Tagi: antropologia ciała | antropologia medyczna | wieś
Uchynięte
18 marca 2010
Karolina Adamiak, Marta Hekselman
„- A to tu na wsi mówią, że jak dziecko płacze, nie chce jeść, to znów mówią, że ono…
- Urok ma.
- Nie, nie urok ma, tylko uchynięte. Uchynięte jest.”
[rozmowa starszego małżeństwa]Uchynięcie, schynięcie, gib, gibnięcie – to tylko niektóre z określeń choroby, która sprawia ból dzieciom, pozbawia je apetytu, hamuje ich rozwój i która jest nieznana oficjalnemu dyskursowi medycznemu.
Dziecko może się schynąć, po prostu się schynie i jest uchynięte. Takie stwierdzenie nie wydaje się w Ostałówku nikogo dziwić. Inaczej jest w przypadku osób z zewnątrz, o czym przekonałyśmy się, kiedy napotykałyśmy te określenia już w pierwszych naszych rozmowach z mieszkańcami. Wiele osób wspominało o uchynięciu, nie podając jednak żadnych konkretów. Starsza pani, z którą rozmawiałyśmy, miała tylko ogólne pojęcie na ten temat – „one [młode matki] to tam wiedzą jak, ja to się tam nie orientuję już, bo z dzieci wyszłam”. Tak jest właśnie z wiedzą o uchynięciu i sposobach jego leczenia – wszyscy wiedzą o jego istnieniu, ale tylko bezpośrednio zainteresowane matki mają aktualne informacje, kto, gdzie leczy i na czym to dokładnie polega. Dlatego też w naszych badaniach na pytanie, czy ktoś coś wie o uchynięciu, od razu pojawiała się chęć pomocy i pytanie o dziecko. W ten sposób zrozumiałyśmy, że pytając o uchynięcie, wchodzimy w kontekst chorób dziecięcych. Najwięcej wiedzą o uchynięciu matki małych dzieci oraz osoby leczące to schorzenie. Właśnie z nimi starałyśmy się nawiązać kontakt i udało nam się przeprowadzić wiele rozmów. Spotkałyśmy się z mamą trzylatka, która leczy swoje dzieci i pomaga też innym (pani M.), matkami uchyniętych dzieci (pani D.) oraz dwoma niepraktykującymi już leczącymi (panie P. i Ś.).
Ciepło i moc
Począwszy od spotkania z Panią M., która praktykuje tę metodę leczenia, zaczęłyśmy zwracać uwagę na specyficzny rodzaj aury, pod wpływem której znalazłyśmy się po przekroczeniu progu jej domu. Jak miałyśmy przekonać się w ciągu kilku najbliższych godzin, wokół pani M. obracała się cała rodzina, każdym swoim ruchem, gestem, słowem potwierdzała bezpieczeństwo najbliższych. Tak jak wtedy, kiedy ją poznałyśmy, przy każdym kolejnym spotkaniu promieniowała uśmiechem. Podobnie było w przypadku pani P., którą spotkałyśmy w Wilczej Woli. Łasił się do niej cały inwentarz, emanowało z niej ciepło, miała żwawy krok, zadziwiającą siłę, twarz bardzo pogodną, gładką skórę, roziskrzone oczy.
Na podwórku z mnóstwem zwierząt chodzących swobodnie (kury, indyki, jakieś inne ptaki w kilku rodzajach, co najmniej dwa psy, koty i gołębie) spotykamy panią P. Ubrana w sweter i wełnianą kamizelkę, bez kurtki (mimo mrozu i padającego śniegu), w chustce na głowie i z wiadrem drewna w ręce wychodzi zza stodoły i rozmawia z nami. Powołując się na jej córkę i panie Ś. z Ostałowa, zapytałyśmy, czy może nam opowiedzieć coś ciekawego o leczeniu. „Co? Ja nic specjalnego nie wiem”. Na sugestię, że leczy dzieci, odpowiada: „jak już panie słyszały, to mogę opowiedzieć. Ja tylko masuję schynięte dzieci. – A co to znaczy? – Rozmasowuje to schynięcie. – A co to jest? – To tak jak się schynie, coś przeskoczy i takie guziczki się robią na klatce, tu z przodu i z tyłu, na plecach, i gorączka może być i zwracać może i biegunka, i może się moczyć”.
Pani P. opowiadała też, jak przyjeżdżały do niej kobiety z dziećmi – w czasie, kiedy ona masowała dzieci, mężowie czekali za płotem. Kiedyś przyjeżdżało dużo ludzi, to synowie powiedzieli, że tak nie może być, że cały czas mnóstwo osób się tam kręci, i sugerowali, żeby nie robiła tego charytatywnie. Więc ona raz odmówiła kobiecie, która przyjechała z dzieckiem, powiedziała, że nie smaruje itd., a potem miała okropne wyrzuty sumienia, bo jak to dziecku nie pomóc. Pieniędzy nie bierze, bo jak? A jak można pomóc dzieciom, to jak tego nie zrobić?
