc się na profesjonalizm. Sytuacja, nie wiadomo dlaczego, robi się niebezpiecznie prywatna. Zabrali już dolary, bez pośpiechu wkładają pomidory na obrzydliwe mięso, wolno, wolno, wolniej, wkładają palcami twojego pomidora, macają twoją bułkę, macają twoje oliwki, podają ci wielkiego suchego stwora, wielką bułkę z rodzynkiem mięsa, z sugestią keczupu. Podając, patrzą na ciebie w niejasny sposób. Nie wiesz, czy cię nienawidzą, ale na wszelki wypadek nienawidzisz ich także. Kolejka się wydłuża, zamówień jest więcej, ktoś krzyczy: „Where is my cheesburger, give my dollars!”. Wreszcie po trzydziestu ciężkich od braku klimatyzacji minutach wchodzisz do autobusu, kierowca nawet nie wysiadł. Pięć minut i jesteś w hotelu, czeka już na ciebie boy, ale nie mówi po angielsku, więc znowu patrzysz na niego jak na zwierzę, co on odwzajemnia. Nie masz drobnych, same setki, próbujesz mu wytłumaczyć, że weźmiesz torby sam, cztery torby na cztery osoby w twojej rodzinie, „we can handle that”, ale on się upiera, bierze jedną torbę, prowadzi na piąte piętro, otwiera pokój, klika klimatyzację i trzaska drzwiami. To jest pierwszy moment, kiedy czujesz się w tym kraju winny. Będzie ich jeszcze wiele.

4S

Budzisz się, wyglądasz przez okno, masz to, czego chciałeś, 4s: sea, sun, sand, sex, ale po wizycie w jadalni już wiesz, że nie będzie z tego dobrych zdjęć. Oto twój hotel w ofercie all inclusive; jednak, jak wiadomo, „wszystko” również jest wyrazem stopniowalnym. Luksus to towar wysoce pożądany, dlatego firmy turystyczne zadbały o to, byś mógł się poczuć luksusowo, oczywiście na tyle, na ile cię stać. Jest zwykłe all inclusive – praktycznie dla biedaków, jest super all inclusive, jest nawet ultra all inclusive, ale i ono może nie dać rady przy all inclusive w innych hotelach. Zabawa w bogatych, picie podrabianych alkoholi w klapkach Kubota. Wszystko jest w pakiecie: kurczak z trocin, keczup z plasteliny, lody z wody, woda z morza i z basenu. Mimo wszystko nadal wiele zależy od kadrowania.

Obsługuje cię kelner – podaje ci kawę, zabiera twoje okruszki, żartuje, że niby kradnie twoje okulary, co powinno być śmieszne, ale potajemnie boisz się, czy naprawdę ci ich nie ukradnie albo przynajmniej nie zepsuje. Chciałbyś docenić tę szarmancką obsługę, ale co poradzisz, skoro już z daleka czujesz zapach jego spoconego ciała, więc gdy nachyla się, by zabrać twoją filiżankę, nie próbujesz nawet być uprzejmy. Wszyscy czujecie się winni, w tym akurat jesteście razem: ty obwiniasz go, że śmierdzi, on ciebie, że nie doceniasz jego starań, że musi tu pracować przez ciebie za marne pieniądze.

Metafizyka podróży

Po śniadaniu dwa sposoby leżenia do wyboru: przy basenie lub na plaży. Jedyne, co powinieneś przygotować, by dojść na plażę, to klapki – piasek akurat tutaj nie jest klimatyzowany, ręczniki podadzą ci na miejscu. Widzisz okrutne słońce i majaczące morze. Tylko ty i tysiąc innych turystów. Lecz co, jeśli zechce ci się pić lub zrobisz się głodny? Hotel oddalony jest o jakieś sześć minut drogi, lecz czy wytrzymasz? By zlikwidować twój lęk, na obcym terytorium plaży utworzono ambasadę hotelu, gdzie zawsze możesz poprosić o azyl – czekają tu na ciebie napoje, drinki i przekąski, wszystko dokładnie tak, jak w jadalni. Twój głód zostanie zaspokojony, zanim spróbujesz go poczuć. Leżysz więc i myślisz, że przeżycie czegokolwiek jest tu niemożliwe. Próbujesz przespacerować się po plaży, plaża jest przecież metafizyczna.

