Op. cit.,

Tagi: antroplogia codzienności | wykluczenie

Panie, handel jest jak alkoholizm

3 stycznia 2012

Ignacy Strączek

„A zlikwidują te handelki?”

Jajka, czosnek, kury owinięte plastikowymi reklamówkami. Przezroczysta folia a pod nią mięso. Mleko w butelkach po coca-coli, domowy ser, owoce. A nad tym wszystkim wiejskie kobiety – zastygają w bezruchu albo snują opowieści, które niepostrzeżenie przeradzają się w polemiki. Przyjeżdżają tu pekaesami albo samochodami, jeśli ktoś zgodzi się je zabrać. Są stare. Są z Kałuszyna, z Grębkowa, z Dobrego, spod Garwolina.

PKS OSTROŁĘKA, PKS MIŃSK MAZOWIECKI, PKS SOKOŁÓW PODLASKI. Kobiety wyjeżdżają rano. Niosą torby sizalowe, ciągną wózki. Czekają na autobus, który ma pojawić się na wiejskiej drodze. Jadą do Warszawy, wysiadają przy placu Szembeka, ale nie wszystkie trafiają na bazar. Większość z nich zostaje przed bramą właściwej części targowiska. Stoją wzdłuż Zamienieckiej, stoją pod kamienicą numer 92, koło kiosku ruchu i przed maskami samochodów, które tu zwykle parkują.

Lato 2011: „Pan wie, samochody teraz są jak zgniłe ryby po trzy, po cztery tysiące” – mówi kobieta z okolic Kałuszyna. Jej rodzina pracuje w Rosji. Przyjeżdżała z sąsiadem mercedesem, ale sąsiad umarł. Położył się do łóżka i już nie wstał. Serce. Przedtem rodziny prawie nie miał, a teraz do spadku cała kolejka. A dużo ziemi miał.

Jest 18 listopada 2011 roku, tego dnia premier Donald Tusk wygłasza w Sejmie exposé. Zapowiada cięcia i podwyższenie wieku emerytalnego. Przy placu Szembeka na razie nie mówi się o treści tego wystąpienia, chociaż niewykluczone, że niektórzy handlarze słuchają Tuska przez radio. Kobiety rozmawiają z klientem o czym innym. Chodzi o całkowity zakaz handlu ulicznego:

„A zlikwidują te handelki? Może nie zlikwidują, tyle razy mówili, że zlikwidują i nie zlikwidowali. Zlikwidują, zlikwidują, bo ona mówiła, że nie byłaby sobą, gdy nie zlikwidowała… Kto? Ta kurwa Walcowa… Kto ją wybierał?! Oni sami się wybierają”. Kobieta mówi z rozgoryczeniem, po czym odwraca się w kierunku wózka z sizalowymi torbami. „To po co te wybory w ogóle są?! Jak oni sami się wybierają, to szkoda pieniędzy!”.

z1_ts

fot. Tadeusz Strączek

Nowelizacja

W środę 16 listopada 2011 roku minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski podpisał rozporządzenie, które uprawnia do karania „grzywną w drodze mandatu karnego handlujących poza dozwolonymi miejscami”. Ponadto, towar sprzedawany bez zezwolenia może ulec przepadkowi. Przepis nie obowiązuje w przypadku „sprzedaży grzybów, owoców leśnych i płodów rolnych poza administracyjną granicą miasta”. Kodeks stanowi, że mandatu można nie przyjąć i odwołać się od niego do sądu grodzkiego. Dotychczas karano handlujących poza dozwolonymi miejscami na mocy innych przepisów Kodeksu wykroczeń – m.in. o handlu mimo braku pozwoleń na działalność gospodarczą czy tamowaniu ruchu. Nowe przepisy weszły w życie 19 listopada 2011.

„Kiedy widzi ludzi na Szembeka robi się zdrowa”

Staruszka, płaszcz zielony, beżowy kapelusz, laska w dłoni, 18 listopada 2011: „Wybierają Tuska” – mówi. – „To już go przecież wybrali podczas głosowania”. Inny klient: „Nie wybierają, tylko exposé ma”. Kobieta nie jest przekonana: „Oni się sami wybierają”. „Sami się wybierają” – powtarza siedząca obok handlarka z Dobrego.