„To wyczucie! – Takie coś trzeba mieć”
Synowa pani Ś.: „dla swojego tobym musiała zrobić, ale czyje to nie wiem, nie wiem… Bo to bardzo ten krzyk dzieci…”. Z naszych rozmów wyłania się wyraźnie sposób przekazywania tej umiejętności – połączenie nauki na podstawie obserwacji (zazwyczaj zaczyna się leczyć, ponieważ własne dziecko choruje na uchynięcie) z pewnego rodzaju dyspozycją osobistą: „bo to trzeba czuć, umieć poznać uchynięcie” – stwierdza pani P. „To wyczucie! To wyczucie, po prostu ten dotyk, w którym to miejscu jest. Takie coś trzeba mieć” – mówi pani M., a potem na nasze pytanie, czy ciężko było się nauczyć, odpowiada: „To nie było mi ciężko, tylko po prostu trzeba wyczuć to, że faktycznie, czy w tym miejscu, bo to nie każde dziecko w tym samym miejscu. Jedno z tej strony, drugie z tej, trzecie na pleckach…”. Ważną cechą smarującej wymienianą przez nasze rozmówczynie była odwaga podjęcia decyzji, przełamania się, żeby zacząć smarować i leczyć dziecko w ten sposób. Opory wynikają głównie z tego, że zwykle cierpią na tę przypadłość bardzo małe dzieci, które dają znać o swoim bólu potwornym krzykiem. „To trzeba zrobić, taką mieć, że trzeba to zrobić i nie ma się nad czym użalać, bo to musi być zrobione” – zdecydowanie mówiła nam pani M. “Ja sama, jak ta pani go [wskazując na swojego syna] w Pawłowie smarowała, to ja płakałam nad nim. A z biegiem czasu to jednak się goi to wszystko i wszystko się przezwycięża. Jeżeli chce się człowiek naprawdę tego nauczyć i chce to zrobić, to jednak da radę”.
Przekazywanie umiejętności
Pani P. masuje od 40 lat. Zaczęło się od leczenia jej własnych dzieci. „Dwóch synów to się chynęło (dwóch nie, ale ci drudzy byli skorzy) i lekarz mówił, że to zapalenie płuc i zastrzyki przepisał i kłuli te dzieci, ale nie pomagało i pojechała z nimi do takiej babki i ona im to rozmasowała, i przeszło. I sama się nauczyła, i później swoje dzieci leczyła, a jak ktoś słyszał to i przyjeżdżali z dziećmi. Teraz to młode kobiety to się nie chcą tego uczyć”. Pani P. wiedzę, „znanie się”, przekazała babka, która tak leczyła. „Bo trzeba znać się, żeby móc to robić. Czy przekaże wiedzę komuś młodemu? Po co? Nikt się nie chce uczyć z młodych”.
Przeczy temu osoba trzydziestoletniej pani M., jedyna ze spotkanych przez nas kobiet, która wciąż leczy smarowaniem. Rozmawiałyśmy także ze starszą panią, która zajmowała się tym w przeszłości. Pani Ś. w ten sposób opowiada o początkach swojej długiej działalności: „Ooo, od ilu lat. Ile ja już mam, Pani, z osiemdziesiąt, siódmy rok, to mogłam mieć pięćdziesiąt, mogłam mieć czterdzieści, jak nacierałam…”. Na początku szukała sposobu wyleczenia swoich dzieci. „Ja tu zobaczyłam, to chodziłam tu do sąsiadki, una mi tak to smarowała i tak, patrz tu, zobacz tak, tu tak trza zrobić, to musiałam pani tak pilnować, a później, jak już sąsiadki brakło, to dopiero sobie sama zrobiłam. No i sąsiadka była najpierw, to była sąsiadka i tako babka, tam u nas mieszkała na polu…”. Sposób leczenia nie jest żadną tajemnicą. „Przecież to każdy się może nauczyć i robić. I doktorom to nie przeszkadza…”. „Jednak każdy tego nie robi…” „Bo może nie ma takiej odwagi, nie?”
Pani M. podobnie przedstawia początki swojej działalności: „on [jej syn] na przykład akurat płakał i nie chciał ssać piersi, no i to było dosyć, mówię, niepokojące, bo i lekarze nie, i w końcu moja mamusia, jeszcze żyła, mówi: weź ty jedź do Pawłowa, do tej Hancowej. No i ona stwierdziła, no i rozsmarowała go. I jak tak jeździłam do niej, to ona mówi, że wie pani co, ja bym kogoś nauczyła, żeby to robił, bo ja już jestem starsza, z biegiem czasu to, mówi, to umrę, i mówi, a lekarze do dzisiaj w to nie wierzą”.
