Tagi: antropologia ciała | antropologia starości | gender
Poza zasięgiem starości
22 lutego 2010
Zapewne w Warszawie jest wiele takich miejsc. Dla młodego człowieka dziwnych, obcych, niezrozumiałych. Ale tu właśnie ci, których nie zauważamy na ulicy, znajdują swoje miejsce. Tu mogą oni spędzić swoją kolejną młodość.
Dojście do Ośrodka wiąże się z przekroczeniem granicy między pełną zgiełku i wrzawy Warszawą a jej zacisznym i ustronnym zakątkiem. Linią oddzielającą te dwie przestrzenie są szeregi niskich, szarych kamienic ułożonych w zwartą zabudowę, której wnętrze przypomina wyschniętą studnię. Spokój i ciszę tego miejsca zaburzają jedynie odgłosy mieszkańców oraz szum wysokich drzew, które rosną na ogrodzonym terenie, znajdującym się pośrodku zabudowań. Na tej parceli mieści się centrum usług socjalnych (zwane właśnie Ośrodkiem), które oddzielone jest od okolicznych mieszkań wysokim, żelaznym płotem oraz rzędami wspomnianych drzew. Wejścia do dwupiętrowej, masywnej siedziby Ośrodka strzeże para kamiennych i omszałych żab – istniejący już kilkanaście lat zakład swój lokal przejął po żłobku bądź przedszkolu.
Ośrodek pełni różne funkcje, prowadzi kursy, warsztaty, wynajmuje sale, jednak jego głównym, stałym celem jest pomoc ludziom starszym, zwłaszcza zapewnienie im obiadów oraz po prostu miejsca, gdzie mogą posiedzieć za dnia. W mniemaniu podopiecznych oni sami są centrum Ośrodka, a osób, które stanowią oś jego życia, jest około 50.
Początek starości
Początek starości jest rozmyty, trudny do ustalenia zarówno w dyskursie naukowym, jak i w potocznym rozumieniu. Symbolicznym wejściem w starość bywa przejście na emeryturę, ale początek tego etapu kojarzony jest również z byciem samotnym, zepchnięciem na margines społeczeństwa czy nieprzydatnością ekonomiczną. Starość, stawiana w opozycji do królującej obecnie młodości, zostaje zepchnięta, zakryta, najchętniej zapomniana. Alexandra Howson zauważa, że starzejące się ciało przedstawiane jest negatywnie, jako coś niemiłego dla oczu, jako problem. Najczęstszym rozwiązaniem tej kwestii jest „przebieranie” tego etapu życia w odmładzające kostiumy, zataja się zewnętrzne oznaki – jak zmarszczki czy siwe włosy. Również sposób mówienia o starości ma charakter maskujący: unika się samego tego słowa. Staje się ona „złotym wiekiem”, „jesienią życia” czy „trzecią młodością”, a w języku nauki „trzecim wiekiem”.
W Ośrodku przebywają osoby, które dzieli nawet różnica 30 lat, a najmłodsze z nich nie przekroczyły 60 roku życia. One same, gdy chcą podkreślić przynależność do podopiecznych centrum, nazywają się seniorami, zaś gdy zaznaczają swoją odrębność, to wspominają o różnicy wiekowej. Pracownicy Ośrodka na swoich podopiecznych mówią „bywalcy” – zaznaczają, że tu się bywa, przebywa. Jest to odejście od sfery pomocy i usług, które Ośrodek im zapewnia, a które to kojarzą się z przykrą starością. To określenie przeniknęło do języka ludzi starszych i stało się odbiciem silnie zhierarchizowanej struktury Ośrodka oraz celem nowo przybyłych do tego miejsca. Bo Bywalcem nie jest się od razu, Bywalcem trzeba się stać.