Staruszka wraca do swojej opowieści: „Jakaś kobieta, która ma 95 lat, ale jej nie widziałam, bo odwrócona stała, mówiła do takiego pana, że teraz to najgorszy rząd jest, najbardziej złodziejski i gdyby tylko miała zdrowe nogi, to by kupiła pół litra benzyny, oblałaby cały Sejm dookoła i podpaliła ich wszystkich”. Kobieta podnosi laskę z jasnego drewna i kreśli w powietrzu koło benzyny, które miałoby otoczyć Sejm. Widać, że w pełni zgadza się z wymową przytoczonego przez siebie cytatu, a ponadto nie jest pewna pochodzenia ludzi w rządzie i daje do zrozumienia, że ma kartę, która pozwala rozwiać wszelkie wątpliwości.

Co jakiś czas na Zamienieckiej pojawia się straż miejska. Wśród handlarzy panuje wtedy wielkie poruszenie. Wyprostowani strażnicy chodzą od stoiska do stoiska. Wyjmują niewielkie notesy i zaczynają pisać. Teraz będą korzystali ze znowelizowanego przez ministra Kwiatkowskiego kodeksu. Zdarza się, że w czasie interwencji za handlarzami ujmują się kupujący. Strażnik staje się tu intruzem, który burzy strukturę samozwańczego targowiska.

„Panie, handel jest jak alkoholizm. Mam rację? Mało się po tych bazarach nachodziłam? Tam w hali siedzi osiemdziesięcioczteroletnia kobieta. Z rodziną przyjeżdża. Kiedy w domu zostaje – jest chora. A kiedy widzi ludzi na Szembeka, to się robi zdrowa. Chcą ją w domu zostawiać, a ona nie chce”.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że handel uliczny jest siłą o charakterze niemal biologicznym. Nieustannie się odradza, przekształca, permutuje. Przyjeżdżające na Zamieniecką kobiety codziennie reprodukują swoje stragany ze skrzynek, kartonów i toreb. Zwykle są to trzy, cztery elementy, które pozwalają zawłaszczyć przestrzeń chodnika. Często, kiedy handlarki wracają na wieś, ich pudła i skrzynie zostają złożone pod murem kamienicy, by następnego dnia znów stać się elementami konstrukcji niby-straganu.

Autorzy nowelizacji Kodeksu karnego, którzy stworzyli nowe narzędzia do walki z nielegalnym handlem ulicznym są zdania, że zjawisko to pociąga za sobą szereg negatywnych skutków m.in.: „wprowadzanie do obrotu towarów niewiadomego pochodzenia, łamanie prawa związanego ze spokojem i porządkiem publicznym, nieuczciwą konkurencję oraz zakłócenie estetyki i harmonii przestrzeni publicznej”.

Tylko bez Azji iść do Europy

W „Gazecie Stołecznej” z 9 października 2009 roku urbanista, były burmistrz Ochoty Grzegorz Buczek w rozmowie z Grzegorzem Lisickim mówił: „Przekształcenie bazarowego i likwidacja ulicznego handlu to rzecz niezbędna, bardzo wymierna, widoczna, do osiągnięcia w krótkim czasie i mająca społeczną akceptację”.

Buczek jest zdecydowanym przeciwnikiem chaosu i brudu na polskich bazarach. Jednak jego zdaniem ta forma handlu nie powinna zostać całkowicie zlikwidowana, ponieważ „tam się odbywa żywy handel, inny niż w centrum handlowym, a nawet inny niż w sklepiku osiedlowym. Tam jest samo życie”. Chodzi o to, żeby znane nam bazary nie były obudowane tandetą, żeby stały się przestrzeniami, w których sprzedaje się wyłącznie artykuły spożywcze. „Żywność wymaga elementarnej higieny, czystego otoczenia. Miasto powinno likwidować przemysłowe części bazarów”.

„Trzeba wrócić do tradycji – nawołuje Buczek. – Dawniej targi miejskie nie były czymś stałym”. Urbanista odwołuje się tu do etymologii słowa „jarmark”, pochodzącego od niemieckiego Jahrmarkt, co znaczy targ odbywający się raz do roku. Natomiast słowo bazar zostało przyjęte z języka arabskiego. Etymologiczny kontekst służy tu do zderzenia tradycji „cywilizowanego” Zachodu, gdzie targi mają charakter cykliczny, z pozbawionym tego wzoru Wschodem. „Te nasze bazary, niestety, mają właśnie wschodni charakter i to w jego gorszej wersji. W Azji bazary trwają siedem dni w tygodniu, ale my akurat chcemy, by było jak w Europie”.