„Lekarze w to nie wierzą”
Jeśli tylko w którejś z naszych rozmów pojawiało się pojęcie uchynięcia, automatycznie następowały po tym słowa: „lekarze się nie znają, lekarze w to nie wierzą”, nie umieją rozpoznać uchynięcia, powtarzane przez wszystkich, niezależnie od ich własnego stosunku do tej choroby. „Tylko jeden lekarz w Szydłowcu był mądry i posyłał do babki”. Zaobserwowałyśmy dość powszechny „podział kompetencji” między smarującymi a lekarzami, wraz z odsyłaniem chorych. Wydaje się, że dzieje się tak dlatego, że lekarze nie mają dostępu do tego poziomu cielesności, na którym pojawia się ten rodzaj choroby. „Lekarze w to nie wierzą, nieraz nakrzyczą, wyrzucą”. Jeżeli już leczą, to leczą operacyjnie, co nie zawsze działa – „Po co to rozcinanie?”.
Czasami „lekarze mówią, że dziecko z tego wyrośnie”, co nie uspokaja rodziny. Bezradność, desperacja, nerwy matek chorych dzieci często nie znajdują odzewu u lekarzy, problemy, które odpowiadają temu, co znane jest w okolicy jako uchynięcie, wydają się dla lekarzy dziwnie niezauważalne. Jak mówi pani D., jedna z matek, która wcale nie była entuzjastką smarowania, ale bardzo chciała pomóc swojemu synkowi: „I później lekarza zapytałam, pediatry w Szydłowcu. Mówię, że zauważyłam, że on tu ma takie zgrubienie, to lekarz powiedział, żeby to obserwować, czy to rośnie, czy to się powiększa… Żeby obserwować, ale nic mi lekarz nie powiedział, co to może być, od czego to się wzięło”. Wobec intensywnych objawów i widocznej u lekarzy strategii przeczekania zmartwione mamy szukają pomocy gdzie indziej. Tak też zaczęła się praktyka leczenia uchynięcia u pani M.: „bo mój syn, jak się urodził, to strasznie się chynął. Byłam u kilku lekarzy i, no, strasznie płakał, nie, no i lekarze mówią, że z tego wyrośnie, a po pewnym czasie, jak go kąpałam, patrzę, a on ma już tutaj takie zgrubienie, takie jakby jajko kurze mu się zrobiło, no i poszłam na nowo do lekarza i mówię, że takie się coś zrobiło. »Nie, to on z tego wyrośnie i już«. Pojechałam do takiej pani do Pawłowa, wysmarowała go, Hanc się nazywała. Mówi, że on jest schynięty i jeździłam może ze dwanaście razy z tym. Mówi: »nie, powinna była pani przyjechać wcześniej, toby dziecko nie cierpiało tyle«, i mówi: »pani by się nie najeździła i mniej by kosztowało…«”.
Jak mówią starsze smarujące, czasami podawanie leków od lekarza może zaszkodzić, ponieważ nie działają one na przyczyny uchynięcia. „To jak się lekarz nie pozna, przepisze leki, to cóż te leki – nie działają… Nawet szkoda dawać… Szkoda pieniędzy dawać, bo jak to nie pomoże… Jak nie pomoże, a może gorzej zrobić, dziecko zatrułoby się może tymi lekami, dlatego że się nie nadają w ogóle te leki, jak dziecko ma inną chorobę, a inne leki da…”.
Uchynięcie, schynięcie, usunięcie, przesunięcie
Kolejne spotkania z osobami, którym problem uchynięcia był bliski, ukazywały nam to schorzenie z różnych stron i perspektyw. Po zakończeniu badań wyłonił się obraz bardziej spójny, łatwiejszy do uchwycenia, co nie znaczy, że spłycający wielowymiarowość tego zjawiska.
Z jednej strony etiologia uchynięcia nie jest do końca jasna, z drugiej jednak wiadomo, że „coś musi się stać”, nie jest to kwestia przyrodzenia, nie dotyczy też w specjalnym stopniu dzieci słabych „z natury”. „Coś może się stać” przy porodzie, ale zwykle okres szczególnej podatności na tę „chorobę” rozciąga się do wieku 2–3 lat. Tym, co może się stać, jest między innymi gib, czy gibnięcie – gibnie się główka, na przykład, kiedy silne dziecko zbyt szybko próbuje ją podnieść. Równie dobrze „krzywo się weźmie dziecko, a kostki są młodziutkie”; może też skądś spaść.