Jako dom dziennego pobytu Ośrodek przyjmuje w swoich podwojach tych, którzy są w stanie do niego dotrzeć. Nie ma tam ludzi obłożnie chorych i nie istnieje najciemniejsza strona starości, której boją się Bywalcy. Osoba, która zaczyna chorować, znika nagle z Ośrodka i tylko czasem pojawia się w rozmowach podopiecznych. Te wspomnienia prowadzą często do momentów zadumy nad własną niewesołą przyszłością. Trwają one jednak chwilę, bo Bywalcy szybko przechodzą do innych spraw, tak jakby ten temat był tu zakazany. Kiedy umrze któryś z Bywalców, na wewnętrznej stronie drzwi wejściowych pojawia się klepsydra. Na ogół nie słychać rozmów, które mają wydźwięk żalu po zmarłej osobie, natomiast głośno dyskutuje się o składzie delegacji na pogrzeb. Sytuacja ta nie odzwierciedla jednak słabych więzi między Bywalcami, a raczej jest to strategia unikania trudnego tematu śmierci. Coś przerażającego, w rozmowie zastąpione sprawami formalnymi, zostaje zepchnięte na bok, jakby w ogóle nie istniało.
Życie codzienne
Od późnej jesieni do wczesnej wiosny życie Ośrodka skupia się w kawiarni, w której urzęduje Pani Bufetowa, oraz na korytarzach, choć te są już gorzej wartościowane. Kiedy jest ciepło, centralnym miejscem domu dziennego pobytu jest przylegający do budynku taras. Dojść do niego można alejkami wytyczonymi pomiędzy roślinnością, o którą dbają Bywalcy. Większość podopiecznych wybiera jednak drogę okrężną: wchodzą do Ośrodka, przechadzają się korytarzami – co służy zaprezentowaniu się oraz obejrzeniu innych – wstępują do kawiarni i wyłaniają się drzwiami prowadzącymi na wylaną betonem przestrzeń.
Woźny rano wystawia na taras pięć stolików oraz krzesła. Zdarza się, że jest ich mniej, i wtedy Bywalcy mają powód do narzekań na złe warunki w Ośrodku. Kiedy usiądą na dworze, spędzają tam czas aż do obiadu. Większość z nich chowa się przed promieniami słońca, którym czasami uda się przeniknąć przez gałęzie drzew. W smugach dziennego światła widoczny jest opadający pyłek niewiadomego pochodzenia, który pokrywa krzesła, stoliki i Bywalców. Przyprószeni tajemniczym proszkiem ludzie żywo dyskutują nad jego pochodzeniem. Chętnie omawianą sprawą są również choroby, jednak charakter tych rozmów rzadko wychodzi poza ramy rytualnego narzekania. Smutek, rozżalenie, a może przestrach widoczne bywają w oczach Bywalców, lecz ten wyraz oczu znika natychmiast, jak tylko natrafi na spojrzenie innej osoby.
Na tarasie postaciami niemile widzianymi są osoby biorące udział w różnych kursach, warsztatach, na które Ośrodek wynajmuje sale. Podczas przerw kursanci często wychodzą na powietrze wypalić papierosa i porozmawiać. I wtedy wśród Bywalców zaczynają się żywe dyskusje i narzekanie na intruzów, którzy zajmują ich przestrzeń, ich Ośrodek.
Bywalcy wymieniają najnowsze ośrodkowe plotki głosem przyciszonym, ale na tyle głośnym, by inni siedzący na tarasie również mogli słyszeć. Stosują oni również strategie pozorujące odseparowanie się od codziennych dyskusji. Jedni informują siedzących przy wspólnym stoliku, że wyciszają aparat słuchowy. Tak naprawdę sprzęt pozostaje włączony, co wychodzi na jaw, gdy zaciekawiona osoba dołącza się nagle do toczonej bez niej wymiany zdań. Również czytanie gazety służy do ukrytego przysłuchiwania się dyskusjom. Gazetami taras, jak i cały Ośrodek są wręcz zawalone. Wiele Bywalczyń przynosi codziennie po kilka egzemplarzy gazet bezpłatnych dla siebie i znajomych, a Ośrodek zapewnia kilka płatnych tytułów. Informacje zaczerpnięte z tych źródeł traktowane są jako pewne i żywo się je omawia. Często poruszanym tematem są losy uczestników „Tańca z gwiazdami” – zarówno programowe, jak i pozaprogramowe. Bywalcy porównują umiejętności taneczne swoje i znajomych przychodzących na organizowane w Ośrodku co piątek wieczorki taneczne do wprawy osób z telewizji słowami: „jak z »Tańca z gwiazdami«”.
