Op. cit.,

Tagi: antropologia medyczna | gender | klisze

Rodzić po indiańsku

27 października 2011

Anna Wądołowska

“Jak rodziłam pierwsze dziecko, to prawie umarłam. Straciłam przytomność. Nie wiem, ile to trwało. Potem zaczęłam słyszeć głosy. Oni myśleli, że ja już nie żyję. Ale przebudziłam się. [...] Tutaj to było. Moja teściowa zawołała doña Lupe, naszą akuszerkę. Już wtedy była staruszką. To ja więcej nie chciałam już rodzić w domu. Moja babcia zmarła, gdy rodziła moją matkę. Sierotą była. No to… Przy następnej ciąży namówiłam męża i przed porodem pojechaliśmy do miasta, do lekarza. Bałam się rodzić w domu, że zostawię dzieci bez matki. No i u lekarza było wszystko dobrze, ale jak wróciliśmy do domu… Teściowa nigdy mi nie wybaczyła, że bez jej zgody poszłam do lekarza. I zaczęła plotkować o mnie. Mówić nieprawdę. Ludziom we wsi i mojemu mężowi. Przekonała go, że nie jest ojcem swoich dzieci. Stał się zazdrosny. Oboje zrobili wszystko, żeby moje życie było prawie nie do zniesienia. On dopiero teraz ma pretensje, że dzieci gdy dzwonią, to chcą rozmawiać tylko ze mną... Ale on je nigdy nie traktował jak swoje. Potem byłam znowu w ciąży. Ale nie chciałam im dać kolejnego powodu, żeby mnie obgadywali, więc zostałam w domu i przyszła doña Lupe. Zostałam, chociaż się bałam, że umrę”

“Ja całą moją trójkę rodziłam w szpitalu. Zawsze były jakieś problemy, nie mogłam tutaj urodzić. Ale nigdy nie chciałam w szpitalu. Zawieźli mnie, bo było źle. A tam cesarka i cesarka. Nie chciałam, ale inaczej nie można było. Po trzecim dziecku już więcej nie zaszłam… Trzy cesarki. Wcześniej to rodziłam zawsze co dwa lata. A potem już nic. Mąż to jeszcze niedawno mnie pytał, czemu nie mamy więcej dzieci. Teściowej też się to nie podoba. Przy trzeciej cesarce chcieli mnie operować [sterylizować], ale ja się nie zgodziłam. Mąż też mówi, że się nie zgodził. Oni tam bardzo namawiają. Niektórzy już się zgadzają, żeby im dali spokój w tym szpitalu. Ale my mówiliśmy nie. Pytałam lekarki w ośrodku zdrowia tutaj, ale ona mówi, że po trzeciej cesarce już nie można, że dlatego nie zachodzę. Ja nie wiem, czy mnie zoperowali, czy nie. Kto to może teraz wiedzieć. Moja siostra tak samo, trzy cesarki i już więcej nie urodziła. Oni tutaj [lekarze] bardzo nie chcą, żebyśmy mieli dużo dzieci. Mówią, że mają potem problemy i muszą się tłumaczyć swoim szefom.”

“Zawołali mnie ostatnio do rodzącej. Już wcześniej mówiłam, że nie będę odbierała jej porodu, że jest za słaba, za chuda. Wołali mnie, jak była w ciąży. Nam w ośrodku zdrowia mówią, że jak widzimy, że kobieta ma to i to, to akuszerka ma ją odesłać do lekarza. Zresztą tyle już w życiu porodów odebrałam, że wiem, kiedy da radę, a kiedy nie. Żadna moja córka nie mogła rodzić ze mną. Mówiłam tej kobiecie, że musi jechać do szpitala. Ale ona nie chciała. Bała się. Teściowa i mąż też nie namawiali. Mówiłam, że nie przyjdę... W sobotę mnie zawołali, nie było rady, trzeba było iść. Widziałam, że jest źle, ale do szpitala nie chcieli. W trakcie porodu dostała rzucawki, zemdlała. Szybko wtedy pobiegli po samochód i zawieźli ją tak do szpitala. Bałam się, wróciłam szybko do domu. Mówią, że dziecko martwe już było. Ona podobno już lepiej, ale jeszcze w szpitalu. Pewnie lekarze z ośrodka teraz będą mieli do mnie pretensje, ale ona sama powinna pojechać do szpitala. Nie mogłam odmówić.”

Tak brzmią historie reprodukcyjne meksykańskich Indianek Purhépecha.

Zdjęcia autora

Anna Wądołowska - antropolożka, latynoamerykanistka. Na przestrzeni 2002-2009 roku prowadziła badania terenowe na obszarze zamieszkanym przez ludność tubylczą (Indianie Purhépecha) w Meksyku. Prowadziła tam badania z zakresu antropologii medycznej, genderowej oraz prawa człowieka. Oprócz pracy akademickiej zajmuje się edukacją globalną oraz działalnością o charakterze współpracy na rzecz rozwoju.

Twój komentarz