Op. cit.,

Tagi: antropologia podróży

Praca na saksach zmienia na maksa

23 listopada 2011

Anna Adamowicz , Mikołaj Smykowski

Tekst został nagrodzony w konkursie Op.citu na antropologiczną relację z wakacji.

Mercedes Benz Camper. Rocznik ’83. Szczyt marzeń enerdowskiego emeryta. Zarejestrowany na sześć osób. Jedzie osiem. I pies – mix bokser. W razie kontroli dwie najmniejsze chowają się do toalety. Lepiej, żeby były to dziewczyny, będą udawać, że się całują. Ale we Francji już nic nie powiedzą, że jest nas ósemka. Grunt to przebić się przez Niemcy. Ci to się czepiają. Tak mówią panowie z ciężarówek na stacjach benzynowych. W Słubicach tankujemy biopaliwo. Żeby było jak najtaniej. Jadą Polaczki!

Lodówka działa. Zapasy poczynione. Kabanosy, ogórki kiszone, suchary, zupki instant. I tytoń. Dużo tytoniu.

W połowie drogi zaczyna padać. Akurat wtedy psują się wycieraczki. Szybka naprawa. Prowizorycznie, byle dojechać. W razie czego można przednią szybę posmarować jabłkiem. Wtedy woda spływa. Podobno działa.

Trzydniowa podróż to ostatnia szansa na podszlifowanie francuskiego. Mamy ze sobą słowniki, rozmówki, a nawet poradnik napisany przez amerykańskiego antropologa! Poradnik mówi nam, „jacy naprawdę są Francuzi”. Radzi, jak się wobec nich zachowywać. Czytam i denerwuję się. Wiadomo, że napisane przez Amerykanina, ale na Boga! To antropolog! Francuzi z jego opowieści to bufony. Zdawać by się mogło – różnice kulturowe skreślają nas na starcie.

W końcu jesteśmy na miejscu. Ville Morgon. Tutaj się rozdzielamy.

Chinon

Anna:

Przyjmuje nas pani Bouland. Mówi nam, że może zatrudnić tylko dwie zgłoszone wcześniej osoby. Mamy wrócić na kolację na 19:00. Tymczasem jedziemy szukać pracy dla innych. Niestety, u prywatnych winiarzy szanse są małe. Mówią, że będą dzwonić jutro. Nie zadzwonią.

Na szczęście, jak dowiedzieliśmy się wcześniej, w Belleville przed dworcem stoją baraki, które tak naprawdę są oddziałami biura pracy pole emploi. W nich wszyscy znajdują zatrudnienie. Le bungalow de vandange Beaujolais. Nawet nie trzeba znać francuskiego, bo pracuje tam pani z Polski i ona pomaga. Trzy osoby dostają pracę przez pole emploi w pół godziny. Sam patron po nich przyjeżdża. Będą pracować z ośmioma innymi Polakami. Część z nas musi czekać jeszcze dwa dni na rozpoczęcie swojego turnusu. Część zaczyna już jutro.

Kolacja nas zaskakuje. Jest bardzo obfita. Okazuje się nawet, że pani Bouland mówi po angielsku. Trochę. Ale pan patron Bouland nie mówi. Pamiętając o poradach z amerykańskiego poradnika, wspinam się na wyżyny mojej francuszczyzny. Mimo to pan Bouland nie za bardzo mnie rozumie.

Pierwszy wieczorek integracyjny. Okazuje się, że w mojej winnicy pracują prawie sami Francuzi. To, co najbardziej mnie zaskakuje, to ich wiek – większość z nich nie ma mniej niż 55 lat. Wieczorem, w parku, który później okazuje się być miejscem spotkań winobraczy z całej okolicy, dowiadujemy się, że starzy Francuzi pracują najszybciej i najwytrwalej. Trochę nie wierzę, śmieję się.

Pobudka o 6:15, pracę zaczynamy o 7:00. Zupełnie nie spodziewam się, co mnie czeka. Na śniadanie kawa, kakao, chleb i dżem. Po wczorajszej kolacji jestem lekko zawiedziona, ale mówią, że to petit déjeuner typiquement français.

Pakujemy się do busa. Niektórzy mają na kolanach ochraniacze. Mówią, że to ich siedemnasty, osiemnasty, dwudziesty vendange. Mówią, że trzy pierwsze dni są najgorsze. Potem jest coraz lepiej.

