Op. cit.,

Tagi: antropologia podróży | literatura

Stasiuk. Jestem kundlem i wy wszyscy – Polacy – jesteście kundlami

24 listopada 2010

Ignacy Strączek

Dziennik pisany później: „Ojczyzna pachnie kebabem i wymytym kiblem”. Stasiuk myśli o Polsce, myśli o niej będąc w Bajram Curri, myśli jadąc przez Macedonię do Albanii, gdzie luz i napięcie łączą się w sposób najbardziej widowiskowy. Tam w górach buduje się tradycyjne domy, które przypominają twierdze, tam młodzi chłopcy marzą o wizerunku włoskich alfonsów i ten wizerunek fundują sobie na bazarach, a górale schodzą z gór z bronią w ręku. Albańczycy, podobnie jak Polacy, snują się po pylistych drogach albo po kamiennych promenadach w plastikowych klapkach.

Stasiuk proponuje, żeby plastikowe klapki stały się częścią polskiej flagi albo żeby w ogóle zastąpiły orła białego. Opisuje ciągnących się po Łańcucie turystów – pięćdziesiąte pokolenie po reformie rolnej – którzy już niczego nie chcą rabować, już nie pamiętają o Jakubie Szeli, już ich głównie zysk i reprodukcja wzorów Zachodu interesuje.

Dziennik pisany później jest książką o Polsce. O Polsce, która nigdy nie będzie z Zachodu, ani ze Wschodu. O skundlonej tożsamości tego kraju, który podzieliła Wisła, kolejne traktaty i wpływy. Ta tożsamość to wypadkowa geografii i historii. Taki świat pozwala opisać dopiero figura kundla. Tu bez kompleksów łączy się meble z Ikei i wódkę Wyborową, członkostwo w NATO i czterech śpiących.

Dziennik pisany później to konstrukcja odtwarzana. To składanie obrazów przeszłości i obcości, które w końcu mają przynieść odwzorowanie teraźniejszości. To tekst, którego wynik już znamy. Wiemy, że w Polsce drewno łączy się z plastikiem, wiemy, że obserwuje się w naszym kraju rozbudowany kult maryjny, wiemy, że Licheń jest duży. Ale co dalej…?

Z tym pytaniem zostaje skonfrontowany odbiorca dziennika. Dziennika, którego nie można było pisać na żywo i drukować w prasie. Teraz Polska szuka swojej drogi, bierze, co jej dadzą, bo na nic innego jej nie stać: „Kalisz. Hotel jest jak podświetlony sracz, ale nie znają wynalazku lampki do czytania. Recepcjonistka udaje recepcjonistkę, kelner kelnera, barman barmana. Mówią, ale nic nie można zrozumieć. Mówią jakimś nowym językiem, jak obsługa infolinii”. „Domy i domki, zagródki, ogródki. Jakieś miniatury Wersalu. […] Wieś jak wąż zmieniła skórę”.

U Stasiuka Zachód zawsze przegrywa. Wersal jest skompromitowany. A w Polsce nie. W Polsce to jest całkiem ciekawa propozycja. Mieszkańcy tego kraju chętnie porzucą swoją zawieszoną tożsamość. Porzucą swoje skundlenie i pojadą do Anglii. Tam kupią sobie yorki i wyjdą na spacer. Najprawdopodobniej będą myli kible lub leczyli ludzi, albo polecą w imieniu Anglików do Moskwy, gdzie się zaraz szybko dogadają. Porzucą tea time i strzelą setę na dzień dobry. Polacy-kundle, zawieszeni między Wschodem a Zachodem. Dla nich nie jest to nic nowego. Raz Niemcy, raz Ruscy. Dzisiaj Polacy jeżdżą wszędzie, robią forsę między Moskwą a Londynem. A potem w Licheniu kupują gipsowe figurki.

Stasiuk wraca do Polski przez Bałkany. Wraca, ponieważ jest Polakiem. Jest z Grochowa, jest z Mazowsza i jest z Podlasia. Jest z unickiej wsi. Wie, że od tego nie może odejść. Więc wraca i pisze o kulcie maryjnym, o Licheniu, o łysych w bmw na Podlasiu, o parasolach i białych plastikowych krzesełkach przed domami. Pisze o łąkach nad Bugiem, o przenoszeniu tradycyjnych domów z bala, o wianku za wiankiem, o tej całej polskiej tymczasowości. O tożsamości, której konstrukcja nie została zamknięta i teraz sączy się w nią zachodni miraż lepszego świata.

