Op. cit.,

Tagi: antropologia polityczna | etnografia internetu | technologia | wikileaks

Przedstawienie musi trwać. WikiLeaks, telewizyjni bohaterowie i politycy

20 stycznia 2011

Piotr Cichocki, Agata Jałosińska


Nie skomentujemy sprawy WikiLeaks jak na rasowych etnografów przystało, czyli odnosząc się do „ludowych” interpretacji wydarzeń ostatnich miesięcy. Skala tego widowiska każe myśleć o sprawie w szerszym kontekście. W tym krótkim artykule spojrzymy na wydarzenia ostatnich tygodni jako na medialny spektakl i na Juliana Assange’a jako mimowolnego odtwórcę głównej roli męskiej.

Historia portalu może sprawiać wrażenie wielkonarracyjnej epopei. Ci, którzy chcieli wywołać globalne zaskoczenie, ujawniając to, co tajne, stali się aktorami przewidywalnego polityczno-sądowego przedstawienia.

Scenariusz rewolucji

Artykuł ten powstał w ramach współpracy inspirowanej zasadami zaproponowanymi przez George’a Marcusa. Autorzy stopniowo i swobodnie konstruowali tekst na przełomie grudnia 2010 i stycznia 2011 roku, wymieniając się kolejnymi jego wersjami i wprowadzając w nich dowolne modyfikacje. Specjalne podziękowania autorzy chcą złożyć dr Teresie Święckowskiej z Instytutu Informacji Naukowej i Studiów Bibliologicznych UW – jej sugestie bibliograficzne okazały się nieocenione.

Do niedawna twarzami WikiLeaks byli Julian Assange i Daniel Schmitt. Ich zdaniem witryna WikiLeaks miała stanowić platformę umożliwiającą upublicznianie dotychczas tajnych informacji, depesz rządowych i notatek, gwarantując obywatelom wiedzę o działaniach wybieranych przez nich władz i o kulisach polityki. Pracując w oparciu o platformę MediaWiki, twórcy portalu zakładali, że większość treści będzie wprowadzana przez użytkowników i godzili się na taką formułę. Każdy, kto posiadał materiały dotyczące nieprawidłowości w postępowaniu urzędów, mógł bezpiecznie (bez strachu o ujawnienie swojej tożsamości) zamieścić je w serwisie. Portal WikiLeaks miał służyć każdej społeczności, prezentować dokumenty dotyczące instytucji zarówno państwowych, jak i samorządowych. Początkowo działania skierowane były na kraje byłego bloku sowieckiego, Afryki subsaharyjskiej i państw Bliskiego Wschodu. Twórcy od początku planowali uderzyć w obecny system władzy, skierować go na drogę reformy. Nie chcieli być odbierani jako atakujący. Zakładali, że w przyszłości przedstawią również materiały dotyczące wielkich korporacji i zachodnich rządów.

„Tajne” nie zawsze znaczy to samo

Skala działań w pierwszym etapie rozwoju WikiLeaks nie dziwi. Mechanizmy funkcjonowania państw, które na początku wzięto „pod lupę”, podlegały „władzy patrzenia” dominującego zachodniego dyskursu medialnego. Tego rodzaju relacja może wywodzić się jeszcze z sytuacji postkolonialnej. Tajemnica w pełnym tego słowa znaczeniu, na którą zamach wywołuje niebezpieczne reperkusje, cechuje w szczególności całą sferę dyplomacji i panujące w niej podwójne standardy komunikacji. Istotne rozmowy i porozumienia dzieją się za zamkniętymi drzwiami, bez błysku fleszów. Na miliardy ludzkich istnień zarówno w ich codzienności (o czym piszą m.in. Anthony Giddens i Ulf Hannerz), jak i w kategoriach eschatologicznych, wpływa mowa pozorów, sztywny i ściśle określony konwencjami protokół dyplomatyczny. W istocie w obliczu zagrożeń globalnymi konfliktami trudno mówić językiem lokalnych narracji. Tajność tego międzynarodowego dyskursu nie jest jednak bezwzględna, a sytuacja czarno-biała. Wszyscy zorientowani czytelnicy i widzowie wiedzą, co tak naprawdę kryje się (lub co może się kryć) za gładkimi sformułowaniami komunikatów prasowych. Mają także świadomość kto jest „paranoikiem”, kto „samcem alfa”, a kto „nieudacznikiem”, które to sformułowania wywołały polityczną burzę, gdy z tajnych depesz dostały się na światło dzienne za sprawą portalu. Oczywiście nie oznacza to, że informacje tego rodzaju są w życiu codziennym „zwykłych ludzi” jakkolwiek użyteczne. W przestrzeni publicznej tego rodzaju stwierdzenia są zarezerwowane dla obrazoburczych satyryków i „jurodiwych” dziennikarzy, którzy oficjalnie poszukują granic „problematyczności” w prasowych komunikatach.