Mikołaj:

„Nicolas, opróżnij! Opróżnij kurwa! Wiaaaadrooo! Dziękujaaa!” – słychać znad ciągnących się w nieskończoność krzaków winogron. Któryś z porterów „prosi” mnie łamaną polszczyzną o wysypanie winogron do kosza.

Poletka, z uwagi na brak nowych reform rolnych, są rozproszone. Trudno uwierzyć, że właściciele poszczególnych winnic są w stanie zapamiętać, które jest czyje. Parcele pocięte są wąskimi drogami. Z ledwością mieści się na nich traktor. Rzędy winogron, w zależności od topografii terenu, poutykane są różnymi roślinami. Głównie wiatropylnymi bylinami wypuszczającymi na przełomie września i października wszędobylski biały puch z nasionami.

Bojoulais to region kurczowo trzymający się tradycji. Niski stopień mechanizacji, gospodarstwa raczej niewielkie. W rezultacie pracę fizyczną w okresie winobrania można dostać niemal od ręki. Wielu Polaków decyduje się jechać w ciemno. My pracę mieliśmy załatwioną wcześniej. Ogłoszenia dostępne są na portalu francuskiego Ministerstwa Rolnictwa. Wystarczy wysłać CV.

Winogrona zrywa się tutaj ręcznie. Popularnym narzędziem jest sarpet, miniaturowy sierp. Obcina się nim kiście tuż przy łodydze. Kucając, klęcząc, schylając się. Osiem godzin dziennie. Przeciętny pracownik w ciągu dnia zapełnia około sześćdziesięciu wiader. Musi je również samodzielnie opróżnić, wsypując zerwane winogrona do wielkich koszy noszonych na plecach przez porterów.

pletko

Krzaki winogron osiągają około półtora metra wysokości. Młode krzewy są gęste i proste. Stare, dwudziestoletnie – karłowate, mają dużo mniejsze owoce. Grona rosną przy końcu pnia, mniej więcej 50 centymetrów nad ziemią. Reszta to liście – przyrost roczny obcinany natychmiast po zbiorach. Owoce mają głęboki granatowy kolor. Pod wpływem ich soku dłonie stają się klejące. Taniny barwią każde zagłębienie skórne najpierw na różowo, potem na czarno. Najwięcej brudu gromadzi się pod paznokciami.

Mądrość ludowa zawsze wyrasta z praktyk zdroworozsądkowych. Mydło i szczotkowanie niewiele pomagają. Jedynym sposobem jest rozcieranie w dłoniach zielonych, niedojrzałych winogron. Zawarty w nich kwas usuwa brud. Sprawia również, że skaleczenia od sarpet szczypią jak cholera.

Anna:

Pierwszy rządek i uczucie lekkiego szoku, konsternacji. Pochylona, skupiona, próbuję ścinać jak najszybciej. Nagle słyszę tubalny okrzyk: „Seau!”. To porter, mężczyzna zbierający winogrona od zbieraczy. W wiadrze, które ma na plecach, mogłyby się zmieścić dwie najmniejsze osoby z naszego kampera. I pies.

Odwracam głowę, spostrzegam, że jestem przedostatnia. Za mną tylko Hubert – Niemiec mieszkający w Lyonie, kawał chłopa.

Pierwsza przerwa i kolejny szok. Podają drugie śniadanie – chleb, sery, tłuste kiełbasy, woda i oczywiście wino. Beczułki wina. Wody prawie nikt z pracowników nie pije, przecież nie są zwierzętami.

Kolejna przerwa, tym razem na obiad. Zaczynam czuć niepokojący ból pleców. Równie nagle uświadamiam sobie obecność kolan. Szef pola nie pozwala siadać przy krzaczkach. Albo w kucki, albo pochylona, albo na jednym kolanku. Mówi, że mam ścinać jednocześnie trzy, cztery gałązki. Spoglądam na jego dłonie. Są cztery razy większe niż moje. Nie wiem, jak powiedzieć po francusku, że ledwo mieści się w nich jedna, obfita gałązka. Albo dwie mniejsze. Trochę się stresuję, więc staram się nadrabiać szybkością. Sześćdziesięciolatkowie zostawiają mnie jednak daleko z tyłu.

