Op. cit.,

Tagi: antropologia podróży | miasto | religia

Sanctus. Szkice z podróży

26 lutego 2010

Grzegorz Szymanik

Stambuł I, 14-15.08.07

Tekst został opublikowany w 40. numerze czasopisma „Opcit”.

Już czas, już czas. Hipnotyzujący dźwięk przecina gorące powietrze. Jest punktualny. Ze wszystkich stron, dookoła, z daleka i z bliska, po kolei to samo.

- Ulas, co śpiewa muezin? Ulas nie wie. Nad miastem zapada zmrok. Zatoka Złotego Rogu błyska rumieńcem i teraz nie widać, jak bardzo jest zaśmiecona i brudna. Miasto wre. Światła zapalają się w kolejnych oknach, za oknami 10 milionów ludzi. Po placu Taksim biegają kilkuletnie dzieci i sprzedają wodę w plastikowych butelkach. Lepiej nie kupować. To przedsiębiorcze potworki, do butelek wlewają kranówkę. Sprzedawcy grillowanej kukurydzy stoją przy swoich wózkach i krzyczą, że ich najlepsza. O tak, miasto wre! Chłopcy pozdejmowali koszulki i ganiają wymachując plastikowymi pistoletami. Pif-paf! I z powrotem! Woda, woda! Kukurydza! Pif-paf! Ludzie kupują kebaby, kukurydzę, wodę, siadają na schodach i gaworzą. Nikomu się nie śpieszy. Bo dokąd? Są jeszcze resztki słońca, zimna mineralna i zapach przypalonej kukurydzy. Dokąd iść? No, miasto wre! Po drugiej stronie kanału – tam już Azja – mrugają światła domów. Mrugają do Europy. Mruga Azja do Europy. Stambuł! Stambuł, tak jak Rzym, położony jest na siedmiu wzgórzach. Uliczki Stambułu to czasem nawet nie uliczki, a ciągnące się w różne strony schody. Gdy wychodzisz z domu – schody. Do szkoły – schody. Po schodach idziesz do sklepu, schodami zbiegasz do kolegów albo do meczetu. Na schodach bawią się dzieci. Szwendają się dzikie koty – niektóre bez ogonów, jednookie, kościste i długowłose. Śpią na dachach samochodów, wygrzewają się na murkach, kręcą się obok koszy na śmieci przed małymi restauracjami. Miasto kotów. Za mostem, na Sultanhammet jak zwykle tłumy turystów. Trzaskają aparaty, nie milkną śmiechy. Leje się piwo, choć jest ramadan. Ale nie ramadan w Stambule jest święty. Święty jest turysta. Święte koty. Koty i turyści. Stambuł! Tam, na Sultanhammet, z Hagii Sofii, świątyni Bożej Mądrości, którą zamieniono w muzeum, wychodzą ostatni turyści.

Czym naprawdę jest Hagia Sofia – nie wiadomo. Bazyliką? Meczetem? Może częścią tej ziemi, bo jest tu tak długo? W środku: wilgoć, półmrok, ogrom, żółć i brąz, ciężkie powietrze. Spójrzcie, mówi przewodnik do amerykańskiej wycieczki, na tych wielkich czarnych tarczach napisane jest: „_Allah akbar_”. To znaczy: „Allah jest wielki”. Zawiesili je Turcy w 1453 roku, zaraz po zdobyciu Konstantynopola. I dobudowali minarety. A tu – pokazuje dalej palcem – fresk przedstawiający Dziewicę Maryję, widzicie? Przerabiając bazylikę na meczet, muzułmanie zatynkowali freski. Potem, za rządów Kemala Atatürka, zostały odkryte. Więc symbole chrześcijańskie i islamskie widnieją obok siebie, w jednej świątyni. Spójrzcie! – Wow, super, great! Virgin Mary and Allah Akbar together! Wow, fantastic! – cieszą się Amerykanie.

No tak: Stambuł! Miasto wre, choć słońce schowało się już za horyzontem. – Ulas? Dlaczego nie wiesz co śpiewa muezzin?

Wilno, 11-12.08.07

Jakby burza. Niby pogodnie, niebo bezchmurne, a dookoła błyski. Migoczą flesze, światło odbija się od ścian. Pod bramą stoi wycieczka. Aparaty fotograficzne w rękach. Wyciągnięte w górę, wysoko, wysoko, by jeszcze bliżej i dokładniej uchwycić w cyfrowej pamięci Boską Matkę en face. W domu, gdy będą pokazywać zdjęcia, powiedzą rodzinie: spójrzcie, to jest święte miejsce. Teraz się uwijają. Zmieniają perspektywę. Zachodzą obraz to od dołu, to z boku. Według legendy jej twarz ma rysy Barbary Radziwiłłówny. Piękna! Modelka Ostrobramska pozostaje niewzruszona, burza błysków mija. Pstryk! Jeszcze jeden. Wycieczka rusza dalej. Matka Boska zostaje. Nie ma już nikogo. Zza zakrętu wyłania się zgarbiona postać. Nie turysta. Stara kobieta. Na głowie ma niebieską chustę, w ręku wiązankę kwiatów z długimi zielonymi badylami. Idzie szybkim krokiem, wyraźnie się śpieszy. Gdy przechodzi przez Ostrą Bramę, mechanicznie odwraca głowę. Klęka, spogląda w górę. Nabożnie? Nie widać. W imię Ojca i Syna… i idzie dalej. Zielone łodygi wystają zza ramienia. Gdyby teraz pójść za nią w dół ulicy Aušros Vartų, a potem skręcić w lewo – tam, gdzie znajdują się Wrota Bazyliańskie – można by znaleźć się na dziedzińcu Klasztoru Bazylianów. Tu, mroźną zimą 1823, w jednej z cel Mickiewicz oczekiwał na proces. Gdyby pójść za zgarbioną kobietą w dół ulicy i skręcić w lewo, można by zobaczyć, że klasztor jest zamknięty dla zwiedzających. Trwa remont. Na rusztowaniach – robotnicy. Gdy skończą, klasztor stanie się hotelem. Za opłatą będzie można przenocować w celach, gdzie więzieni byli filomaci, nawet – to dopiero atrakcja – w Celi Konrada. I zasnąć, rozmyślając o trasie zwiedzania albo o tym, czy wystarczająco dużo zdjęć pstryknęło się Tamtej. No, Tej, co w Ostrej świeci Bramie.

