Tagi: antropologia podróży
Punkt, w którym stykają się wszystkie kultury
23 grudnia 2011
W czasie podróży zdarzają się takie momenty, gdy świat wydaje się malutki niczym ziarnko grochu, a wszelkie podziały tracą sens. Tym razem stało się to dzięki starej piosence, skomponowanej w latach 60. przez szwajcarskiego akordeonistę. I choć nie zyskała popularności w jego ojczystym kraju, różnymi drogami rozprzestrzeniła się po… nie będzie chyba przesadą powiedzieć, że niemal po całym świecie. Powstały bowiem fiński tiputanssi, francuski la dance des canards, angielski birdie song i amerykański chicken dance, włoski il ballo del qua qua, polskie kaczuchy … żeby wymienić jedynie kilka lokalnych wersji.
Jeszcze niedawno biegliśmy na złamanie karku, starając się nie pogubić bagażu, przeskakując przez tory i szukając odpowiedniego peronu. Z głośnika kilkakrotnie podawano jakąś informację i w końcu, gdy tylko my zostaliśmy na peronie numer osiem, domyśliliśmy się, że chodzi o zmiany dotyczące odjazdów. W końcu wydelegowaliśmy „naszego” Kanadyjczyka, żeby trochę na migi, a trochę po angielsku dopytał konduktora, co mamy robić. Okazało się, że nasz pociąg odjeżdża za minutę, z peronu numer dziesięć. Kiedy jednak dobiegliśmy na miejsce – nic się nie działo. Pociągi stały tak, jak wcześniej. Zadyszka dawno minęła, drzwi wagonów zamknięte na głucho – zresztą kto chciałby do nich wsiąść? Na zewnątrz ledwo dawało się oddychać, w środku byłoby jeszcze gorzej. Przez jakiś czas staliśmy jeszcze, ściskając rączki toreb. Potem zrozumieliśmy jednak, że niepotrzebnie tak się spieszyliśmy. Wokół gęstniał tłum pasażerów, którzy także chcieli zabrać się na weekend do Lào Cai, północno-zachodniej prowincji Wietnamu.
W wolnym czasie wielu mieszkańców Hanoi – ci, którzy mogą sobie na to pozwolić – wyjeżdża tam, by odetchnąć od dusznej atmosfery stolicy. Lào Cai jest najchłodniejszym regionem kraju. Po tygodniu pracy stwierdziliśmy, że i nam miło będzie spędzić dwa dni w klimacie bardziej podobnym do tego, do którego większość z nas była przyzwyczajona. Stanowiliśmy bardzo zróżnicowaną grupę – dwie Polki, trójka Koreańczyków, Kanadyjczyk, Włoch, Finka, Francuzka. Mimo to, sporo nas łączyło – nie znaliśmy wietnamskiego, słabo spaliśmy w czasie parnych i bezwietrznych nocy letniego Hanoi i przyjechaliśmy tutaj, na sam koniec świata, żeby pomagać dzieciom z sierocińca Ha Cau w nauce angielskiego. Weekend jednak miał należeć do nas, miał być czasem rozrywki i rozprężenia – i w związku z tym piątkową noc spędziliśmy na peronie.
Ludzie wokół rozsiadali się, a nawet kładli, na nagrzanym betonie. Pogryzali owoce, leniwie rozmawiali. Nikt się nie pieklił, nie wściekał, nie wrzeszczał. Tak miało być i już. Jak trzeba czekać, to trzeba czekać. Nieważne, czy jedną, dwie czy trzy godziny. W czasie późniejszej podróży po kraju wielokrotnie spotkałam się z przejawami tej stoickości, zgody na podróżowanie w najdziwniejszy i najbardziej niekomfortowy sposób. Zamiast miejsca siedzącego w autobusie plastikowy taborecik w przejściu? Bez problemu. Drzemka na trzcinowej macie, na podłodze zbyt zatłoczonego pociągu? Bez słowa skargi. Brak pryczy w nocnym autobusie, bo chcąc zarobić, przewoźnik sprzedał więcej biletów niż było miejsc? Ważne, by dojechać na miejsce.
