Op. cit.,

Tagi: (nie)czystość | antropologia ciała | gender

„To jest jakieś takie ble”, czyli o grzybicy „tam”

18 marca 2010

Anna Maria Szutowicz

Tekst został opublikowany w 41. numerze czasopisma „Opcit”.

Badania etnograficzne na temat tzw. spraw kobiecych czy też chorób lub problemów intymnych prowadzi się niełatwo ze względu na brak języka, którym można opisać doświadczenie, oraz tabuizację tematu, co zresztą jest ze sobą powiązane. „Jak ja mam ci to opowiedzieć…? No, sama wiesz… Jesus… no wiesz… Nigdy tego nie miałaś?”.


Pisząc artykuł korzystałam z badań własnych oraz Klaudyny Świstow, za których udostępnienie dziękuję.

Problemy intymne znajdują się w obszarze seksualności, o której w dominującym dyskursie mówi się albo zmedykalizowanym językiem seksuologii, albo obscenicznym i wulgarnym językiem ulicy – można powiedzieć „pochwa”, „wagina” albo „cipa”. „Bo w zasadzie, jak myślę cipa, to że ktoś jest głupią cipą. […] Wagina? No co ty! Kto tak mówi?!”. Istnieje także język intymny, pieszczotliwy, który jednak funkcjonuje tylko wśród osób bliskich, najczęściej w relacjach erotycznych. Wszystkie te obszary dyskursywne wydawały się młodym mieszkankom dużych miast (powyżej 300 tysięcy mieszkańców), w większości młodym matkom, z którymi rozmawiałam, nieodpowiednie, kiedy mówi się o grzybicy pochwy i innych problemach intymnych. Dialog był trudny, pełen niedomówień, zastępujących słowa gestów oraz nadziei na zmianę tematu. Rozmówczynie wspólnie ze mną odczuwały spory dyskomfort, mówiąc o swoich doświadczeniach. „Wolałabym pogadać o czymś innym, jak mam ci powiedzieć”.

Zamiast rzeczowników określających części ciała kobiety używają opisowych ogólników („tam”, w „tych okolicach”, „strefy intymne”, „dół”) lub czasowników zwrotnych („podmywam się”, „dbam o siebie tam”, „jak mnie swędzi”). Odniosłam wrażenie, że podbrzusze pozostaje dla nich obszarem nienazwanym, więc rozmytym, niedookreślonym. Znacznie mniej konkretnym i oswojonym niż na przykład palec, kolano. „Wiesz, to jest tak jakby… no tam mnie tak swędzi, […] trudno powiedzieć, gdzie dokładnie”. Helene Cixous pisze o ciele, że zostało kobiecie „więcej niż odebrane, bo sprawiono, że stało się dziwnie obce jej samej, stało się jakby chore lub martwe, podszeptywało złe myśli, było ciągle przyczyną lub miejscem wstydliwych zakazów”.

Rozmówczynie nie stworzyły własnych kategorii mówienia o miejscach intymnych, a nieodnoszenie do swojego ciała zwrotów z dyskursu technologii medycznej czy popularnych wulgaryzmów może być odczytywane jako swoisty przejaw buntu wobec nich.

Między nami kobietami – grzyb to grzyb

Gdybym, jako prowadząca te badania, była mężczyzną, prawdopodobnie nie udałoby mi się porozmawiać na interesujące mnie zagadnienia. Jako osoba na wstępie rozpoznana jako należąca do pewnej wspólnoty zostałam uznana za partnerkę w dialogu na temat kobiecego doświadczenia cielesnego. „Grzyb to grzyb. Strasznie mnie to wkurza, ale pocieszam się, że nie tylko mnie […]. Zresztą wiesz, jak jest”. Byłam „swoja” – podobnie jak matki, koleżanki, krewne, z którymi na temat seksualności się rozmawia. Wiedza na „te tematy” przenosi się w linii żeńskiej i wśród kobiet jest dyskutowana. „Ja na przykład jestem tak nauczona jeszcze przez mamę, że nie siadam nigdy na deskę, jak korzystam z toalety poza domem”; „Mama, siostra mi zawsze mówiła, że jak antybiotyk, to muszę dodatkowo się ochraniać, bo wtedy te bakterie się lęgną”; „Gadałyśmy z dziewczynami ostatnio, co się robi na takie uczulenia czy te wiesz [grzybice], i moja kumpelka spróbowała takiego tampona z czosnku, nie? To jak jest, że jego nabijasz na nić dentystyczną i wkładasz. Elka używa jogurtów – mrozi i sobie wkłada… Także dobrze tak pogadać z dziewczynami, człowiek się zawsze dowie”; „Mama mi powiedziała, żeby nie kupować tych wkładek z Lidla, bo one uczulają”.