Między lipcem a listopadem 2010 roku uczestnicy projektu WikiLeaks pokusili się jednak o zerwanie – użyjmy tu niewinnej metafory – żelaznej kurtyny, kryjącej kulisy przedstawienia. Materiały, które dzisiaj wstrząsają światem, to raporty i analizy wykradzione przez 22-letniego szeregowca Bradleya Manninga. Stacjonując 8 miesięcy w Iraku jako specjalista wywiadu, miał dostęp do serwerów Departamentu Obrony i do materiałów udostępnianych Pentagonowi przez Departament Stanu USA. Jak sam przyznawał, udostępnienie wszystkich informacji WikiLeaks było działaniem na granicy idealizmu i głupoty.

WikiLeaks - mapa

źródło: flickr.com

Co się działo potem? W dniu zapowiadanej publikacji media całego świata skupiły się na stronie WikiLeaks. Odpowiednio wcześniej największe dzienniki („Le Monde”, „Der Spiegel”, „Guardian”, „Washington Post” i „New York Times”) otrzymały kopie dokumentów i zobowiązały się do ich opublikowania w razie ataków na główną stronę projektu. Twórcy WikiLeaks stali się graczami na ogólnoświatowej arenie medialnej. To, co mieli do pokazania, uderzało w największych i najsilniejszych z dotychczas na niej obecnych. W bardzo krótkim czasie, zaledwie trzy lata od momentu rozpoczęcia swojej działalności, zdążyli ujawnić więcej materiałów niż wszystkie dotąd działające gazety razem wzięte. Jednak reguły tej rozgrywki nie były już takie same jak przy poprzednich wyciekach. Tajemnica władz zachodnich mocarstw okazała się tajemnicą absolutną, a jej ujawnienie zaczęto klasyfikować jako akt „terroryzmu informacyjnego”, co skłania do stawiania pytań o kulturowo-polityczną definicję terroryzmu i manipulowanie tym gorącym pojęciem. Ten informacyjny zamach był jedną z pierwszych sytuacji, kiedy organizm państwowy USA obnażono w taki sposób, w jaki można obnażyć kompromitującymi informacjami osoby. Okazało się, że w dobie współczesnej komunikacji internetowej państwo nie zawsze bywa nieokreślonym, wszechogarniającym bytem – staje się raczej jednym z użytkowników, adresatem komunikatu podlegającym groźbie kompromitacji w społecznej grze.

