Op. cit.,

Tagi: antropologia podróży | antropologia wojny | bałkany

Pojechać do Bośni

4 czerwca 2011

Monika Rupniewska

Nigdy nie wiadomo, ile czasu potrzeba, aby wystarczająco dobrze poznać dane miejsce. Pewnie antropolog nie wie tego najbardziej – bo najbardziej chciałby się wgryźć w świat, w którym się znalazł i najbardziej boi się oskarżeń o powierzchowność.

Ile to jest wystarczająco długo? W jak głębokie relacje trzeba wejść? Może jak nie jakość (w sensie głębi relacji), to ilość: z iloma ludzi należy się zetknąć? Hermeneutyczna zagadka: na ile świat, z jakim styka się antropolog, musi go zmienić, aby z tego świata coś zrozumiał? Jaki stopień zamętu, wprowadzony przez osobę antropologa w życie tam-bylców, będzie wystarczający, by zostawić trwały ślad w ich życiu, zmienić ich zgodnie z hermeneutycznym ideałem? Kiedy antropolog staje się odpowiednio kompetentny (czytaj: za takiego uznany), aby wypowiadać się na temat problemów i relacji międzyludzkich w takim, na przykład, Sarajewie? Bo może bez względu na to, jak długo będzie tam mieszkać, wciąż będzie mówić tylko o swoich wrażeniach?

W Sarajewie

Sarajewo zapiera mi dech, zupełnie nie wiem, dlaczego. Bośniacy trochę się podśmiewają z takich jak ja, co to przyjeżdżają, a po jakimś czasie czują się swojsko (coś jest takiego w atmosferze miasta) i nagle zmieniają plany, kombinują, jakby tu zostać dłużej, albo jak najprędzej wrócić. Sarajewo, jak to się ładnie mówi, ma w sobie to coś. Położone na wzgórzach, schodzące w kierunku doliny, po której płynie rzeka Miljacka, miasto, w którego architekturze odbijają się losy całego kraju – orientalna starówka, dalej kwartały austro-węgierskich kamienic, potem nawet blokowiska i parę wieżowców. Meczet, zaraz niedaleko katedra katolicka, kawałek dalej cerkiew, a między tym wciśnięta jeszcze mała synagoga. Smutne pamiątki po lepszej przeszłości.

bośnia5

Rozbraja mnie czarny humor Bośniaków. Przyjeżdżam do Sarajewa 10 kwietnia 2010 roku (już samo to warte jest osobnej historii), słyszę bardzo dużo kondolencji od zupełnie przypadkowych ludzi, są naprawdę serdeczni, zainteresowani. Taksówkarz wiozący mnie z dworca zaraz po przyjeździe do Sarajewa, patrzy z troską i mówi: „Do you know, your president ist kaputt!” Myślę sobie: składanie szczerze brzmiących kondolencji z powodu stu zmarłych tragicznie osób jest, w takim miejscu jak Bośnia i Hercegowina, naprawdę intrygujące. Po jakimś czasie jeden Bośniak przy piwie mówi: „wiesz co, tak naprawdę też byśmy chcieli, żeby naszych stu polityków rozbiło się w takiej katastrofie”.
Jedną z ciekawszych uwag, jaką dano mi było usłyszeć o Sarajewie to ta, że w czasie wojny taki Mostar na przykład, bardzo zniszczony, nie był na ustach wszystkich, bo telewizje całego świata mówiły o oblężonej stolicy. Sarajewo ma fory, było mu gorzej, więc teraz jest mu jakby lepiej. Bo mitologia, choćby negatywna, to jednak mitologia. Dźwięk słowa „Sarajewo” dla tych, którzy nie zaglądali w tę stronę świata, nieodmiennie brzmi złowieszczo. Miasto przyobleczone w mitologię oblężenia i wojny, napiętnowane. Myślałam, że już nikt nie będzie chciał mówić o tym oblężeniu i wojnie, po prostu nie będzie im się już chciało wciąż o tym gadać, tłumaczyć, więc nawet nie zaczynałam tematu. Ale mówili i tak.

Bośnia1

Razem czy osobno?