Kolejne dni są coraz łatwiejsze. Niemca z Lyonu zwolnili po pierwszym dniu. Z czasem zwalniano też inne osoby, co – tak jak to było zapewne zamierzone – motywowało do jeszcze szybszej pracy. Przynajmniej mnie. Przez kolejne dni nie pozwalam sobie na bycie ostatnią.

kosze

Mikołaj:

„Allez! Allez!” – pokrzykuje pilnujący czasu wąsaty szef winnicy. Nazywamy go „wujem”. Kiedy widzi, że jesteśmy już zmęczeni, pomaga. Najczęściej dziewczynom. Nie przestaje jednak mobilizować – „Allez! Allez, Polonais!”.

Kiedy wszyscy mają dość poganiania, nagle rozlega się piosenka. To śpiewa Jean-Marc.
„Ce n’est pas bon. Ce n’est pas bon. Nous n’en voulons pas!”.

Po chwili włącza się Enrique, chłopak z Wybrzeża Kości Słoniowej.
„Du respect, du respect pour le peuple!”.

Malijska wolnościowa piosenka towarzyszy nam przy odliczaniu rządków, które pozostały do końca. Dzisiejszego wieczora będziemy ją śpiewać do późna.

Anna:

Słońce. 35 stopni Celsjusza – proporcjonalnie do wartości filtru przeciwsłonecznego, którym obficie się wysmarowałam. Francuzi patrzą na mnie lekko zdziwieni, uśmiechają się pod nosem. Patrzę w szybę stojącego nieopodal busa. Twarz i głowa owinięte chustą, wielkie okulary przeciwsłoneczne i białe plamki kremu na policzkach. Czuję się, jakbym pochodziła z dalekiej północy, jeszcze dalszej niż północ Francji. Jak w filmie Dany’ego Boona.

Oni nie używają kremu, niektórzy z nich nie mają nawet żadnego nakrycia głowy. Mam ochotę podbiec do nich i przynajmniej zawiązać im na czołach apaszki. Przecież tak nie można! W takim słońcu! Myślę sobie, że tak na logikę połowa z nich po drugiej przerwie powinna dostać zawału lub udaru słonecznego. Okazuje się jednak, że prawdopodobnie to ja jestem najbliższa tego stanu, nie daję jednak niczego po sobie poznać. Zaciskam zęby i zaczynam kolejny rządek.

Już wiem, że na pewno mam plecy. Na pewno mam też uda i z całą pewnością mam kolana. Zaczynają coraz bardziej boleć. Po pracy i podczas przerw robię gimnastykę. Jako jedyna ze wszystkich pracowników.

Reszta po pracy i podczas przerw pije wino. Ja też oczywiście piję wino, przecież nie jestem zwierzęciem, aby pić wodę. Poza tym wino orzeźwia, rozluźnia, sprawia, że czas płynie szybciej. Z czasem zyskuje też funkcję przeciwbólową. Zaczyna towarzyszyć nam praktycznie od rana do nocy. Żartujemy sobie, że gdyby winobranie odbywało się w Polsce, zamiast wina mimo wszystko podawano by wódkę...

Mikołaj:

6:30. Pochmurny niedzielny poranek. Czekamy przed wejściem do pracowniczej jadalni. Papieros na czczo. Trzeba przed pracą skorzystać z toalety. Potem może nie być okazji.

praca na saksach

Na śniadanie niezmiennie to samo. Pieczywo z dżemem i francuskim odpowiednikiem Nutelli. Płatki i kawa. Niechętne rozmowy przerywane ziewaniem. Kogoś mdli. Kogoś innego boli głowa. Wczoraj znowu wino lało się strumieniami. Wszyscy obiecujemy sobie, że dzisiaj nie będziemy szaleć do 4 rano.

Podjeżdżają dwa duże samochody. Dostawcze, francuskie auta. Na pace prowizorycznie zbite ławeczki z pospiesznie heblowanych desek. Ścisk. I nieprzyjemny dotyk lateksowych kapoków. Odzież robocza. Chroni przed deszczem. W interakcji z potem powoduje wysypkę. Na dzisiaj zapowiadają deszcz.