Nie możesz jednak nic poczuć – mimo że naprężasz umysł i potencjalną duszę, jedyne, o czym myślisz, to efekty tej podróży: opalenizna i reset. Jednak czy można tu coś zrobić oprócz naładowania baterii, czy może to być coś więcej niż wyciśnięcie kremu z tubki, wellness, defekacja stresu, spa, łagodzenie skutków ubocznych miasta? Konstruujesz w myślach termin: „empatyczny wymiar podróży”. Poznanie świata, wniknięcie tego świata w ciebie, internalizacja. Poznanie człowieka, wyobrażenie sobie jego życia, zrozumienie, jak to jest: być Turkiem, Japończykiem, Francuzem… Dodanie do twoich punktów czucia i widzenia jeszcze jednego – to jest wartość. Potencjalizacja doświadczenia, oto jest podróż. Ale to, co właśnie przeżywasz, jest opakowane i oszukane, to nie jest podróż, tak właśnie myślisz.

Co więc, jeśli nie czujesz się turystą, jeśli drzemie w tobie dusza podróżnika? Masz szczęście: biuro turystyczne przewidziało i taką możliwość, dlatego oferuje ci odwiedzenie prawdziwej tureckiej łaźni (znajdującej się – jak się okazuje na miejscu – w aqua parku), zobaczenie delfinów (a tak właściwie tego, jak pływają w basenie), a nawet wyprawę jeepem na bezkrwawe safari i oglądanie słynnego w tych stronach zachodu słońca (w towarzystwie 100 osób zgromadzonych w pozostałych 15 jeepach). Polewają cię więc pianą w hammamie, a ty znów czujesz się winny, nie wiedząc, czy otrzymują za to odpowiednie wynagrodzenie. Patrzysz, jak delfin wykonuje popisowego moonwalka do Smooth Criminal i starasz się poszerzyć swój punkt widzenia i czucia o perspektywę delfina w niewoli. Jedziesz jeepem i podziwiasz zupełną dowolność geograficzną tej atrakcji, która mogłaby równie dobrze odbywać się w Rudzie Śląskiej. Gdy wjeżdżasz na górę nad miastem, jest już zupełnie ciemno, widzisz mapę świateł. Trudno ci powiedzieć, czy ciemny teren to morze, obszar poza miastem, a może granica świata; gdy w niego wjedziesz, spadasz jak po krawędzi wodospadu. Doświadczenie, gdy mamy wrażenie, że coś się nam tylko przewidziało lub się nam wydaje, to jedna z najlepszych rzeczy w podróżowaniu. Abstrakcyjność obrazu, który nie posiada narzuconego znaczenia.

McTurk vs WieśMac

Twój czas tutaj dobiega końca. Podejmujesz jeszcze jedną próbę: wyprawiasz się do miasta, bierzesz lokalny bus, wsiadasz, to jest ta próba wykrycia prawdziwego życia. Włóczysz się po ulicach, robisz zdjęcia kotom, zdezelowanym samochodom, idziesz na targ i robisz fotki, które w twoim mniemaniu mają w sobie coś ze szczerości w stylu World Press Photo: ludzie, nie uśmiechając się, patrzą w obiektyw, ich spojrzenie wyraża niby to życiową mądrość lub energię. Idziesz do supermarketu, bo to jedna z obiektywnych metod poznania obcej kultury. Możesz zobaczyć hierarchię produktów, estetykę opakowań, sposób wypełniania koszyków. Czerpiesz szczególną satysfakcję z uchwycenia w obiektywie wykrywacza do metali przed wejściem do sklepu, to na pewno mówi coś o tej kulturze. Cóż za reporterskie zacięcie. Porównujesz dania w McDonaldzie, rozpatrujesz smak McTurka w porównaniu do WieśMaca. Idziesz dalej, na targ tekstylny, by docenić siłę polskiego pieniądza: obok napisów rosyjskich i niemieckich znalazło się miejsce na polskie. „Tanej nish w biedronce” – krzyczy do ciebie handlarz. „Skond jesztes” – pyta. „Z Polski” – odpowiadasz. „Skond dokładne” – pyta. „Ze Śląska” – mówisz. „Aaaa, Ślonsk, Katowice, Gliwice” – krzyczy. Mimo jego elokwencji nie chcesz niczego kupić. Odmawianie jest wyczerpujące, a tu tak właściwie jedyne, co robisz, to odmawiasz.