Kostium
Swoją sprawność Bywalcy chętnie wykorzystują podczas gimnastyki i gry w ping-ponga. Ta druga aktywność angażuje w miarę stałą grupę Bywalców. Zbierają się dwa razy w tygodniu (a latem częściej) w sali gimnastycznej i grają. Najczęściej w debla, bo dzięki temu jednocześnie może grać więcej osób. Panowie przychodzą ubrani na sportowo, za to panie strój dobierają z większą uwagą: jeśli jest on sportowy, to z różnymi dodatkami i elegancką fryzurą. Pani Lucia potrafi przyjść w krótkiej kolorowej spódnicy, bluzce z cekinami i w klapkach. Czasami zakłada biało-czerwony dres, ale za to głowę przyozdabia spinkami i gumkami, a na szyi zawiesza jeden ze swoich świecących wisiorków.
Strój odgrywa istotną rolę w życiu codziennym centrum i ma ścisły związek z zewnętrznymi skutkami starzenia się ciała: zmarszczkami, siwiejącymi włosami, mniejszą sprawnością fizyczną czy niezdrowo wyglądającym ciałem. Temat ten nie pojawia się wyraźnie podczas rozmów, ale widoczny jest wśród Bywalczyń podział opinii o odkrywaniu bądź zakrywaniu ciała. Najstarsze kobiety uważają, że należy nosić stroje maskujące, by zasłonić pomarszczoną skórę, czyli to, co niemile widziane przez społeczeństwo, to, co ujawnia prawdę o mijających czasie i młodości. Dwie z Bywalczyń stosują za to odwrotny manewr – odsłaniają ciało, by odwrócić wzrok od zewnętrznych zmian. Pani Ala i Pani Lucia noszą stroje, które pierwsza nazywa prowokującymi i młodzieżowymi. Druga z pań ma dosyć osobliwe odzienie: kamizelkę z Myszką Miki, jaskrawe bluzki z różnymi nadrukami, kuse spódnice czy multikolorowe skarpetki. Obie zdają się nie dostrzegać efektów starzenia się: Pani Lucia prezentuje siebie jako osobę piękną i młodą, lecz wzrok patrzącego dostrzega włosy przyprószone siwizną czy brak zębów, a Pani Ala wspomina o konieczności zakrycia ciała tylko wtedy, kiedy – według niej – przytyje.
Erotyki
Pani Ala postrzegana jest przez męską część Bywalców jako spełnienie ich marzeń, seksbomba, czemu wyraz dają oni w nieskrywanych pomrukach i komentarzach. Zyskała ona nawet dosadne określenie: plemnik. Kobieta ta bez skrępowania opowiada o swoim udanym pożyciu seksualnym oraz, rzec można, obnosi się ze swoim 10 lat młodszym kochankiem, którego istnienie podnosi jej status w oczach kobiet. W Ośrodku nikt nie krytykuje postępowania Pani Ali, tego, że zostawia w domu chorego męża, ale już w fundacji prowadzonej przez seniorów na rzecz rówieśników, do której również przychodzi, nie jest to aprobowane czy akceptowane. W centrum posiadanie mężczyzny lub o nim opowiadanie oznacza bycie osobą zaradną. Inaczej jest jednak w przypadku Pani Luci. Mimo że w niewybrednych słowach opowiada o swoich byłych mężczyznach i intymnych stosunkach z nimi oraz ubiera się w sposób odsłaniający znaczną część ciała, to nie zajmuje tak wysokiego miejsca w oczach mężczyzn.