Stambuł II, 14-15.08.07

- Zobaczymy! Zobaczymy, czy ci się spodoba, gdy ten koleś zacznie śpiewać o piątej rano. Ciekawe, co wtedy powiesz – irytuje się Ulas. Ulas rozumie, że ten śpiew to wezwanie do modlitwy, ale co i jak? Tego już nie wie. Bo to staroarabski. Bo to go nie interesuje. Bo na pewno nie odpowie na wezwanie i nie pójdzie do meczetu. Ulas był już w meczecie. Raz. Po wodę. Ale to było dawno. Mieszka w Stambule od trzech lat i studiuje tu inżynierię przemysłową, pochodzi z południa Turcji. – Hej, Ulas! Dzisiaj na Sultanhammet udało się nam być na modlitwie, wiesz? Nie. Nie przepędzili. Siedzieliśmy cicho na dywanie. I nagle ze wszystkich stron zaczęli się schodzić mężczyźni. Coraz szybciej i szybciej. Biegli! W pośpiechu zdejmowali buty i biegli. Stawali wyprostowani przed mihrabem równo, rzędami, jak w wojsku. Była modlitwa. Wysoko nad nami niebieski sufit, dookoła niezrozumiałe słowa. Trzeba było być jak najmniej widocznym, jak najmniej się poruszać, bo to było ich miejsce, ich powietrze, a my byliśmy intruzami, którzy wdychali to powietrze na gapę. I dywan! Dywan tak miło łaskotał w stopy.

Ulas, który w meczecie był raz, po wodę, wzrusza ramionami. – Czym się tak ekscytować? No czym? A potem niespodziewanie Ulas promienieje. Uśmiecha się szeroko. – Nie chodzę do meczetu – mówi rozradowany – i nie wiem co śpiewa muezzin, ale bardzo chciałbym wziąć udział w katolickiej mszy. Bardzo chciałbym znaleźć się w katolickim kościele. Usłyszeć wasze pieśni, zobaczyć rytuały. – O, tak – mówi, a oczy mu iskrzą.

Shiraz (Iran), 6-7.09.07

- Gdyby ktoś pytał, mówcie, że jesteście muzułmanami. Powiedzcie, że gorąco wierzycie w prawdę Proroka – radzi strażnik mauzoleum Shah-e Cheragh. Bo do świętego mauzoleum Shah-e Cheragh w Shirazie wstęp mają wyłącznie muzułmanie. To nie jest miejsce dla obcych. Od XIV wieku, kiedy powstało, jest miejscem częstych pielgrzymek, świętą budowlą szyitów. Wąsaty strażnik nie daje się jednak długo prosić. Trzeba dokładnie zakryć ręce, nogi. Schylić głowę z pokorą, nie rozmawiać głośno. Najlepiej w ogóle nie rozmawiać.

Na dziedzińcu mauzoleum odpoczywają całe rodziny. Na zielonej trawie wyczekują na wieczorną modlitwę. Nasze jasne włosy, niebieskie oczy budzą ich niepokój. Szatan, według niektórych przekazów islamu, ma niebieskie oczy. Spojrzenia wwiercają się głęboko pod skórę.

Przed meczetem trzeba oddać obuwie. Szatniarz wpatruje się z wyrzutem, nasze niezdarne i niezdecydowane ruchy zdradzają, że nie należymy do tego miejsca. Teraz jeszcze schylić głowy… Stąpać delikatnie, powoli. Wysrebrzane wnętrze świątyni budzi zachwyt, więc i zmusza do pokory. Siadamy w kącie, by nie zwracać na siebie uwagi. Mułłowie tłumaczą młodzieńcom zawiłości Koranu, ktoś się modli, inny rozmyśla w skupieniu. Wnętrze meczetu jest chłodne i miło jest siedzieć w środku, gdy na dworze wciąż wieczorna duchota. Ale nie można zbyt długo tak siedzieć. Nikt nic nie mówi, ale wzrok ludzi pyta: kim jesteś? I prosi: odejdź, horedżi. Głupio podbierać komuś Boga. Wychodzimy.

Kilka dni wcześniej, w Teheranie, sprzedawca owoców spytał: – Mister! Catholic? Ortodox? Protestant?Catholic – odpowiedziałem. Ah, Catholic... – powtórzył i posmutniał. – Niech ci Allah wybaczy – dodały jego smutne oczy.

- Niech wybaczy im wszystkim – powtórzyły codzienną modlitwę miliony w katedrach, zborach, cerkwiach, mandirach, meczetach, pagodach.

Grzegorz Szymanik - ROCZNIK 1985. STUDENT DZIENNIKARSTWA I POLONISTYKI NA UW, WSPÓŁPRACUJE ZE STOŁECZNĄ „GAZETĄ WYBORCZĄ”. UZALEŻNIONY OD KAWY, PODRÓŻY I ZAPACHU FARBY DRUKARSKIEJ.

Twój komentarz