9:00. Leje. Woda zbierająca się w zagłębieniach kapoka spływa fałdami tkaniny. Prosto na buty, które powoli zaczynają przemakać. Rękawiczki, które miały chronić od soku zbieranych winogron dawno przesiąkły. Dłonie najpierw robią się pomarszczone. Po dwóch godzinach są tak rozmoczone, że przybierają fakturę materiału, z którego zostały wykonane rękawiczki. W butach bagno. Gdyby nie ostre kamienie pokrywające zbocze, najwygodniej byłoby pracować na boso.

Na godzinę przed przerwą obiadową zaczyna się przejaśniać. Wkrótce robi się gorąco. Zdejmujemy kapoki. Trzeba pamiętać, gdzie się je odkłada. Za zgubiony kapok potrącają z dniówki.

Pochylone nad krzakami winogron postaci prostują się. Palcami uniesionych dłoni wskazują na zachód. Wszyscy wytężamy wzrok, wpatrując się w widnokrąg. Rzednące chmury zaczynają odsłaniać potężny masyw górski. Ciemna plama wyrastająca z upstrzonego zielenią horyzontu. W połowie przykryta nigdy nietopniejącą lodową czapą. Nie mamy wątpliwości, że patrzymy na Mont Blanc.

Chyba każdy z nas poczuł się wtedy Kordianem. Do końca dnia praca szła gładko.

Anna:

Mój francuski sprawuje się coraz lepiej. Zwłaszcza poprzedzony aperitifem. Zapoznaję się ze współpracownikami. Okazuje się, że większość z nich jest z północy – z okolic Lyonu, Bretanii, Dunkierki. Większość przyjechała na winobranie, aby dorobić do renty, emerytury, socjalu. Niewielu ma stałą pracę. Nie mają zbyt wiele pieniędzy, a winobranie traktują jednocześnie jako wakacje i możliwość dorobienia.

Mikołaj:

Najszybciej pracują Polacy. I Francuzi, którzy na vendange przyjechali po raz siódmy. Na szarym końcu Cheng – flegmatyczny, ale bardzo miły chłopak z ChRL. Przyjechał do Francji w ramach międzyuczelnianej wymiany. W wakacje postanowił dorobić. Stypendium mu nie wystarcza.

anna

Anna:

Jeden z nich podobno jest poszukiwany przez policję, nie chce być na zdjęciach. Niektórzy mieszkają na ulicy albo w ośrodkach opieki. Z rozrzewnieniem wspominają czasy swojej młodości, kiedy hierarchia między młodymi a starymi była wyraźnie nakreślona. Mówią, że młodzi Francuzi dziś nie mają szacunku do nikogo ani do niczego. Lubią nas, już choćby przez to, że, jak mówią, widzą, że jest w nas chęć do pracy i respekt dla starszych.

Mikołaj:

Simon przyjechał z Quebecu. Kończy kurs na sommeliera. Niedawno kosztował wina z Morgon. Najlepsze, które tu produkują, kosztuje w Kanadzie 50 Euro za butelkę. To ono było dla niego impulsem do przyjazdu.

„Tyle kasy za sikacza z Bojoulais?!” – nasze „polaczkowate” myślenie początkowo zasadzało się na niewiedzy. Któregoś wieczoru zostaliśmy zaproszeni do cuvage. Tam po raz pierwszy podano nam „Marię Luizę”. Nazwa wina pochodzi od zasłużonej członkini rodu Bodillardów. Wino znacznie różniło się od tego stołowego lanego przez naszą „ciotkę” do drugiego śniadania, obiadu i kolacji. „Maria Luiza” pachniała owocami. Szlachetnie. Od tej pory nabraliśmy szacunku dla młodych win. I starych kobiet.

Simon nie przyjechał tu dla pieniędzy. Ma dobrze płatną pracę. Chciał poznać klimat winobrania. Poczuć trud wkładany w zbiór winogron, doświadczyć go na własnej skórze. Przez pierwsze 5 dni zrywa z nami. Drugie 5 dni jest porterem, nosi 80-kilogramowe kosze pełne niebieskich gron. Często rozmawiamy. I półżartem narzekamy razem na pracę.

Kiedy obaj mamy dość, śpiewamy motyw muzyczny z South Parku. Za każdym razem wtórują nam Włosi. „Blame Canada!” – po pracy z każdego wyłazi mały Cartman.