Kobiety na tarasie często dyskutują o mężczyznach w kategoriach potencjalnego partnera (w takim przypadku nazywani są oni chłopakami, mężczyznami i przypisuje im się dbanie o higienę) lub niechcianego osobnika (wtedy otrzymują etykietkę śmierdzącego dziada). Jednak nawet taki niebędący w kręgu zainteresowań mężczyzna nie jest całkowicie ignorowany czy spychany na margines życia Ośrodka. Na przykład Pan Marek, który słynie z opowieści o swojej młodości o zabarwieniu mocno erotycznym, choć nietraktowany zbyt poważnie przez kobiety, to uczestniczy w codziennych rozmowach. Potrafi z przejęciem opowiadać o swoich tragicznych losach wojennych, by po chwili przejść do historii o młodzieńczych podbojach seksualnych. Często starsi Bywalcy siadają na tarasie i wspominają swoją młodość. Choć działo się to podczas wojny, to relacje z tego okresu życia wypełnione są rozrzewnieniem. Opowiadają o swojej waleczności, o tym, jak ciężko było w tamtym okresie pozostać młodą, radosną osobą. Takie przerzucenie mostu między obecną starością a minioną młodością pozwala na powrócenie do lat wesołej beztroski i radości – bo tak Bywalcy określają swoją młodość.
W centrum jest kobieta, którą posądza się o kradzieże i praktycznie nikt, poza jej przyjaciółką, nie utrzymuje z nią kontaktów. Pisze wiersze, również, jak je określa, erotyki, w których opisuje swoje przeżycia i marzenia. Jej głównym celem jest znalezienie starszego mężczyzny z mieszkaniem i pieniędzmi. W zamian za utrzymanie gotowa jest świadczyć usługi seksualne. Przypisuje sobie tajemnicze właściwości, które określa „narkotykiem błyskawicznie działającym na mężczyzn”, mogącym „starego z grobu wyciągnąć, a nieboszczyka postawić na nogi”. Uzdrowicielce tej, jak samą siebie nazywa, udało się już wyleczyć starszego pana z ciągłego pociągania nosem i mrugania oczami. Twierdzi ona, że starsze kobiety szukają młodszego partnera, by się odmłodzić. Podaje przykład swojej przyjaciółki, która związała się z 10 lat młodszym od siebie „kulawym mężczyzną”.
W Ośrodku zauważalny jest jeszcze całkiem inny sposób na pozostawanie młodym: trzymanie się na dystans od współtowarzyszy dnia codziennego – by nie „zarażać się” ich narzekaniem czy troskami, nie „nabawić się” starości. Takie strategie stosują choćby Pani Wika czy Pan Łukasz (on nawet fizycznie pozostaje na peryferiach Ośrodka, błądząc: latem – po alejkach, jak mówi, w poszukiwaniu tlenu, a w porach zimnych – siadając na uboczu, na korytarzowych kanapach). Mężczyzna o innych starszych osobach wyraża się bez ogródek i określa je jako „nietoperze”, „stare baby” czy „stare grzyby”. Właśnie starość o takim zabarwieniu – przerysowana, wyśmiana – często pojawia się w rozmowach między Bywalcami. Pani Wika nazywa siebie „zwiędłym kwiatuszkiem”, żartuje, że zaszła w ciążę, i śmieje się ze swoich rówieśniczek, które według niej nie potrafią podchodzić z humorem do życia. Etykietka ośrodkowego błazna wcale jej nie przeszkadza, pomaga jej bowiem w utrzymaniu dystansu.
Starość, jeśli jest zauważana, to nie u siebie – widzi się ją u swoich współtowarzyszy, innych ludzi starszych, obcych. I nie jest tu istotny wiek: Pani Zdzisia na swoją koleżankę, osiemdziesięciosześcioletnią kobietę, o dwa lata młodszą od niej, mówi „ramol stara baba”.
Upupianie
Ośrodek jako instytucja zaznacza niezależność Bywalców. Jednak ci mają do pracowników, zwłaszcza do Dyrektora, stosunek jak do opiekunów. Wyrazem tego może być wiersz ułożony z okazji jego imienin:
„Życie biegnie naprzód, a szlak drogi krótki,
Pociesz nas samotnych, Dyrektorze milutki
Grunt nam się usuwa, ugina się kładka,
Przytul nas do serca, jak rodzona matka”.
