Op. cit.,

Tagi: historia | profetyzm

Rozum i szklana kula

21 lutego 2010

Anna Mikołejko

Tekst został opublikowany w 34. numerze czasopisma “Opcit”.

„Dreszczem tajemnym przenikają nas – pisała w międzywojniu Kazimiera Chobotowa, nieustannie obcująca z profetycznym darem Agnieszki Pilchowej – wizje dni dzisiejszych i już, już nadchodzących, ściągnięte […] na plan ziemski jasnowidnem okiem wieszczów z owych wyżyn, gdzie rzutują się i rozstrzygają losy ludzkości”.

Dar jasnowidzenia niepokoi, budzi cześć, lecz zarazem niechęć – drażni wszak rozum, urąga ograniczeniom czasu i przestrzeni, sięga tego, co najgłębiej skryte, a dobra lub zła, jakie z sobą niesie, nie sposób przewidzieć i oszacować. Wystarczy zresztą sama tylko myśl, że dar taki istnieje naprawdę, by zachwiać budowanym od tylu pokoleń obrazem świata i nas samych.

Oko w złotej klatce i Pan Twardowski pod pachą

Objawienia profetyczne rozum musi odrzucić. Przychodzą bowiem w sposób chimeryczny, ich źródło jest niejasne, a ich treść nad wyraz często przypomina majaczenia chorego lub obłąkanego. Takie właśnie są słynne Centurie Nostradamusa. W pierwszej z nich, pochodzącej podobno z 1555 r., pisał on o młodym lwie, który zabije starego w pojedynku. Miała to być śmierć w strasznych męczarniach, od ciosu w oko osadzone w złotej klatce. Bełkot ten nabrał sensu dopiero cztery lata później, gdy podczas turnieju złamana rękojeść kopii kapitana królewskiej straży przybocznej przypadkiem trafiła w złoty wizjer hełmu Henryka II, króla Francji. Drzewce przebiły oko i poważnie naruszyły zwoje mózgowe. Agonia trwała aż dziesięć dni. Zarówno król, jak i kapitan mieli w herbie lwy. To właśnie ta przepowiednia niemal z dnia na dzień uczyniła Nostradamusa najsłynniejszym jasnowidzem Europy.

Jeszcze bardziej absurdalna wydawała się przepowiednia, jaką dała hrabianka Romana Stecka – słynna Myrtha Noel – Ludomirowi Różyckiemu. Miał on biec, jak oszalały, przez płonące ulice Warszawy z panem Twardowskim pod pachą. Dodała też: „Ten pan Twardowski to czarownik”. Różycki pomyślał: „Idiotka” – na wszelki wypadek zapytał jednak: „Czy to ten, co diabłu na Księżyc uciekł?”. „Ten sam” – przytaknęła, ostatecznie upewniając Różyckiego o wątpliwym stanie swoich władz umysłowych. A jednak 25 września 1939 r. przyszło mu biec środkiem ulicy Świętokrzyskiej wśród gęsto padających bomb zapalających i burzących. A pod pachą ściskał partyturę swojego Pana Twardowskiego. Odebrał ją właśnie od wydawcy, którego dom pięć minut później runął.

Historia ta przepadłaby zapewne, gdyby Różycki nie opowiedział jej Józefowi Marcinkowskiemu, a ten jej nie spisał. Marcinkowski sam zresztą był jasnowidzem. Jego sława nie dorównywała wprawdzie takim legendom sztuki profetycznej i psychometrycznej, jak Stefan Ossowiecki, ale rezultaty z pewnością były imponujące. Niewątpliwie umiał docenić rzeczywiste umiejętności, nawet jeśli towarzyszyły im takie dziwactwa, jak historyjki Steckiej o krasnoludkach, które czasem potrafią naprawić jej piec. Miał przy tym własną hierarchię, w której Ossowiecki plasował się nieco niżej, niż powszechnie przyjmowano.