Wielu się dziwi, że Bośnia i Hercegowina istnieje. Że to państwo, utrzymywane mocą specjalnych statusów, nadzorowane przez Wysokiego Komisarza, rozdzielone na pół, a może należałoby powiedzieć – z dwóch połówek próbujące się złożyć, z Republiki Serbskiej i Federacji Bośni i Hercegowiny (plus mały autonomiczny dystrykt Brćko, jak wisienka na torcie), istnieje jakby cudem, nikt nie wie, jak długo jeszcze. Punktem zapalnym jest właśnie ów podział na dwie części – premier Republiki Serbskiej, Milorad Dodik, nieodmiennie określany przez moich rozmówców mianem populisty, sieje zamęt polityczny, podżegając mieszkańców Republiki Serbskiej do odseparowania się od Federacji Bośni i Hercegowiny zamieszkanej głównie przez muzułmanów, wypięcie się na cały ten układ z Dayton, który skrzywdził bośniackich Serbów. Bośniacy (nie tylko muzułmanie) ze zgrozą obserwują „panoszącego się” Dodika i jego plany związane z odłączeniem połowy kraju. Zapewne większość z nich jest już zmęczona wojną, ileż można się bić, a potem o tym gadać? Nie przeszkadza to jednak w deklarowaniu, że Republiki Serbskiej za frajer nie oddadzą, że Dayton wyrządziło wszystkim krzywdę, ale Bośnia jest jedna i taka ma pozostać.
Przypomina mi się wtedy, jak rok wcześniej byłam goszczona w Serbii przez dwóch chłopaków z Belgradu. Zamierzałam jechać do Wyszegradu, który jest w Bośni, ale w ramach Republiki Serbskiej. Więc ci Serbowie, pacyfistycznie usposobieni studenci, poradzili mi, żebym w Wyszegradzie nie mówiła i nie dawała do zrozumienia, że jestem w państwie Bośnia. Ponieważ jest to Republika Serbska.

bośnia4

Pytam w Sarajewie: czy naprawdę wolicie wojnę zamiast pójść na ustępstwo, dla dobra waszych rodzin, tego, co jeszcze zostało, dać po prostu rozłupać państwo, niech sobie mają tę Republikę, niech ją nawet przyłączą do Serbii, jak chcą? Byle byście żyli? W odpowiedzi dostaję spojrzenia pełne politowania, oznaczone gwiazdką jako „dla ignoranckiej, i co najgorsze – konformistycznie rozumującej cudzoziemki”. Nawet nie rozumiem, jak bardzo nic nie rozumiem.

Tak różni, tak podobni

To ciekawe, jak różnice stają się widoczne wraz ze zmniejszającym się dystansem. Bo jak myśli się o Bośni z perspektywy polskiej (choćby z perspektywy turysty zwiedzającego Chorwację), mając w głowie skrawki mimowolnie przyswojonej wiedzy (przecież nie niezbędnej nam do życia) o południowych Słowianach, o ich dzikich wojnach, o jakimś „podbrzuszu”, jakimś „kotle”? Przecież w gruncie rzeczy ich język jest jeden, na polskich uniwersytetach studiuje się filologię serbsko-chorwacką (a już ten język bośniacki! To istnieje w ogóle taki twór?), Manifestowanie różnic obnoszenie się z różnicami leksykalnych i religijnych to jakiś mało śmieszny żart, jakieś zbiorowe szaleństwo, które doprowadziło do wojny, bezsensownej, bo przecież o nic, bo przecież wszyscy są Słowianami, zupełnie jak my. Jednak z bliższej perspektywy, tak jak wtedy, gdy podchodzi się do dużego obrazu bardzo blisko, cały ten ogólny zarys, cała ta spójna wizja świata rozdrabnia się i uszczegóławia. Różnice, z naszego punktu widzenia ledwo widoczne, urastają tam do rangi fundamentalnych, podstawowych, decydujących o „być albo nie być” narodów. Antropolog rozumuje, że różnice te są narodom po prostu niezbędne, nie mogłyby bez nich istnieć, a już na pewno – w pełni siebie dookreślić. Ludzie dookreślają, ukonkretniają poprzez te różnice własną tożsamość, żeby pogrubione, podkreślone, kursywą i dużą czcionką było napisane, kim jesteśmy My, a kim są Oni. Proces ten, wbrew pozorom, nie niesie za sobą od razu widma konfliktu: Inny nie kwalifikuje się automatycznie do eksterminacji, można obok niego żyć. Czasem nawet trochę z nim. Bośniacy mówią mi, że w gruncie rzeczy są podobni, że chcą w końcu żyć w pokoju, że przecież jakoś się dogadają, a podobno widzowie jednego z chorwackich kin wyśmiali wyświetlanie serbskiego filmu z chorwackimi napisami. X., Boszniak, mówi: „przebaczymy, ale nie zapomnimy”. Co on osobiście ma do przebaczania? Czetnicy zabili mu ojca. Nie mówi „Serbowie” i przestrzega mnie przed myleniem tych pojęć. Czetnicy to Serbowie ˗ mordercy, oprawcy, gwałciciele. Bo narodowości serbskiej byli też ci, którzy podczas wojny pomagali jego rodzinie. I to, co nie raz słyszałam w Sarajewie – podczas oblężenia stolicy ramię w ramię stali z Boszniakami i Chorwatami, ginącymi od kul snajperów, usadowionych na wzgórzach otaczających miasto. Snajperów-czetników. Jeszcze bardziej na te różnice wyczuleni są ci, którzy pochodzą z małżeństw mieszanych. Na przykład Y., pół Czarnogórzec (a więc w kategoriach boszniackich trochę jakby Serb) – pół Boszniak. Dla niego to już kwestia osobistej tożsamości, częścią którego narodu się czuje. Za kim się opowiada. W ilu procentach jest Boszniakiem, a w ilu Serbem.