Kobiety dzielą się wiedzą, ale swoich partnerów nie wpuszczają za wyraźnie wyznaczone granice tematu. Szczególnie, gdy pojawia się wstydliwy problem. „Facet nie jest przygotowany na takie rozmowy i ja nawet nie czuję żadnej potrzeby, żeby mojemu mężowi o takich sprawach opowiadać. Po pierwsze, ja wiem, że jego to trochę obrzydza, a po drugie – przecież i tak nic mi nie pomoże. Mówię mu tylko, że mnie na przykład boli lub że muszę iść do lekarza, bo mi się jakieś uczulenie zrobiło i już”.

„Problemy intymne” to część doświadczenia kobiet, które należy do innego świata i porządku, niż to, co dotyczy mężczyzn. Kobiety uważają, że mają „skomplikowaną budowę”, co przekłada się na więcej problemów cielesnych. Z ich cielesności (i seksualności) wynika większa podatność na choroby i problemy. „Kobieta ogólnie ma gorzej. Facet to nie ma okresu, do ginekologa nie chodzi, dziecka nie rodzi, głowa go nie boli, a kobieta to ciągle coś”. Faceci, „oni” są w tym świecie obcymi, których należy odseparować – nic nie zrozumieją (bo zrozumienie wypływa z doświadczenia, przeżycia, „poczucia”), a mogą się zrazić, „obrzydzić”, bo „to jakieś takie ble”.

„Obrzydliwa” jest zresztą nie tylko choroba. Potencjalnie mężczyznę może zniesmaczyć sama fizjologia kobiety. „Wiesz co, jak on by zobaczył tą moją krew, czy jak jestem taka… nieświeża, to ja myślę, że on by mnie więcej nie chciał. Wiesz, to nie jest ładny widok sam w sobie. […] Tak samo, jak do porodu – to on powinien być po drugiej stronie, przy głowie, żeby tam nie patrzeć”. W związku z tym wspólny z partnerem poród (tzw. poród rodzinny), o którym często marzyły jako młode matki, wiązał się z wielkim lękiem. „Się bałam, jak mnie będzie widział całą… no wiesz… to nie musi fajnie wyglądać. Ale ustaliliśmy, że on nie będzie »tam« zaglądał, tylko będzie stał przy mnie przy głowie i nie będzie widział dołu”.

Między brudem a nieczystością

Kobiety obawiają się, że przyznając się do grzybicy, okażą się dla partnera nieatrakcyjne seksualnie. Dlatego dla wielu z nich rozmowa na temat leczenia (które dotyczy obojga partnerów) jest uciążliwa i trudna. Niektóre kobiety obawiają się uznania ich winnymi grzybicy. W tym sensie choroba ta często ma znamiona kary za przewinienie. „Kurczę, to jest masakra powiedzieć chłopu, nie?! Bo babka się zaraz boi, że on se pomyśli, a ona była na przykład na basenie tylko!”. Grzybica jest więc chorobą kojarzoną z niemoralnym prowadzeniem się, brudem zdrady, w równym stopniu co z brudem w znaczeniu nieczystości, nieprzestrzegania higieny. „Jak się dziewczyna nie podmywa, nie dba o czystość, to ma, co chciała”. Te dwa porządki brudu w „oku patrzącej” często nakładają się na siebie – nieczystość jest tu faktycznie, jak chce Mary Douglas, siłą destrukcyjną. „[Grzybica kojarzy] mi się z jakimś takim syfem… syfem, że się pieprzysz na prawo i lewo albo że masz jakieś zarazki […]. Właśnie zarazki są z takiego seksu nie wiadomo z kim”.

Opowiadając o swoim pierwszym doświadczeniu grzybicy, rozmówczynie podkreślają, że początkową reakcją był zawsze wstyd. Był on związany głównie z poczuciem, że coś jest nie tak, że zrobiły coś podejrzanego i dlatego mają takie problemy. „Ja się trochę wstydziłam iść z tym do siostry czy mamy, bo mi się wydawało, że gdyby wszystko było ze mną dobrze, to by mi się nic takiego nie przytrafiło, że one sobie pomyślą, że ja nie wiadomo co robiłam i dlatego mam to uczulenie. Więc najpierw poszłam do koleżanki, ale ona nie miała nigdy nic takiego i powiedziała mi, że lepiej iść do mamy. No więc ja poszłam i mama mi dała jakieś czopki wtedy i przeszło faktycznie. Nie pamiętam nazwy”.