Anna:

W odmianie czasownika w języku francuskim najłatwiejsza jest moim zdaniem forma drugiej osoby liczby mnogiej, będąca jednocześnie formą grzecznościową, więc tej głównie używam. Gospodarze doceniają nasze starania, by mówić w ich języku. Za każdym razem podkreślają, jak bardzo jest on dla obcokrajowców trudny. I z chęcią dolewają wina, abyśmy mogli zapoznawać się jeszcze lepiej.

Mikołaj:

Na początku nie piliśmy dużo. Szybko jednak doszliśmy do wniosku, że czemu nie. Wino pić trzeba. In vino veritas. Rozwiązuje języki. Zbliża. Zaciera międzykulturowe różnice. Od tej pory – dziesięć dni rauszu z przerwami na pracę.

emeryci

Anna:

Rodzina Bouland to winni potentaci. Podobnie zresztą jak większość mieszkańców Ville Morgon. Mimo że pani Bouland komunikuje się po angielsku, patrzy na nas przychylniejszym okiem, gdy zwracamy się do niej po francusku. Odkrywam, że o ile z nią jestem w stanie w tym języku rozmawiać, to obecność patrona Patricka wywołuje u mnie taką konsternację, że zwykłe „bonjour” przyprawia mnie o niepokojące drżenie serca i suchość w ustach. Podobnie inni mężczyźni z rodziny – młodzi chłopcy, którzy zajmują miejsca naprzeciwko nas podczas kolacji, a którzy w języku angielskim są w stanie powiedzieć jedynie słowo rugby, a i to na sposób francuski.

Do czasu winobrania w Beaujolais byłam ostatnią osobą skłonną potwierdzić stereotyp Francuza niemówiącego w żadnym obcym języku, rzeczywistość francuskiej wsi okazała się go jednak potwierdzać nieomal w stu procentach.

mikołaJ

Mikołaj:

Antonio, Giuseppe i Marco. Nie przypuszczałem, że najbardziej „polską” nacją na vendange okażą się Włosi. La batteria Italiana. Rock’n’rollowa ekipa wieloletnich przyjaciół. Najbardziej ironiczni studenci La Sapienza – Università di Roma, jakich poznałem.

Od razu łapią twój żart. Z przywiezionych z dalekiej Polszy stereotypów potwierdził się tylko jeden. Psy na baby. Wodzireje i podrywacze: „Do you know Paulina?” – pyta mnie łamanym angielskim jeden z Włochów. – „She is gooood…”.

Puszcza do mnie oko, nalewając sobie kolejną szklankę porannej… no właśnie. Nie kawy, raczej „czarnej wody”, jak ją określił Giuseppe w rozmowie z żoną szefa. Płyn ten, zdaniem Włocha, w niczym nie przypomina kawy, którą mają zwyczaj pić u siebie w kraju.

Anna:

Nie da się ukryć, że relacje władzy na naszym winobraniu układają się zgodnie z wytycznymi najpierwotniejszego patriarchatu. Mężczyźni na polu, kobiety w kuchni. Mężczyźni decydują, które wino nadaje się do picia, kobiety to wino nalewają. Pani Bouland dziwi się niezmiernie, gdy pytam o żeński rodzaj słowa patron. Przecież nie istnieje. Niedoświadczona, acz krnąbrna, kombinuję z la patronnesse – to jednak wciąż nie to. Mówi, że istnieje słówko „matrona”, ale to się nie może tyczyć winobrania, tylko domu, zresztą ona wolałaby nie być tak nazywana. Widać, że osiągnięcia francuskich feministek do Ville Morgon jeszcze nie dotarły.

Mikołaj:

„W mojej winnicy zatrudniam Polaków. To dobrzy pracownicy. Pracują ciężko. Ale dużo piją. Dużo wódki piją” – czytam w jednej z lokalnych gazet.

Anna:

W winnicy obok pracuje trzydziestu Polaków z Podkarpacia. Podobno pracują dobrze, ale każdego wieczoru bardzo dużo piją. Bynajmniej nie wino. Oczywiście znamy już tę historię, podobno można było o niej nawet przeczytać w lokalnych gazetach.

Mikołaj:

Wieczór w Ville Morgon. Jak co piątek koncert i tańce w miejscowym pubie. Kapela gra jazzową przeróbkę Yesterday Beatlesów. Czarnoskóry wokalista, imigrant z Konga, na końcu każdej zwrotki dodaje frazę „In Bojoulais”. Publiczność śpiewa razem z nim.