Zestaw objawów „zależy od organizmu dziecka”. Są one bardzo różnorodne i występować mogą w dowolnych konfiguracjach. Najczęściej jest to przeraźliwy płacz, krzyk, który „straszy” rodzinę. Występuje też wysoka gorączka, ból głowy i w ogóle cierpienie, ból, brak snu. „Zwracanie”, rozwolnienie, moczenie się, brak apetytu, odmowa ssania piersi – te objawy wiąże się najczęściej z „obkurczeniem żołądka” („No, to w środku coś musi być. I tam coś się zatko i nie może jeść, ni nic…”). Pojawia się także wysypka, „wykwit”, małe grudki, „guziczki w kolorze krwi”, najczęściej na górnej części klatki piersiowej. Może to być też jedno „zgrubienie, jak jajko kurze”, najpierw lekko spuchnięte (według niektórych relacji „żyła się wyciągła i to spuchło”), „zastarzałe” (po jakichś 3 tygodniach), pojawia się „kasza jaglana pod skórą”, małe gruczołki, to rośnie w zgrubienie, „gruczoł się zrobi, narośl”, z krwią w środku. Z tego zgrubienia, jeśli się go zaniedba, robi się garb na plecach, na łopatkach. „Ale garbate dziecko się zostanie!”. „To działa [smarowanie], lekarze w to nie wierzą. Kto nie wierzy – to później dziecko kaleka jest. Garba jakiegoś ma gdzieś, bo jak się schynie, to nie rozsmarują. Dziecko rośnie i to rośnie. […] Na Wysokiej była dziewczyna, co się schynęła. Córka gospodyni księdza. Nie wierzyła [jej matka], po lekarzach jeździła – i garbuska! Lekarz na to nie poradził, ksiądz nie wierzył – kazał do lekarzy, a pieniędzy mieli”. Zasadniczo im szybciej uchynięcie jest rozpoznane i rozsmarowane, tym szybciej i skuteczniej można się go pozbyć.
Podstawową kwestią w leczeniu uchynięcia jest to, że najpierw trzeba je stwierdzić. Objawy mogą na nie wskazywać, ale niekoniecznie musi to już być to. „Terapia” polega przede wszystkim na smarowaniu, które obecnie przez „nowe mamy” bywa także nazywane po prostu masażem. Smaruje się rękoma, przy użyciu oliwki, która coraz częściej, choć nie zawsze, zastępuje dawniejsze masło czy (najlepiej słodką) śmietankę. Masuje się w miejscu uchynięcia. Dzieci bardzo krzyczą przy tym, jak się je smaruje. Naciera się tłustym, rozciera do dołu, „nie we wszystkie strony, tylko do dołu”, co jest bardzo ważne, ponieważ „wtedy już nigdzie się tu nie rozejdzie” i paradoksalnie właśnie „wtedy się rozchodzi”.
Samo smarowanie trwa około 10 minut, nie więcej, ponieważ wiąże się ze „strasznym bólem”. Celem smarowania jest to, że „musi być gładko”. Należy się pozbyć powstałego zgrubienia, które „słychać, jak chrupie, jak się rozmasowuje”. Potem dobrze jest wysmarować to miejsce spirytusem, rozgrzewająco. Rozmasowane schynięcie jest najpierw czerwone, potem żółte, a potem znika. Aby uzyskać ten efekt, konieczne są co najmniej dwa, trzy seanse (do pięciu). „Obiektywnie” nie zostaje żaden ślad – dobrze wysmarowane dziecko jest skutecznie wyleczone, ale „to się daje od razu wyczuć, kiedy dziecko jest schynięte” (kiedy było schynięte). Ale to czucie należy do „specjalnych osób”. „Jak się dotknie, to już widać”, że dziecko było schynięte – mówi pani M. Jej wypowiedź odzwierciedla poniekąd logikę myślenia „typu ludowego”, w której łączenie przeciwności jest bardzo częste i nie budzi sprzeciwu.
Rozmawiałyśmy z jej synem, chłopcem, który podlegał leczeniu w ten sposób. Na pytanie, z jakim rodzajem bólu jest związane, powiedział: „na przykład tak jak teraz, to mnie czuje, że tutaj to mam i mnie boli, ale mama smaruje, to jeszcze gorzej… [Ból] tak jakby ktoś wciskał we mnie coś, nie wiem… w środku…”.
Karolina Adamiak - studentka kulturoznawstwa – wiedzy o kulturze na uniwersytecie warszawskim. Ur. w 1986 r.
Marta Hekselman - studentka kulturoznawstwa – wiedzy o kulturze na uniwersytecie warszawskim. Ur. w 1986 r.