Turcja-McDonalds

Turcja-dziecko

Wracasz. Twoja misja została pozornie zakończona, konsumpcja prawdziwości odhaczona, utrzymujesz, że możesz mieć czyste sumienie. Jedziesz busem, twarz masz przy oknie, jest już zupełnie ciemno. Przejeżdżasz drogą szybkiego ruchu przez jałowe krajobrazy, na których co jakiś czas pojawiają się samotne neonowe punkty pulsujące sztucznym życiem, trupy respirowane przez hotelowych animatorów, rozrzedzone Las Vegas. Skłamałbyś, gdybyś powiedział, że dostrzegasz na siedzeniu po przeciwległej stronie czarnoskórego Niemca, ponieważ widzisz potężnego Murzyna. Patrzysz na niego trochę zbyt długo, odpowiada ci groźnym wzrokiem. Wracasz do robienia zdjęć, fotografujesz zza szyby samotny przystanek. Mężczyzna patrzy na ciebie i na wszelki wypadek, w razie gdyby ten przystanek był naprawdę ważny z jakichś względów, też robi zdjęcie. Fotografujesz dalej z nudów swoje stopy, ekran, na którym pojawiają się zakłócenia, zielone siedzenie. Mężczyzna gapi się na ciebie jak na pomyleńca, tak sobie myślisz, więc kończysz dokumentację. Nagle zza jego pleców na drugim siedzeniu wyłania się dziewczynka, może sześcioletnia, ubrana w różowy dres. Mężczyzna wyjmuje aparat i próbuje zrobić sobie z córką wspólne zdjęcie. Wyciąga jak najdalej dłoń i pstryka fotkę za fotką. Widzisz jego dumę: dziewczynka jest naprawdę piękna, z pewnością po mamie, no bo przecież nie po nim. Widzisz jego usilne staranie, by wypaść dobrze na zdjęciu z córką, mimo że jego uroda jest toporna, a twarz się poci, co podkreśla użyta lampa błyskowa. Czujesz jego wzruszenie i nieokreślony strach, który kłębi się w jego ogromnym ciele.

Mężczyzna podaje ci aparat: chce, byś zrobił im zdjęcie. Czujesz się zaszczycony tą propozycją, wdzięczny. Naciskasz przycisk, a on jeszcze raz podejmuje próbę, by ładnie wyglądać, jest przecież ze swoją piękną córką, mają wakacje. W tej próbie godnego utrwalenia własnej osoby i pięknego zapisania się w pamięci procesora jest coś rozpaczliwego, a ta rozpacz jest najbardziej ludzka. Przypomina ci się fragment zdania Susan Sontag: „Fotografie wyrażają niewinność, wrażliwość i nieświadomość ludzi, którzy zmierzają ku własnej zagładzie”. Ten wyraz twarzy, ten strach, rozpacz, duma – to są rzeczy, które zapamiętasz. I nagle czujesz: podróżowanie jest możliwe. Świat nie jest płaski, jest ogromny. Życie jest ogromne. Fałsz jest jednym z rodzajów prawdy. System ma nieskończenie wiele funkcji poza jedną: nie możesz się z niego wylogować.

Turcja-przystanek

Maciej Marcisz - ur. 1988, student UW i PWSFTviT w Łodzi. Publikował w “Wakat on-line” i “Bluszczu”.

Twój komentarz

Komentarze: 3

  • E. napisał/a:
    5 miesięcy, 3 tygodnie temu (27 listopada 2011, 19:11)

    Świetne!

  • Ka napisał/a:
    5 miesięcy, 3 tygodnie temu (28 listopada 2011, 22:47)

    Bardzo dobry tekst, tylko zakończenie zbyt patetyczne.

  • Joanna napisał/a:
    5 miesięcy, 2 tygodnie temu (1 grudnia 2011, 18:08)

    Dla mnie właśnie cały tekst zmierza do tego zakończenia… poruszające.