Stasiuk wraca do surowej figury swojego dziadka, którą wspominał w Dukli. Pokazuje obraz mężczyzny, za którym kobiety powtarzały słowa litanii. Silny chłop znad Buga, tak jak cała Polska, oddawał cześć Żydówce. Klękał przed nią. Stasiuk postrzega kult maryjny jako nieświadomy kult Żydówki. Pisze: „W tej Żydówce oglądają siebie, swój los, który wypełnia strata i udręka”. W takim ujęciu ten kult staje się ważniejszy niż cały katolicyzm.

Wszystko się w Polsce zmienia, ale nie status quo: „Mój kraj przywykły do łomotu, do dziejowego wpierdolu, do krwiodawstwa, jak kania dżdżu wygląda masakry”. Na razie tylko: „te chłopskie twarze, te ręce, te stopy pokoślawione w chińskich posrebrzanych pantofelkach”. To wszystko tu jest i dlatego droga do Polski nie prowadzi przez Luksemburg, tylko przez Albanię i przez Rumunię.

Warto w tym miejscu przytoczyć fragment Dziennika 1953–1956: „Mieszkańcy wspaniałego gmachu cywilizacji zachodniej powinni przygotować się na inwazję ludzi bezdomnych, z ich nowym wyczuciem człowieka… która nie nastąpi. W tej chwili zmieniłem zdanie. Gdyż Bułgar nie ufa Bułgarowi. […] My zatem nikomu nie narzucimy naszego uczucia, ponieważ naszych uczuć nie bierzemy serio”. Gombrowicz pokazuje, że siłą Polaków jest otwarta forma, która nie zna kompromisu. Jak na razie rozumieją to tylko górale z Krupówek i może jeszcze parę procent społeczeństwa rozproszonego po ośrodkach krajowych i zagranicznych.

Żeby zacząć pisać o Polsce, Stasiuk sięga po Ciorana:
Trzeba mi chyba całego życia bym przywykł do myśli, że jestem Rumunem.

Nikogo nie powinno dziwić, że refleksja o Polsce zaczyna się na Bałkanach, bo choć Polska do Bałkanów nie należy i choć tradycja sarmacka nie jest tradycją pasterską, to Sarmaci sprowadzali wzory orientalne, a nie paryskie i swój przepych sytuowali znacznie bliżej potlaczu niż Wersalu. W konsekwencji i my, i Bułgarzy, i Albańczycy jeździmy golfami z tłumikiem i mercedesami klasy E, a zamiast beaujolais bierzemy białą wódkę albo rakiję.

Andrzej Stasiuk wraca do Polski. Obrazy, które przedstawia, różnią się od tych, które przedstawiał dawniej. Teraz jedzie na północ, jedzie do Małkini. Do Małkini, do której elektryczny odjeżdża z Wileńskiego. Z Wileńskiego, który wielokrotnie mijali jego bohaterowie. Archetypiczni albo zwykli – w zależności od perspektywy, którą się przyjmuje – Polacy. Jacek albo Paweł. Z tych kadrów, które dzisiaj przedstawia Stasiuk, zaczynają się wyłaniać pytania fundamentalne. Pytania o sens. Pytania, które zadaje się pod GS-em, a odpowiedzi powtarza się w kościele. Pytania prowadzące do bezradności.

„Wracałem do domu tysięczny raz z tym samym uczuciem, że jadę przez coś w rodzaju pustyni i muszę opowiadać historie, muszę przywoływać obrazy, by nie zbłądzić, by dotrzeć do celu. Pod wielkim niebem, z tymi opowieściami, które są jak wątłe ognie w nocy na równinie, gdy wieje wiatr. Nic więcej nie mogłem zrobić. Nic” – to są ostatnie słowa nowego Stasiuka.

Andrzej Stasiuk, Dziennik pisany później, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

Zdjęcia autora

Ignacy Strączek - REPORTER, ANTROPOLOG, ABSOLWENT INSTYTUTU KULTURY POLSKIEJ UW. AUTOR PRACYSEMANTYKA PRZESTRZENI MIEJSKIEJ KSZTAŁTOWANEJ PRZEZ HANDEL ULICZNY”. UR. 1985 R.

Twój komentarz