W wierszu, a także w wypowiedziach niektórych Bywalców, widoczne jest infantylne zdrabnianie wyrazów – Dyrektor milutki wcale taki nie jest, to bardzo formalnie prezentujący się człowiek. Sam wygląd kroniki, z której pochodzi wiersz, przywodzi na myśl dziecięce wyklejanki: niechlujnie wycięte kwiaty i inne zdobiące elementy, opisy wydarzeń pisane jakby „na kolanie”, a jeśli przyklejone, to krzywo. Bywalcy używają różnych akcesoriów kojarzonych z młodzieżą, a nawet dziećmi: Pani Lucia ma plecak-Pokemon Pikachu, piórnik z animowanej serii W.I.T.C.H. Czarodziejki i kolorowe, dziecięce spinki, a Pan Łukasz – etui w kształcie misia. Mężczyzna uważa nawet, że człowiek w ogóle się nie starzeje, że „do sześćdziesiątki to jest młode dziecko, a później to jest lekko przechodzone”.
Takie zachowania Bywalców mogą przywodzić na myśl Gombrowiczowską kategorię upupiania, symbol zdziecinnienia, maskę pozorującą niewinność. Jak pisze Jerzy Jarzębski, autor „marzy o bezpośredniości, marzy o świecie, w którym panuje oczywistość i doskonałe zrozumienie, ale jednocześnie wie, że brama do tego świata została zamknięta na zawsze, a klucze wyrzucone”. Upupienie, czyli nakładanie masek na realia w Ośrodku, wypływa od Bywalców, oni upupiają samych siebie. Pośród opisywanych tu ludzi starszych na ogół nie ma miejsca na jawność, na odsłanianie się. Zrzucenie maski obnaży przykrą prawdę o starości. Ukazując siebie jako podopiecznych, z jednej strony mogą zapomnieć, że są samotni na co dzień (nie mają rodziny czy mieszkają sami), ale też przybierają pozę osób, które nie muszą się o nic troszczyć, które są niezależne – a w ten sposób odsuwają od siebie tę nieprzyjemną część starości: życie w samotności.
Muśnięcie technologią
Komórki, komputery i Internet są dla Bywalców innym światem, kojarzonym przez nich ze światem ludzi młodszych. Wprawdzie w Ośrodku znajduje się sala komputerowa o wdzięcznej nazwie „Bajt”, ale nikt z Bywalców z niej nie korzysta. Internet to obszar praktycznie im niedostępny, ale oczywiście omawiany i osądzany. Właśnie to, co ich w pewien sposób przeraża, jest bardzo nęcące. Pan Wiesław mówi, że miał do czynienia z komputerem, ale zauważył u siebie początki uzależnienia i zrezygnował. Stwierdził również, że człowiek starszy jest mniej odporny na takie uzależnienia niż młody. Więcej do powiedzenia Bywalcy mają na temat komórek. Pan Łukasz nosi stale na szyi pokrowiec na komórkę, jednak żadnego ze swych dwóch aparatów telefonicznych w nim nie trzyma, natomiast uważa to za odpowiednią lokalizację dla okularów. Gdy rozmawia z kimś przez telefon, włącza opcję głośnego mówienia – choć nie ma słabego słuchu. Pan Łukasz często przechadza się wokół tarasu, pozostając w zasięgu wzroku, a zwłaszcza słuchu Bywalców, lub siada na korytarzu i używa swojego telefonu.
Pan Tadek przez wiele dni w sierpniu przesiadywał na tarasie przy stoliku razem z innymi osobami i grał w gry JAVA. Zapatrzony w ekran komórki, półgębkiem odpowiadał Bywalcom na zadawane pytania. Dodatkowego smaczku zainteresowaniu Pana Tadka dodała opowieść jego żony, jak to mężczyzna wstaje o szóstej rano, siada w ulubionym fotelu, przykrywa się kocykiem i gra codziennie przynajmniej godzinę. On nie pozostał dłużny i rzekł, że żona również używa komórki w tym celu i to ona najczęściej rozładowuje baterię.