Puste chodniki, czyste place

Wzorem dla Warszawy mają być Paryż, Kopenhaga, Amsterdam. „Mieszkałem i pracowałem w Rotterdamie. Dwa razy w tygodniu w dzielnicy biurowej rozkładał się targ rybno-serowy” – tłumaczy Buczek. W przywoływanych przykładach targ ma oczywiście charakter czasowy, trwa kilka godzin, jego funkcjonowanie jest regulowane przez odpowiednio skonstruowane przepisy. Tak wygląda, zdaniem urbanisty, prawidłowa organizacja „żywego handlu”, rządzą nim „porządek, rygor, zasady, których się przestrzega”. W efekcie mamy do czynienia ze zjawiskiem „cywilizowanym”.

Taka definicja „cywilizacji” jest trudna do zaakceptowania, ponieważ zgodnie tym, co mówi Buczek, „cywilizowany” to innymi słowy „czysty i pochodzący z Zachodu”. Wydaje się, że trudno byłoby obronić tezę, zgodnie z którą współczesna kultura polska jest kulturą zachodnią. Dowodzą tego także rozpoznania etymologiczne przywoływane w cytowanej rozmowie. Argument odsyłający do obecnej w przedwojennej Polsce tradycji targów spożywczych o charakterze czasowym czy do tradycji dni targowych – również budzi wątpliwości. Trzeba bowiem pamiętać, że przed wojną przemysł i wytwórczość miały zdecydowanie inny charakter niż obecnie. A zatem to postęp pociąga za sobą ewolucję struktury bazaru.

Co ciekawe, można zauważyć wyraźną zbieżność pomiędzy tezami zawartymi w słowach Buczka a motywacjami twórców przyjętego niedawno prawa. W obydwu przypadkach nielegalny handel uliczny jest postrzegany jako zamach na strukturę miasta. Jego estetyka staje się nie do przyjęcia, samozwańcze stragany tamują ruch uliczny, a ponadto zjawisko to stanowi przykład nieuczciwej konkurencji.

17 lipca 2002 roku dziennikarz „Gazety Wyborczej” Mateusz Zieliński pisał: „Zmieniają się okolice starego bazaru przy placu Szembeka. Bez większego kłopotu można już przejść chodnikiem wzdłuż ulicy Zamienieckiej. Zniknęły samochody rolników, które niegdyś niemal całkowicie blokowały ruch na ulicy. Stojący tam wcześniej handlarze przenieśli się do nowej hali i od czterech miesięcy robią interesy w Centrum Handlowym Szembeka”.

Relacja sprzed niemal dziesięciu lat pokazuje, jak wtedy wyglądała przestrzeń handlu ciągnąca się wzdłuż ulicy Zamienieckiej. Obserwujemy tu kolejne etapy dyscyplinowania i ujarzmiania żywiołu wiejskiego przez miejskie wyobrażenie estetyki i szerzej przez struktury władzy. Ciekawie brzmią w tym kontekście rozpoznania Kwiryny Handke, która w artykule Przyczyny odmienności lewo- i prawobrzeżnej Warszawy zauważa, że „Warszawa prawobrzeżna dopiero w drugiej połowie XIX stulecia zaczynała zyskiwać charakter miejski”.

z2_ts

fot. Tadeusz Strączek

Nielegalny handel uliczny jest formą otwartą, to organizacja o luźnej strukturze, która łatwo poddaje się modyfikacjom. Ma on charakter cykliczny, jego apogeum przypada na okres największych świąt kościelnych – Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy.

Ujarzmienie opowieści

Roch Sulima w pracy Antropologii codzienności, zauważa że „towary na bazarze mają swoją znaczeniową «otoczkę», gdyż wciąż odciśnięty jest w nich jakiś psychologiczno-kulturowy profil wytwórcy, dostawcy, sprzedawcy, ale również swoista «bliskość» nabywcy i pewna «niepowtarzalność» każdej transakcji”.