Bunt i widowisko

Historia ukrywania się, aresztowania i uwolnienia Juliana Assange’a stała się medialną sagą. Gdy przebywał w więzieniu, nie miał dostępu do internetu, co zdaje się być realną penitencjarną izolacją hakera. Wcześniejszymi kulturowymi wzorami tej opowieści były historie ze świata szpiegów i sądownictwa, oraz ich liczne całkiem jawne ekranizacje z galerią filmowych bohaterów w rodzaju Che Guevary, Robin Hooda, Neda Kelly’ego czy Davida Lightmana. Ten ostatni to postać z wielkiego hitu lat osiemdziesiątych, filmu Gry wojenne, opowiadającego o młodych hakerze. To porównanie zdaje się jeszcze bardziej zasadne w odniesieniu do artykułu Geerta Lovinka i Patrice’a Riemensa, którzy wskazują na ideologiczną genealogię WikiLeaks, sięgającą do „kultury hakerów”. Masowa globalna publiczność wiadomości może poczuć się nieco pewniej, oglądając, komentując, a niekiedy aktywnie przeżywając gigantyczne widowisko, które mieści się w przewidywalnych ramach kulturowego spektaklu. Assange wygrał w plebiscycie czytelników na człowieka roku „Time Magazine”; podobny tytuł przyznali mu także dziennikarze „Le Monde”, a sprawa WikiLeaks doczekała się olbrzymiej ilości komentarzy, także muzycznych.

Analitycy zwracają uwagę na to, że sami twórcy WikiLeaks prowokowali medialne zainteresowanie, działając w myśl zasad ekonomii uwagi (attention economy). Podczas gdy Assange sprowokował wokół swojej osoby spektakl, jego najbliżsi współpracownicy postanowili pójść na pewien kompromis wobec zasad prowadzenia medialno-politycznej gry.

Dwa tygodnie po opublikowaniu największego przecieku w zespole doszło do rozłamu. Schmitt oskarżył Assange’a o zapędy dyktatorskie i odszedł wraz z grupą współpracowników, planując założenie nowego portalu. „Dyktator” to określenie ze słownika dotychczasowego „przeciwnika” WikiLeaks – sfery władzy. Assange od momentu publikacji najgorętszych materiałów stał się jedyną twarzą platformy. Nowa organizacja Daniela Schmitta, OpenLeaks, przyjmuje nieco inny model działania. Po pierwsze: użytkownik udostępniający materiały decyduje, jakim redakcjom zostaną one przekazane. Po drugie: platforma nie publikuje dokumentów samodzielnie. A więc: żadnej władzy w rękach właścicieli serwisu. Serwis Schmitta miał wystartować 13 grudnia. Do tej pory (13 stycznia) na głównej stronie portalu widnieje tylko logo i napis: „Coming soon”. Ciekawe, w jakich warunkach przyjdzie realizować swoje cele grupie OpenLeaks i czy uda im się je osiągnąć.

Reguły reality show

Współczesna globalna polityka nie różni się bardzo od manifestacji władzy na Jawie, które Clifford Geertz opisywał za pomocą metafory teatru. Podobieństwo oczywiście zawiera się w formie, a nie w treści przedstawienia. Metafora ta nie odziera zdarzeń z powagi, gdyż warunki naszej egzystencji są wplecione w prawidła specyficznej gry, poczynając od jej dyplomatycznej i medialnej realizacji. Być może z duchem czasów moglibyśmy porównać ją w większym stopniu do pozornie interaktywnego telewizyjnego show. Pozostaje pytanie: kto jest jego reżyserem?

Opcity: Louis Althusser, For Marx; Guy Debord, Społeczeństwo spektaklu. Rozważania o społeczeństwie spektaklu; Michel Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia; Clifford Geertz, Wiedza lokalna; Anthony Giddens, Konsekwencje nowoczesności; Gry wojenne, reż. John Badham, 1983; Ulf Hannerz, Powiązania transnarodowe. Kultura, ludzie miejsca; Geert Lovink, Patrice Riemens, Twelve theses on WikiLeaks, Timothy Mitchell, Egipt na wystawie świata.

Główne źródła internetowe (wszystkie wejścia z 07.01.2011):
twitter.com
lemonde.fr
newsfeed.time.com
openleaks.org

Ilustracje do artykułu pochodzą ze strony flickr.com:
Che Assange
Mapa przecieków WikiLeaks

Piotr Cichocki - antropolog, zajmujący się procesami społecznymi dotyczącymi nowych mediów, muzyk, ur. 1981 r.

Agata Jałosińska - studentka IEIAK, bada relacje władzy i metody dystrybucji wiedzy w ruchu open source, ur. 1986 r.

Twój komentarz