Kobiety stosują wiele strategii, by ukryć przed partnerem grzybicę. Jedna z rozmówczyń podaje swojemu partnerowi leki przeciwgrzybiczne, rozpuszczając je w jedzeniu tak, by się nie zorientował. Jednocześnie udaje, że ma miesiączkę, by ograniczyć kontakty seksualne. „Wtedy wyjmuję podpaski, kładę na kiblu i on wie. A że czasem to jest tydzień po okresie… Faceci nie kapują takich niuansów!”. Inną strategią jest nienazywanie problemu, zostawienie go w sferze niedopowiedzeń: „Mówię mu, że z seksu nici na tydzień i on już wie” lub nazywanie go neutralnie „alergią”. Jedna z rozmówczyń, by nie zostać posądzona o „sprowadzenie grzybicy”, swoją obronę przed oskarżeniem opierała na przypuszczaniu prewencyjnych ataków – zgodnie z popularnym powiedzeniem. „Najlepszą obroną jest atak – jak mi się coś zaczyna, to od razu mu mówię: Ej, co ty do domu przyniosłeś?! Żeby nie było na mnie!”.

Ginekolog też facet

Ten dystans w stosunku do mężczyzn czasami przekłada się też na lęk przed wizytą u ginekologa mężczyzny. „Ja na początku się bałam, wstydziłam się iść do faceta”. Lekarz – choć reprezentuje porządek naukowy i nie jest w relacji intymnej z kobietą – nie wyzbywa się płci i jawi się jako podmiot oceniający, sąd ferujący wyrok (a więc w domyśle także z kompetencją orzekania o winie). „Wiesz co, ja się bałam, że on sobie pomyśli, gdzie ja tę grzybicę złapałam, że coś mi powie… Ty leżysz, a on ci tam zagląda i taki… wyrok: grzybica”. Dlatego trzeba mu się wytłumaczyć, zaświadczyć o swojej „niewinności”. „On się zawsze pyta, czy przygodne stosunki, to ja zaraz, jak wchodzę, to mówię, że wierna, mąż, dziecko. I że się podmywam, że wszystko ze mną okej”.

Ginekolog w przeciwieństwie do ginekolożki może zostać potraktowany jako potencjalny partner relacji seksualnej i podmiot bardziej uprawniony do oceny pacjentki jako kobiety w ogóle, stąd rozmówczynie przed wizytą starają się zadbać o atrakcyjność fizyczną. Ginekolożka, jako kobieta, ma zrozumieć pacjentkę, współodczuwając, dzieląc z nią doświadczenia. W stosunku do mężczyzny istnieją pewne strategie zachowań: „Jak idę do babki, to tak idę, a jak do faceta, to się ogolę, paznokcie pomaluję… Bo to jednak facet”; „Manicure obowiązkowo, bo jak tak leżę, to chcę przynajmniej wyglądać”. Lekarz, jako podmiot uprawniony do oceny i dyscyplinowania (w odczuciu jednej z rozmówczyń ma prawo na nią nakrzyczeć), jest instytucją, której kobiety starają się unikać, stąd rozpowszechnione metody samoleczenia i poradnictwa w linii kobiecej. „Nie wszystko daje się samemu wyleczyć i czasem trzeba iść do lekarza. Ja to sobie kiedyś tak narobiłam tym zwlekaniem, że potem ginekolog na mnie nakrzyczał i prawie miesiąc to leczyłam, bo się okazało, że to była jakaś grzybica i dostawałam na to antybiotyki”.