Bazar, a tym bardziej przestrzeń przed bazarem, stają się miejscem opowieści. Handlarki poświadczają autentyczność swoich produktów. Co chwilę słyszy się pytanie: „Jajka wiejskie?”. A potem zawsze to samo rozstrzygające słowo: „Wiejskie”. I w tym momencie schemat się kończy i następują niezliczone wariacje, rozmowy, do których włączają się inne handlarki i inni kupujący. „Jajka wiejskie?”. „Wiejskie”. „Czy wiejskie to się okaże”. „Co się miało okazać, to się już okazało. Pan od tylu lat przychodzi i bierze”. „Biorę, dobre są”. Padają oskarżenia, że nie wiejskie, że z fermy, że żółtka blade, że pomarańczowe, że podwójne…

O jednej z handlarek mówią, że te jajka z bazaru przynosi, że fermowe ma, dlatego takie tanie, bo jajko wiejskie to musi złotówkę kosztować, inaczej się nie opłaci, „a ona po sześćdziesiąt groszy ma. A z resztą pan zobaczy, z niczym nie przyjeżdża, a potem jajka sprzedaje”. Inna kobieta siwa w chustce na głowie zapytana, czy są tacy, którzy jajka fermowe jako wiejskie sprzedają, potwierdza, że niestety tak się dzieje. Sama ma jajka po 80 gr., sprzedaje jeszcze ser własnej roboty, mleko w plastikowych butelkach…

Przy Zamienieckiej od pytań o autentyczność jajek przechodzi się płynnie do pytań o wiarygodność Donalda Tuska, często mówi się, że jest ciężko. Albo że za komuny były tańsze buty, albo że 12 tysięcy Żydów wróciło do Polski po 89 roku, żeby odbierać to, co wcześniej zostawili, a handlujący nieopodal Wietnamczycy żyją krótko. „Sześćdziesiąt lat – dla nich to już dużo. Tylko warzywa jedzą”.

„Próbowanie, smakowanie, sprawdzanie zapachu produktów należy do stałego rytuału jarmarku, targu, bazaru, sklepiku. […] «Próbki» smakowe to nie tyle odległy pogłos «dzielenia się» pożywieniem, ale wybieranie jednego z najintymniejszych tonów w brzmieniu całej kultury” – pisze Roch Sulima.

Warto skupić się na przytoczonej tutaj zależności. I w tym kontekście przywołać projekt zinstytucjonalizowanych, okresowych targów żywnościowych, których domaga się Grzegorz Buczek. Tego typu postulaty prowadzą do wykluczenia z życia społecznego wzorów zdecydowanie bliższych naszej kulturze niż te odpowiadające zachodniemu paradygmatowi. A więc zastanówmy się, jak będzie wyglądał poddany rygowi „żywy handel”? Czy jajka z opakowań po farbie zostaną zastąpione przez czyste pleśniowe sery i słodkie śledzie?

Walka z nielegalnym handlem ulicznym nie sprowadza się oczywiście do pogoni za paryską estetyką. To przede wszystkim walka o ujarzmienie ciała, o miejskość, której filarem jest dyscyplina. Wykluczenie, o jakim tu mówimy, sprawi, że wymiana handlowa zostanie sprowadzona do dźwięku czytnika kodów kreskowych. Ten dźwięk da nam czystość zamiast Wschodu i rygor zamiast targowania się. Będzie jak w Rotterdamie i skończą się już wszystkie te opowieści.

Póki co kobieta, u której od czterech lat kupuję jajka, zaprasza mnie do siebie, prosi tylko, żebym nie pił i petów nie rzucał po podwórku. Mogę przyjechać też z żoną i z rodzicami, tylko żeby byli niepijący.

Opcity: Kwiryna Handke Przyczyny odmienności lewo- i prawobrzeżnej Warszawy (w: Miasto po obu brzegach rzeki – różne oblicza kultury, red. Andrzej Stawarz); Grzegorz Lisicki, Nie ma miasta bez bazarów, „Gazeta Stołeczna, 9.10.2009; Roch Sulima, Antropologia codzienności; Mateusz Zieliński, Centrum handlowe przy placu Szembeka, „Gazeta Wyborcza”, 17.07.2002.

Tekst powstał w ramach projektu “Miasto oddolne” współfinansowanego przez m.st. Warszawa.

miasto

Projekt współfinansuje Miasto Stołeczne Warszawa

Zdjęcia autora

Ignacy Strączek - REPORTER, ANTROPOLOG, ABSOLWENT INSTYTUTU KULTURY POLSKIEJ UW. AUTOR PRACYSEMANTYKA PRZESTRZENI MIEJSKIEJ KSZTAŁTOWANEJ PRZEZ HANDEL ULICZNY”. UR. 1985 R.

Twój komentarz