Wizje, politycy i demony

Marcinkowski nie zasłynął, jak Ossowiecki, sesjami z Józefem Piłsudskim. Stronił też od przepowiedni politycznych, które przyniosły uznanie hrabiance Steckiej. W przedwojennej Polsce nie było bowiem bodaj nikogo, kto by nie wiedział, że już w 1912 r. przewidziała ona zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, przewrót majowy Józefa Piłsudskiego na pół roku przed jego dokonaniem i śmierć prezydenta Narutowicza na trzy miesiące przed zbrodniczym czynem Eligiusza Niewiadomskiego. Miała również ostrzegać – jak wielu jasnowidzów tamtych czasów – przed wielką wojną, która obejmie cały świat. Marcinkowski natomiast „tylko” odsłaniał zwykłym ludziom okruchy prawdy o ich losach, lecz prawda ta pozwalała im wytrwać w rozpaczy, a czasami nawet uratować życie. Ci, którzy tego doświadczyli, kochali go. Niektórzy z nich ulegali wewnętrznej przemianie.

Przepowiednie, kiedy się sprawdzają, tworzą szczelinę w racjonalnej skorupie naszego życia. Nieważne, czy dotyczą losów poszczególnych ludzi, czy całych narodów. W świat oswojony, uporządkowany i poddany ludzkiemu panowaniu wnikają prawdziwe demony. Pojawia się bowiem coś, co wymyka się kontroli, coś, co rujnuje nasze wyobrażenia o rzeczywistości, a wraz z nimi nasze poczucie bezpieczeństwa. Reakcją na to jest zazwyczaj bezradność: wiara i pokora lub przeciwnie – zaciśnięte pięści i oskarżenia o szalbierstwo. Dlatego ludzi obdarzonych darem jasnowidzenia pomawiano często o przymierze z siłami zła – nawet już w XX wieku.

Tak było choćby w 1909 r., kiedy to w jednym z hotelików Petersburga znaleziono zwłoki. Śledztwo utknęło w martwym punkcie. Wszystko wskazywało na to, że mordercą był inżynier Andrzej Gilewicz, który chciał upozorować własną śmierć. Podejrzany jednak zniknął. Wówczas „Gazeta Petersburska” zamieściła ironiczny apel do jasnowidzów, magów i hipnotyzerów, by wyjaśnili tę zagadkę. Odpowiedź przyszła po kilku dniach. Autor pisał, że Gilewicz przybył niedawno do Niemiec, skąd zamierza udać się do Francji, a stamtąd do Ameryki Południowej i że żywy do Rosji nie wróci. Inżyniera rzeczywiście aresztowano we Francji, rzeczywiście próbował on udać się do Ameryki Południowej (a konkretnie do Brazylii) i rzeczywiście żywy nie wrócił, ponieważ zażył truciznę. Autorem listu okazał się Czesław Czyński, który sam dwadzieścia lat później został oskarżony o praktyki satanistyczne.

Profeta pod obserwacją

Bywa i tak, że wiara i pokora próbują połączyć się z rozumem. Gigantyczny wysiłek zrozumienia zjawiska profetyzmu, podejmowany nie tylko przez amatorów, ale też przez wybitnych uczonych, przynosi jednak nikłe rezultaty. Do klasyki należą badania Williama Jamesa, Charlesa Richeta, Juliana Ochorowicza, Cesarego Lombrosa, Alberta von Schrenk-Notzinga, Williama Crookesa, Aleksandra Aksakowa, a nawet Fryderyka Engelsa. Wyniki licznych eksperymentów (kontynuowanych do dziś, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych) łatwo podważyć – zazwyczaj nie spełniają one podstawowych wymagań metodologicznych. Nie mogą ich zresztą spełniać, bo profetyczne zdolności w warunkach laboratoryjnych często zanikają.

W 1935 r. Gizela Winiarska, kontrowersyjna jasnowidząca z Krakowa, poddała się badaniom przeprowadzonym przez Towarzystwo Metapsychiczne. Wypadła „raczej ujemnie”. Jednak „parę osób zainteresowanych »okruchami« jasnowidzenia […] odwiedziło ją we własnym mieszkaniu i większość z nich odeszła po prostu olśniona”. Pani Gizela opisała bowiem wiele zdarzeń „z taką dokładnością, jak gdyby przewracała kartki pamiętnika i odczytywała ważniejsze epizody”, zaś kilka „przepowiedni i ostrzeżeń znalazło swe dokładne uzasadnienie w ciągu najbliższych tygodni”. Ostatecznie ocena wypadła następująco: „O ile chodzi o przeszłość i teraźniejszość, to p. Winiarska w 99% opisuje ją u całego szeregu […] osób niesłychanie trafnie, operując b. często imionami, określając dokładnie charaktery, usposobienie, określając miejsce działania czy pobytu itp., przy czym nie posługuje się w danym przypadku ani grafologią, ani chiromancją, ani kartomancją – a jedynie każąc ujmować się za rękę”.