Także Internet przyczynia się do rozpowszechniania metod radzenia sobie samodzielnie z problemem – liczne są fora, gdzie kobiety radzą sobie, jak walczyć z grzybicą. Obok leków istnieje alternatywne lecznictwo, które kobiety nazywają „metodami babuni”. Można używać tamponów z czosnku, smarować pochwę jogurtem, podmywać się herbatą rumiankową czy też nasączać nią podpaski (podobnie roztworem z octu). Istnieje także kuracja cebulowa (należy drobno pokroić cebulę, dodać trochę wody i zagotować, następnie rozgnieść widelcem na papkę, zrobić tampon z waty, wymieszać z cebulą i przez trzy noce spać z nimi w pochwie). Rozmówczynie mają tendencję do leczenia się samodzielnie. Denerwują się, że Clotrimazolum, Gynalgin czy inny lek przeciwgrzybiczny, który i tak zawsze dostają, są na receptę, więc muszą iść do lekarza. Dlatego leczą się głównie lekami powszechnie dostępnymi w aptekach lub stosują „metody babuni”. „W zapasie mam chyba ze trzy tubki. Bo zawsze kupuję. I powiem ci, że to głupota, że maść mogę, a tabletek nie”. Konieczność chodzenia do lekarza wiąże się ze wstydem przyznawania się do choroby, ujawniania swojej „obrzydliwości”, ale być może także niechęcią podporządkowania się „wyrokowi” i ocenie. Problem powinien pozostać w obszarze empatycznego kobiecego doradztwa.

Ucieczka od biowładzy

Zagadnienie postrzegania narządów płciowych jako nieczystych doczekało się bogatej analizy antropologicznej w ramach antropologii ciała oraz antropologii genderowej (płci). W różnych podejściach wskazuje się na kilka wspólnych okoliczności. W kulturze chrześcijańskiej, czerpiącej z filozofii dychotomizującej czystą duszę i grzeszne ciało, seksualność postrzegana była jako zła i demoniczna. Wpisywała człowieka w sferę natury i nieuporządkowania, podczas gdy dążył on do kultury i ładu. Była zagrożeniem dla nowoczesnej biowładzy, na której „usługach” jest dyskurs medyczny służący kontroli seksualności i tworzący nową podmiotowość – zatroskane o siebie ciała, skupione na najdrobniejszych przejawach choroby. Zasadniczym wymiarem cielesności z perspektywy biowładzy jest seksualność, która łączy jednostkę będącą głównym obiektem praktyk dyscyplinarnych ze społeczeństwem przez promowanie jednych praktyk a negowanie innych (jako dewiacji). Szczególnie kobieca seksualność w kulturze patriarchalnej postrzegana jest jako nieposkromiona i brudna, zagrażająca męskiej dominacji, kontroli i decyzyjności.

Wszelkie te historyczne aspekty przetrwały do dzisiaj – choćby w języku, w którym wulgaryzmy w dużej części są oparte na wyrażeniach dotyczących seksualności. Współcześnie kobiety mają więc problem z nazwaniem swoich narządów płciowych tak, by nie posługiwać się wulgaryzmami ani terminami medycznymi – podczas rozmowy mówią raczej „te miejsca”. Seksualność pozostaje kulturowym tabu – sferą wyłączoną i wstydliwą. Kobietom ich miejsca intymne i fizjologia, na przykład krwawienia miesięczne, poród, często wydają się obrzydliwe; nie lubią, by ktoś je oglądał – szczególnie mężczyźni, których oko jest bardziej oceniające i wartościujące. „Dla faceta to jest strasznie wstrętne, zresztą to w ogóle jest wstrętne. Bo ta krew i w ogóle. My jesteśmy tam jakieś takie… ble”. Z drugiej strony empatyczne poradnictwo w gronach bliskich sobie kobiet i alternatywne metody radzenia sobie z grzybicą można traktować jako bunt wobec korzystania z uznawanego za męski i oceniający porządku medycznego. Nie jest to afirmacja kobiecej fizjologii rodem z Monologów waginy Eve Ensler, ale swoista trzecia droga.

Opcity: Helene Cixous, Śmiech Meduzy, „Teksty Drugie”, nr 4-6, 1993; Mary Douglas, Czystość i zmaza; Eve Ensler, Monologi waginy; Michel Foucault, Historia seksualności; David Gilmore, Mizoginia; Ewa Hyży, Kobieta, ciało, tożsamość. Teorie podmiotu w filozofii feministycznej końca XX wieku; Nel Noddings, Women and Evil; Janet Price, Margrit Shildrick, Feminist Theory and the Body.

Licencja Creative Commons
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Unported.

Zdjęcia autora

Anna Maria Szutowicz - etnografka, feministka, mama i macoszka. Redaktorka naczelna pisma “(op.cit.,)”. Prowadzi grupę laboratoryjną “Płeć, seksualność, polityka” w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Warszawskiego. Jako Senior Research Manager w Grupie IQS bada życie konsumpcyjne naszych.

Twój komentarz