W knajpie gęsto. Od ludzi i dymu. Pijani vendangeurs przekrzykują się, uderzając kuflami w mokre stoły. Wylewane właśnie piwo sprzedawane jest na pinty.

Siedzimy obok na murku. Barowy soundscape przerywa nagle siermiężne: „Kurwa!”. To nikt z naszych. Odwracamy głowy, a tam banda trzydziestu chłopa. Polaczki!
Transport i robota załatwiona przez pośrednictwo pracy. Wódka w autobusie, filmy i postoje na siku. Kilku łysych, emeryci i zwyczajna młodzież. Woleliśmy milczeć kiedy koło nas przechodzili. Obserwacja, z ukrycia.

„Praca nie jest zła. Przerwy na polu: wypas. Chleb, boczek, salami, napoje i wino. Wszystko jak u nas, tylko wódki nie ma! Hahah!” – podsłuchujemy.

Anna:

Im bliżej końca winobrania, tym lepsze samopoczucie, wyniki pracy, jedzenie, relacje ze współpracownikami. Zaczynam żałować, że całość trwa tak krótko. Winobranie faktycznie zaczyna nabierać barw wakacyjnych. W przedostatni dzień do naszej winnicy przybywa trójka naszych znajomych Polaków do pomocy. W ostatni dzień pani Bouland mówi, że na przyszły rok chętnie zatrudnią jeszcze raz dwie osoby z Polski, ale pięć to już za dużo. „Bo jak byliście w piątkę, to w ogóle nie integrowaliście się z innymi, z Francuzami”. Jestem zaskoczona, nie sądziłam, że tak bardzo zależy jej na integracji. Chyba że sposobem tworzenia wspólnoty jest dla niej mówienie w jedynym właściwym języku bez oglądania się na to, czy jest to dla wszystkich zrozumiałe, czy nie. Ma szczęście, że jestem etnolożką i mając z tyłu głowy definicję procesów integracyjnych na sposób francuski, zrozumiałam to tak, jak madame Bouland chciała, bym zrozumiała.

- “Cześć, Mikołaj, słuchaj, udało nam się znaleźć następny vendange, w Chinon, pod Paryżem, są jeszcze cztery wolne miejsca, zapisywać was?”

- “Cześć, Anna! Pewnie, zapisuj, wiesz coś więcej? Jaka stawka? Ile dni? Gdzie się umawiamy?”

- “Bez wyżywienia i mieszkania, ale za to nie potrącają nic z dniówki. My właśnie wracamy z Alzacji, tam już tylko maszyny zbierają, człowieka nie uświadczysz. W Szampanii koniec”.

Mikołaj:

Dwa tygodnie później. Ostatniego dnia kolejnego vendange podczas pożegnalnej kolacji dochodzimy do wspólnego wniosku. We have gone native. Na całego. Nie chcemy wracać.

Zdjęcia autora

Anna Adamowicz - rocznik ‘87, absolwentka Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM w Poznaniu. Badaczka w Centrum Badań Migracyjnych przy UAM. Zainteresowana animacją kulturową poprzez sztukę współczesną i antropologię stosowaną. Feministka krytyczna. Eksplorerka autostopowa. Twórczyni w zakresie malarstwa, grafiki oraz sztuki video. Publikowała między innymi w “Czasie Kultury”.

Zdjęcia autora

Mikołaj Smykowski - rocznik ’88, student drugiego roku studiów magisterskich na kierunku Etnologia i Antropologia Kulturowa UAM w Poznaniu. Uczestnik projektów badawczych dotyczących oswajania wielokulturowego krajobrazu Żuław. Współpracuje z Muzeum Stutthof w Sztutowie oraz Muzeum Martyrologicznym w Żabikowie. Bada mechanizmy adaptacyjne do terenów poobozowych. Interesuje się antropologią rzeczy i kulturowym recyklingiem. Związany z Korporacją Teatralną, ostatnio można go zobaczyć w warszawskim Teatrze Dramatycznym.

Twój komentarz

Komentarze: 1

  • Slawomir Magala napisał/a:
    5 miesięcy, 3 tygodnie temu (24 listopada 2011, 08:28)

    Doskonale napisane. Czy ktos w Poznaniu, Krakowie, Warszawie albo gdzie indziej (Wroclaw, Lodz, Gdansk) zbiera takie teksty?
    uklony
    Slawomir Magala