Wszyscy jesteśmy jasnowidzami

Im skuteczniej jasnowidz przenika skrywane przed światem tajemnice, tym większą tajemnicą staje się on sam – zarówno dla otoczenia, jak i dla siebie. Wszystko jest tu zagadką. Dlaczego Marcinkowski musiał stawiać karty, choć to, co mówił, często nie miało z nimi żadnego związku? Dlaczego Winiarskiej wystarczyło ująć potrzebującego za rękę, a najsłynniejszy polski współczesny jasnowidz, Krzysztof Jackowski, musi wąchać przedmioty i przykładać je do czoła? Dlaczego, choć przepowiadanie wydaje się jasnowidzom łatwe, na ogół nie potrafią oni przekazać tej umiejętności innym? Dlaczego tylko pewne fragmenty rzeczywistości można przeniknąć – nie zawsze te najważniejsze? Dlaczego część widzeń pojawia się w takiej formie, że stanowi zagadkę także dla jasnowidza? Dlaczego niektóre z nich przybierają postać obrazów, a inne – słów (w okresie międzywojennym mówiono o „jasnosłyszeniu”)? Zagadki można mnożyć w nieskończoność.

Pytanie o naturę daru profetycznego okazuje się niezmiernie ważne dla samych jasnowidzów – dla nich jest to bowiem pytanie o własną normalność. Być może dlatego właśnie wielu z nich broni tezy, że w zdolnościach profetycznych nie ma nic wyjątkowego.

Według Agnieszki Pilchowej, słynnej jasnowidzącej z Wisły, „byliśmy kiedyś wszyscy jasnowidzami – i dotąd jeszcze własność ta we wszystkich nas drzemie. Wszyscy ją mamy w bardziej lub mniej utajonym stanie. Wszyscy ją możemy odzyskać w pierwotnej wspaniałości – i wszyscy ją prędzej czy później odzyskamy, a jak prędko to nastąpi, zależy to przede wszystkiem od nas samych”.

Stefan Ossowiecki argumentuje podobnie: „Czy mamy dokładne pojęcie, co to jest energia, elektryczność, ciepło? A co to jest siła ciążenia? Co dzień, w każdej chwili mamy z tym do czynienia, a czy to nas dziś dziwi? Odnosimy się obecnie z powagą do tych zjawisk i czekamy cierpliwie chwili, kiedy nauka nam to wszystko wytłumaczy. Bądźmy więc cierpliwi”. A przy tym rozumni, chciałoby się dodać.

Opcity: Kazimiera Chobotowa, Gdy duch się budzi (w: Agnieszka Pilchowa, Jasnowidzenie); Maria Florkowa, Wśród metagnomów krakowskich, „Przegląd Metapsychiczny” [wydawany z miesięcznikiem „Lotos”], 1936, nr 1; Agnieszka Pilchowa, Jasnowidzenie; Stefan Ossowiecki, Świat mojego ducha i wizje przyszłości.

Anna Mikołejko - SOCJOLOG I ANTROPOLOG KULTURY, PROFESOR UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO (INSTYTUT KULTURY POLSKIEJ) ORAZ WYŻSZEJ SZKOŁY DZIENNIKARSTWA IM. MELCHIORA WAŃKOWICZA; AUTORKA M.IN.: POZA AUTORYTETEM? SPOŁECZEŃSTWO POLSKIE W SYTUACJI ANOMII (1991), SPOŁECZNE TOWARZYSTWOWIATOWE. Z DZIEJÓW OŚWIATY NIEZALEŻNEJ W POLSCE (1997), TRADYCJA I NOWE DROGI WIARY. OBRAZY RELIGIJNOŚCI POLSKIEJ W LATACH 1918-1939.

Twój komentarz