Na beczce prochu

Wracam autobusem z Tuzli do Sarajewa. W drodze zatrzymujemy się przy sklepie, kupuję jakieś jedzenie w towarzystwie innej pasażerki. Pytam ją, jak są bułki po bośniacku – odpowiada z naciskiem, że mówi po serbsku i tę nazwę może mi podać. Uśmiecham się w sposób poprawny politycznie (przepraszająco i pojednawczo) i gorliwie powtarzam serbskie słówko. Dziewczyna siedzi w autobusie obok faceta imieniem Murad i zaczyna z nim w pewnym momencie żywo dyskutować. Tak żywo, że chociaż nie rozumiem języka, wyłuskuję, że chodzi im o prawdę historyczną oraz „kto jest bardziej winien”. Utwierdzają mnie w tym inni towarzysze podróży; po chwili zainteresowany jest już niemal cały autobus, komentujący ich dyskusję niczym wydarzenie sportowe, jeden z pewnie tysięcy mikro pojedynków, jakie toczą się między przypadkowymi ludźmi – każdy ma przecież swoje zdanie.

Bośnia2

Już mniej poprawna politycznie niż w kontakcie z Serbką, opowiadam o spotkaniu z nią w rozmowie z X i Y. Z antropologicznego punktu widzenia niepoprawne jest także to, że łatwiej jest mi utożsamiać się z nimi (po prostu dlatego, jak sobie tłumaczę, że akurat znam ich nieco lepiej) i tak samo uśmiechać się, kiedy żartują z krewkiej Serbki, chociaż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że oni w takiej samej sytuacji zachowali by się analogicznie. Tak jak nie protestuję, kiedy żartują sobie, że przyniesiony przeze mnie folder reklamowy o urokach Serbii można praktycznie spożytkować jako papier toaletowy. Mój niechlubny konformizm gryzie sumienie. Równie pilnie, jak pacyfistycznego przesłania, żeby rozróżniać określenie „czetnik” i „Serb” uczę się, że bułka po serbsku jest inaczej niż po bośniacku. I żebym brała to pod uwagę w miejscu, gdzie te bułki będę kupować (tak samo, jak muszę wdrukować sobie w pamięć, że nieelegancko jest nazywać Republikę Serbską częścią Bośni, kiedy przebywa się na jej terytorium). Uczę się też od Boszniaków, żeby, wyliczając na palcach do trzech, broń Boże nie robić tego w sposób dla mnie odruchowy – wystawiając kciuk, palec wskazujący i środkowy. Tak robią Serbowie. Tak jest niewłaściwie.
Uduchowiony muzyk-buddysta tworzący muzykę do filmów i spektakli teatralnych, kiedy przytaczam mu słowa X., deklarującego chęć życia w pokoju („przebaczymy, ale nie zapomnimy”), mówi: „Bullshit. Oni [mając na myśli wszystkich, którzy chętnie posługują się pacyfistycznie brzmiącymi hasłami – przyp. M.R] zapominają, a nie przebaczają. Zapominają, że żyli razem, nie w idealnej harmonii, ale jednak razem. Jeszcze dwadzieścia lat temu. I tylko gadają, że przebaczają. Rzuciliby się sobie do gardeł, gdyby ktoś dał im wyraźny znak, jeden powód”. Pewnie wie, co mówi: kiedy wybuchła wojna, był po trzydziestce i zdecydował się zostać w Sarajewie mimo nadarzającej się okazji do wyjazdu. W jego odczuciu, ekstremalne warunki, w których żyło się w oblężonej stolicy, wyzwoliły w mieszkańcach niezmierzone pokłady dobrych ludzkich odruchów, bezinteresowności i szacunku dla innych, bez względu na narodowość. Było to tym bardziej paradoksalne w obliczu tego, jak zwierzęce instynkty, wedle opinii innych rozmówców, ta sama wojna wywoływała w mieszkańcach wielu wsi, czy w Wyszegradzie, gdzie serbscy mieszkańcy po prostu zamordowali mieszkańców muzułmańskich (o czym dowiedziałam się z komiksu, powstałego na wzór „Mausa”, opowiadającego o bośniackiej wojnie z perspektywy jej uczestnika. Komiks czytałam chyłkiem w księgarni, zapominając o całym świecie. Do porządku przywołał mnie dopiero pot, który poczułam na skroniach i pałające policzki. Być może typowa reakcja cudzoziemca na tę lekturę).