Zamiana tarasu w salę balową
Latem w Ośrodku już od kilkunastu lat organizowane są zawody sportowe dla ludzi starszych (również z innych centrów), nazywane Olimpiadą. Odbywają się różnorodne konkursy, jak zwijanie wełny na czas, skakanie na skakance, strzelanie, rzut kulą, szachy, warcaby, ping-pong. Ostatniego, trzeciego dnia na tarasie Bywalcy bawią się na Balu Olimpijczyka. W Ośrodku krąży lokalna legenda o tym, że zawsze tego ostatniego dnia jest ciepło i bezdeszczowo. Ośrodek zapewnia piwo i kiełbaski, uczestnikom zabawy przygrywa Orkiestra z Chmielnej. Na ogół ludzie przychodzą ubrani odświętnie. Ale Pani Lucia przebiła wszystkich. Kupiła sobie krótką spódnicę w biało-niebieskie pionowe pasy, „tenisową”, jak ją określiła, i jako że w jej oczach była za krótka, doszyła do niej dwa pasma koronek. Do tego zaplotła sobie kilka warkoczyków – bo, jak mówiła, taką fryzurę podpatrzyła u jednej z bohaterek amerykańskiej opery mydlanej „Moda na sukces” – i ozdobiła dodatkowo dużą liczbą spinek-sprężynek i kolorowych gumek. Do stroju dołączyła różowo-niebieskie skarpetki, różowe pantofle i medalion z Matką Boską. Jeszcze przez parę następnych dni w Ośrodku komentowano Bal Olimpijczyka, a także strój Pani Luci – określany jako skandaliczny, nieprzystający starszej osobie. Dyskusje ucichły, a Pani Lucia kontynuowała zadziwianie otoczenia coraz to nowymi strojami.
Bywalcy w przestrzeni publicznej
Bywalcy po wyjściu z Ośrodka nie pozbywają się swoich zachowań. Kiedy ktoś proponuje im miejsce w środkach komunikacji miejskiej, mówią, że jak postoją, to podrosną; wyznaczają granicę pomiędzy „starymi grzybami”, które siedzą, a „podgrzybkami”, które stoją. Kiedy na ulice Warszawy wychodzi Pani Lucia w tęczowej spódnicy i świecących ozdobach, to dla nowego otoczenia stanowi ona wyzwanie. Spojrzenia szybują w kierunku Pani Luci i wyrażają zdziwienie, dezaprobatę, jej strój kojarzy się z nienormalnością.
W sferze publicznej Bywalcy odbierani są po prostu jako członkowie starszego pokolenia. Starość jednak staje się coraz bardziej rozmyta przez próby jej zakrycia. Pozbawiani i pozbawiający się swoich ról niestarzy starcy poszukują nowego miejsca dla siebie. Na tuszowanie w Ośrodku tego etapu życia wpływa sytuacja Bywalców. Są to w większości ludzie samotni, tu spędzają istotną część swojego dnia i wytwarza się tam pewien mikroświat, nowe zasady, relacje i hierarchie. Wśród znanej sobie grupy mogą działać na własnych warunkach, ponieważ sami są współuczestnikami tej gry w odmładzanie się i to oni ustalają jej zasady, stosują przeróżne strategie, we własnym gronie mogą w pełni trwać w młodości. Te zbiorowe rozgrywki rozciągają się od prób wychodzenia naprzeciw oczekiwaniom społeczeństwa, by ludzie starsi zasłaniali oznaki mijania czasu, ale jednocześnie prezentowali się jako weseli, aktywni seniorzy, przez chęć bycia w grupie, która realizuje te same założenia, aż do skierowania się ku jednostkowym marzeniom o wiecznym byciu młodym.
Opcity: Witold Gombrowicz, Ferdydurke; Alexandra Howson, Images and experiences of childhood, ageing and death (w: The body in society. An introduction); Jerzy Jarzębski, Podglądanie Gombrowicza.
Katarzyna Kolibabaska - STUDENTKA INSTYTUTU ETNOLOGII I ANTROPOLOGII KULTUROWEJ; UR. 1985 R.