Idąc za przykładem miejscowych, zasiedliśmy w kółeczku. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy i przypominaliśmy sobie wszelkie znane nam gry z czasów szkolnych, anse kabanse, bo co nam zostało? Kiedy zaczęliśmy tracić już nadzieję, a pomysłów na zabicie czasu było coraz mniej, usłyszeliśmy muzykę. Radosne, wietnamskie piosenki, puszczane ze średniej klasy odtwarzacza. Ponad głowami leżących i siedzących przyszłych współpasażerów dostrzegliśmy grupkę młodych ludzi. Podrygiwali w rytm muzyki, machali rękami i śpiewali. Z ciekawości ruszyliśmy w ich stronę. Pląsy trwały w najlepsze i po krótkiej naradzie postanowiliśmy, że się przyłączymy. Witani uśmiechami młodych Wietnamczyków wsunęliśmy się do koła, między nich. Zaczęła się kolejna piosenka, a my nieudolnie naśladowaliśmy ruchy naszych nowych towarzyszy. Wznosiliśmy ręce do góry, kreśliliśmy w powietrzu serca, podskakiwaliśmy, kręciliśmy się dookoła własnej osi, klaskaliśmy w ręce. Cieszyliśmy się przy tym jak dzieci. Wokół ludzie zaczęli otrząsać się z letargu wywołanego długim oczekiwaniem. Przyglądali się nam, robili zdjęcia, śmiali się i, tak jak my, świetnie się bawili. Jednak tak intensywny ruch, nawet nocą, to duży wysiłek. Byliśmy czerwoni na twarzach, sapaliśmy ciężko. Już mieliśmy podziękować grzecznie, na migi powiedzieć, że bardzo nam przykro, ale jesteśmy zbyt zmęczeni, by kontynuować, i udać się na nasze poprzednie miejsce, kiedy płyta przeskoczyła i z głośników popłynęła dobrze nam znana melodia. Z koleżanką popatrzyłyśmy po sobie ze zdziwieniem. Czy to naprawdę możliwe? Ostatnią rzeczą, jaką spodziewałyśmy się usłyszeć w środku nocy na peronie w Wietnamie, był przebój prosto z polskich sal weselnych.
„Tararara rara ra, tararara rara ra, tararara rara ra ta ta ta ta!”
Nagle wkoło nas peron aż zabuczał radośnie, jak ul pełen szczęśliwych pszczółek. I wszyscy – Kanadyjczyk, dwie Polki, Finka, Wietnamczycy, Koreańczycy, Włoch i Francuzka – złapali się pod boczki, gotowi udawać kaczuszki.
W czasie podróży zdarzają się takie momenty, gdy świat wydaje się malutki niczym ziarnko grochu, a wszelkie podziały, czy to według ras, grup etnicznych, kontynentów czy kultur, tracą sens. Tym razem stało się to dzięki, o ironio!, starej piosence, skomponowanej w latach 60. przez szwajcarskiego akordeonistę. I choć nie zyskała popularności w jego ojczystym kraju, pokochali ją Holendrzy. A potem, różnymi drogami, rozprzestrzeniła się po… nie będzie chyba przesadą powiedzieć, że niemal po całym świecie. Powstały bowiem fiński tiputanssi_, norweski fugledansen, francuski la dance des canards, japoński okashi tori, angielski birdie song i amerykański chicken dance, hiszpański el baile de los pajaritos, włoski il ballo del qua qua, polskie _kaczuchy_… żeby wymienić jedynie kilka lokalnych wersji. Co więcej, piosenka wciąż żyje i ma się dobrze. Zaskakujące, w jakich miejscach kultury zazębiają się i przenikają.
Dla nas to był ostatni taniec. Ukłoniliśmy się grzecznie, wymieniając z naszymi nowymi towarzyszami uśmiechy i uściski dłoni. Machali nam jeszcze, gdy wracaliśmy na swoje miejsce pod drzwiami wagonu trzeciej klasy. Niedługo później zostaliśmy wpuszczeni do pociągu, zajmując miejsca na drewnianych ławkach. W trzeciej klasie nie ma klimatyzacji – przyśrubowane do sufitu elektryczne wiatraki kiwają się leniwie z boku na bok, mieląc gorące powietrze. Zapowiadała się długa podróż… Ale to już temat na inną historię.

Karolina Jagnyziak - Studentka Antropologii Kulturowej i Afrykanistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Silnie uzależniona od podróży, śnienia na jawie i snucia nieprawdopodobnych opowieści. W swojej karierze literackiej dorobiła się kilku wyróżnień, z których najznaczniejszym było to uzyskane na Horyzontach Wyobraźni 2010. Nie przepada za pisaniem o sobie, szczególnie od czasu, gdy każdego można sobie bez problemu „wygooglać”.