Wszyscy chcą pokoju

Muzyk, rozsiewając wokół siebie aurę buddyjskiego spokoju, opowiada mi o oblężonym mieście, gdzie w ekstremalnej sytuacji jednoczą się mieszkańcy. Dlaczego mam problem z pogodzeniem tych perspektyw? Brakuje mi klarownego rozróżnienia, kto jest po stronie wroga – bo nie jest nim Serb w środku oblężonego miasta. Po prostu nie jest wrogiem tylko dlatego, że jest Serbem. Jednak w tej wojnie, jak i wciąż po jej zakończeniu, wróg musi istnieć i to właśnie on odpowiedzialny jest za rozpętanie tego piekła. Muzyk podkreśla, że według potocznego mniemania, konflikt zawsze wzniecają jacyś Oni. Wszyscyśmy braćmi Słowianami, podobny język, kultura, historia. Ale to zawsze jacyś Oni chcą znów tej wojny. My nie chcemy. Jesteśmy zmęczeni wojną i chcemy pokoju. Każdy mi to powie. I tak jest rzeczywiście: Bośniacka Chorwatka w pociągu mówi, że trzeba żyć dalej, szanować się nawzajem. Para z Sarajewa, Boszniak i Chorwatka – że budują nowe społeczeństwo. Serbska licealistka we wschodniej, serbskiej części Sarajewa – że umawia się z Boszniakami, nie widzi problemu, to są już inne czasy. Jednak ta sama dziewczyna dodaje też, że jej koleżanki by tego nie zrobiły. A znowu Boszniak, że jakoś jest w stanie wybaczyć dziewczynie zdradę, ale jeśli zdradziłaby go z Serbem – smrt. Muzyk, nieświadomie stając się komentatorem moich doświadczeń i sprzecznych odczuć z rozmów z Bośniakami, twierdzi, że ludzie nie przebaczą sobie krzywd zadanych podczas tej wojny, bo po prostu nie mogą pogodzić się z losem, mimo jak najlepszych intencji. Niby minęło już trochę lat, ale wciąż można za sąsiada mieć zbrodniarza. Uważa, że jeśli młodzi ludzie w rozmowach ze mną każdorazowo stawiają diagnozę, że kolejna wojna jest już blisko (a rzeczywiście to robią), to znaczy, że nie kto inni, ale oni sami ją wywołają. Nie jacyś mityczni Tamci, Inni, ale właśnie ci, którzy wierzą w tę przyszłą wojnę, chociaż tak bardzo jej nie chcą.

bośnia7

Entliczek –pentliczek

Z pobytu w Bośni można wynieść dwa diametralnie różne obrazy tego samego konfliktu i całego kraju. Co ja mówię, dwa – jest ich mniej więcej tyle, ilu jest ludzi mających coś do powiedzenia na ten temat. Ich opowieści są dla słuchającego mozaiką historii, mitów, przekonań, uprzedzeń i absurdów. Tylko żeby czasem słuchającemu nie przyszła do głowy niemądra myśl ułożenia potem tych historii w jakąś spójną narrację. Wraca do swojego kraju, mówi: byłem tam, żyłem między nimi, mówili mi, jak jest, widziałem, jacy są. Opowiada. Pisze. Jednak ta narracja spójna nie jest, ona spójna być nie może, bo zawsze można kogoś nieopatrznie skrzywdzić, niechcący coś przemilczeć, nie do końca coś zrozumieć. Dlatego nie wiadomo, jak długo trzeba mieszkać w Bośni, jakiego rodzaju związki trzeba z nią mieć, żeby być wystarczająco kompetentnym do mówienia o niej. Wszyscy, z którymi rozmawiałam, mają swoje zdanie na temat przeszłości i przyszłości Bośni, bardzo różne, zabarwione osobistymi doświadczeniami i poprzez nie wyjaśnianymi. Każdy jest prorokiem w swoim kraju. Ludzie snują opowieści o harmonii i wielonarodowej wspólnocie albo chcą pamiętać tylko konflikt i tylko jego widzą, wybiegając w przyszłość. Trochę wierzą, a trochę się boją. Entliczek-pentliczek, co będzie, co będzie.
Zdjęcia autora

Monika Rupniewska - absolwentka antropologii kulturowej na UWr i (niemal) UŁ, studentka orientalistyki (MISH), zajmuje się tożsamością na pograniczach i obszarach wielokulturowych. Gotuje, ogląda filmy i ciągle chce podróżować, ur. 1986.

Twój komentarz

Komentarze: 1

  • witam napisał/a:
    7 miesięcy temu (20 października 2011, 08:50)

    b podoba mi sie Twoja nietuzinkowa wnikliwosc w relacjach miedzyludzkich i Twoje spostrzezenia- refleksje po czasie, ja tez lubie gotowac;) zycze ciekawego zycia, pozdrawiam karolina (1976)