Tagi: antropologia podróży | Europa Środkowa | Europa Wchodnia | klisze | Warszawa
Stadion. Początek pustych przestrzeni
30 stycznia 2011
27 grudnia 2010, Warszawa. Dworzec Stadion – jasne zimne światło – na torze pierwszym stoi elektryczny do Dęblina. Kiedyś, żeby zobaczyć rzędy magazynów z zielonej blachy falistej, wystarczyło wyjrzeć przez okno. Wystarczyło odwrócić głowę, żeby zacząć obserwować wietnamskich handlarzy, którzy ładowali kartonowe pudła na metalowe wózki. Potem ruszali, ciągnąc wyższe od siebie ładunki. Z pustego peronu schodzili opadającą w dół drogą. Szli dalej wśród ścian brązowych i zielonych magazynów. W końcu wpadali w topiel handlarzy, innych wózków i samochodów, kupujących i targujących. Czasami ktoś przejeżdżał na rowerze albo zza straganów wybiegał pies.

fot. Ignacy Strączek
Na dole ciągnący towar wkraczali na skrzyżowanie. W tym miejscu, przy barze Dung Pho przecinały się różne drogi. Łączyła się tam droga z Wybrzeża Szczecińskiego z wjazdem od Sokolej, wjazd na perony z drogą prowadzącą w głąb bazaru, a także inne odchodzące od tej drogi mniejsze alejki prowadzące pomiędzy ciasne rzędy stoisk. Niedaleko, na trakcie prowadzącym do Wybrzeża Szczecińskiego stawał fioletowy mercedes klasy E. Siedzący w nim taksówkarz miał masywną smutną twarz. Zamiast kurtki nosił grubą flanelową koszulę – nigdy jej nie zapinał. Siedział w długim sedanie i patrzył w stronę torów.
Kiedy ciągnący wózki Wietnamczycy wpadali w tłum przy Dung Pho, kiedy mijał ich jakiś zirytowany kierowca audi A4 albo opla Zafiry, albo zdezorientowany turysta, wtedy krzyczeli „Uwaga! Uwaga!”. Z tym okrzykiem znikali w mniejszych, coraz węższych uliczkach. Tam często stali Afrykanie, którzy posługiwali się innym symptomatycznym dla Stadionu zawołaniem: „Kolega, kolega, buty, czapki, dresy najki”. Przedrzeźniali ich dresiarze w podrabianych albo oryginalnych ubraniach sportowych. Na Stadionie miała zniknąć różnica miedzy oryginałem a podróbką, ale zamiast tego wzmocniona została figura oszustwa i podejrzliwości.
Dawniej niedaleko hali, tam gdzie dzisiaj znajduje się pusty plac, ogrodzony barierkami z napisem ksp, stał mężczyzna, który oferował grę na zaimprowizowanym z kartonu stoliku. Na blacie leżały trzy miseczki odwrócone do góry dnem. On ich w ogóle nie ruszał, tylko zachwalał grę. W końcu podeszła do niego jakaś kobieta. A on pokazał jej banknot stuzłotowy i powiedział: „To jest sto, a teraz musi mi pani dać drugie sto, a ja pani po grze oddaję. Ale żeby zagrać, musi pani położyć drugie sto”. Po chwili, już go nie było. Biegł między stoiskami w stronę autobusów. A kobieta krzyczała: „Oszust! Złodziej! Ludzie pomóżcie, stówę mi zabrał!”. A on zostawił karton i trzy miseczki.
Biegł chyba w stronę wietnamskiego stoiska po drugiej stronie hali, na rogu, tuż przy wejściu na perony. Tam zawsze wyły podświetlane żurawie i grali disco polo. Na Stadionie można było kupić święcące lanszafty, święcące rakiety, w których obracała się trudna do nazwania ciecz, podświetlane wizerunki papieża i Matki Boskiej, dziesięciometrowe świecące węże w różnych kolorach. Ale kiedy zbliżały się święta handlarze zaczynali sprzedawać jeszcze więcej kolorowych zabawek, a ich stoiska rozświetlały diody wpuszczone w tony kolorowego plastiku. Mikołajów oferowali na spadochronach albo na linach, albo w wersji tradycyjnej. Ci na linach wyglądali jak strażacy ruszający na interwencję, nawet kolor munduru się zgadzał.
31 lipca 2010 zamknęli Stadion po raz ostatni, ale i to nie do końca się udało. Została niewielka enklawa przy Zamoyskiego niedaleko wiaduktu kolejowego. Tuż przy granicy dzielącej Pragę Północ i Południe. Niektórzy twierdzą, że ten podział na północ i południe to absurd i samowola, ponieważ linia kolei średnicowej była w tym przypadku jedynym kryterium, które wzięto pod uwagę. Są podobno badacze, którzy dyskutują ze znakami drogowymi i twierdzą, że czegoś takiego jak Praga Północ i Południe po prostu nie ma.
W pewnym sensie podobnie było z końcem Stadionu. Z tym że siłą dokonującą ostatniego rozstrzygnięcia nie była struktura tylko żywioł. Handel na Stadionie nie kończył się mimo składanych co roku przez władze miasta zapewnień, że to wszystko szybko zniknie. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w handlu ulicznym tkwi nieokiełznana, wręcz biologiczna siła, która ma moc przełamywania wszelkich ograniczeń administracyjnych.
Handlarz nieustannie wraca, przemieszcza się, zmienia formę. To właśnie dlatego po opisanej w prasie udanej akcji zamknięcia Stadionu została jeszcze enklawa przy Zamoyskiego. Dominowali tam Afrykanie, Wietnamczycy i Bułgarzy. Widoczni byli też Romowie.
Żeby pokazać siłę tego organizmu wystarczy powiedzieć, że Korona, która stanowiła jego serce, została zamknięta w 2007 roku. W latach 2007-2010 Stadion ewoluował od konstrukcji zorientowanej w planie wertykalnym do konstrukcji zorientowanej w planie horyzontalnym. Po zamknięciu Korony zyski wielu handlarzy spadły o połowę, ale handel trwał nadal. W ostatnim czasie na Stadionie Dziesięciolecia dominantą stały się puste przestrzenie, które w końcu wyparły strukturę targowiska.
Ignacy Strączek - REPORTER, ANTROPOLOG, ABSOLWENT INSTYTUTU KULTURY POLSKIEJ UW. AUTOR PRACY „SEMANTYKA PRZESTRZENI MIEJSKIEJ KSZTAŁTOWANEJ PRZEZ HANDEL ULICZNY”. UR. 1985 R.
Paweł Jaczewski napisał/a:
12 miesięcy temu (21 maja 2011, 00:34)
Sytuacja prawdziwa jak chciałem kupić czapkę z daszkiem na stadionie.
Stoi pośród tłumu afroamerykanin i zachęca: “Kolega, mam z…....e buty”. Ja mu dziękuję mówiąc: “Dziękuję, szukam czapki”, ten odpowiada nie dając się zbić z pantałyku: “Kolega mam z…....ą czapkę”.
Kupiłem podróbkę Nike (albo kradziony oryginał – sam nie wiem) i odchodzę dziękując, a ten zagaduje dalej:
“Kolega, mam z…....e buty”.
“Dziękuję” – odpowiadam
“Ok, to Kolega mam z…....e Jeansy”.
“Dziękuję, potrzebowałem tylko czapki”
“Kolega, ale jak będziesz chciał z…....e buty to kupisz u mnie, ok ?”
To było ze trzy lata temu, a nadal pamiętam tę sytuację.