Tagi: miasto | sztuka | tożsamość | Warszawa | wywiad etnograficzny
Odwrócona luneta
4 marca 2010
Joanna Rajkowska, Ignacy Strączek
Ignacy Strączek: Był taki moment w Twoim życiu, kiedy zaczęłaś mieszkać na warszawskiej Pradze, w innym świecie. I nie była to fanaberia artystki, tylko konieczność. Jak się wtedy czułaś?
Joanna Rajkowska: To był moment, kiedy wszystko mi się załamało. Zaczynałam od początku. Moment rzeczywiście dramatyczny. Rozwiodłam się, co wiązało się z poważnym przyklęknięciem. W takiej sytuacji zostajesz zupełnie sam. Jesteś zdany na siebie w stu procentach i nie możesz na nikogo liczyć. Cały dotychczasowy świat się rozpada. Musiałam się wyprowadzić z mieszkania, w którym dotąd żyłam z moim mężem. Jedyna osoba, która mogłaby być moim powiernikiem, ścianą, od której można byłoby się odbić, czyli moja matka, była już wtedy na tyle chora, że sama potrzebowała pomocy. Nie tylko straciłam własną rodzinę, ale zdałam sobie sprawę, że niedługo będę musiała zająć się mamą. Chorowała na Alzheimera. To było doświadczenie zupełnej, kompletnej, stuprocentowej samotności. Trzeba takie doświadczenie w życiu przejść, żeby zobaczyć, że tak właśnie jest, że jest się pojedynczym, pojedynczą. I że to zupełnie normalne. Ciepło, izolacja od świata, którą stwarza rodzina, stanowi tylko pewien komfort. Coś jak otulina. Nie jest to sytuacja normalna. Jeśli patrzy się na to zupełnie sucho – jesteśmy sami, zupełnie sami, zdani na siebie.
Nie chciałam wynajmować mieszkania w Warszawie. Ceny były za wysokie. Więc wynajęłam pracownię, lokal użytkowy, w którym nie było kibla, nie było łazienki, nie było ogrzewania. Zrobiłam strasznie głupi ruch. Miałam za to sześćdziesiąt metrów kwadratowych. Trzeba było wszystko zbudować od początku. Okazało się, że nie dało się w tym pomieszczeniu w ogóle mieszkać. Zamarzałam zimą. Mimo tego, że zdołałam postawić ściankę, zrobić prowizoryczną łazienkę i wstawić wannę, to i tak nie było można się tam dobrze poczuć. Cierpiałam, dopóki nie zaczęłam mieszkać z moimi znajomymi. Wtedy zrobiło się w miarę znośnie. Wyprowadzenie się na Pragę było biciem się po kostkach. Dodatkowy strzał w kolano. Tam było naprawdę ciężko.
Oko cyklonu, naprawdę. Między Konopacką, Stalową a Strzelecką. Gigantyczne podwórko, jakby spadła tam kiedyś bomba atomowa i wymiotła wszystko. Na środku drzewo i psie kupy. Jak w czterdziestym piątym – jakieś ruiny starych kamienic. To był mały domek, przyklejony do dużej kamienicy stojącej frontem do Strzeleckiej, ze wspólną klatką schodową. Jednopiętrowy, właściwie nawet nie jednopiętrowy, tylko parter z poddaszem.
Miałaś górę i dół?
Nie, skąd, tylko poddasze. A na dole mieszkała babcia alkoholiczka z synem alkoholikiem. I jakaś pani, która się tam zaplątała z okazji różnych nieszczęść życiowych. U góry diler kokainy, a potem piętra różnych indywiduów, ludzi pogubionych, jakieś meliny.
Jak w takiej rzeczywistości, w oku cyklonu, wyglądała codzienność?
Tak jak teraz. Nie różniła się niczym. Wiesz co, ja chyba jestem izolowana. Nie potrafię wejść w takie środowiska. Oczywiście rozmawiałam z tymi ludźmi, ale nie byłam w stanie się do nich naprawdę zbliżyć. Zdawałam sobie sprawę, że wszystko, co będę usiłowała zrobić to będzie cepelia, to będą ruchy na siłę. Starałam się zachowywać w miarę serdecznie, na tyle, na ile umiałam ich zrozumieć, bo serdeczność wymaga jakiejś wspólnoty odczuwania świata. To nie byli ludzie, z którymi mogłam spędzać czas. Nie poszłam do nich nigdy na kolację. Zresztą nikt mnie nie zaprosił. Mogłabym z kimś wypić herbatę, ale to wszystko. Ten świat nie był moim światem.
Czy życie w obcym środowisku nie jest jednak problemem? Czy obcy nie wdziera się w Ciebie, czy chcesz, czy nie?
Nie. Ja niestety niewiele z tej Pragi wzięłam, poza wysiłkiem zrozumienia tych ludzi, wczucia się w ich sytuację. Niektórzy mi pomagali. Tak, niektórzy mi pomagali, niektórzy mnie okradali. Wiadomo… Widziałam, w jaką niesamowitą przepaść się toczą. I to całe rodziny. Babcia alkoholiczka, tatuś alkoholik, żona alkoholiczka i syn alkoholik. Nie było siły, żeby ich z tego wyciągnąć. Koledzy, którzy wąchali klej… To są ludzie straceni. Do pewnego stopnia możesz próbować im pomóc, ale wymaga to miesięcy i lat poświęceń. Pracy. Metod. I ja wiedziałam, że się do tego nie nadaję. Sama byłam zbyt słaba. Próbowałam jedynie robić, co mogłam, żeby nie być tam kompletnym kosmitą. Ale byłam kosmitą, niestety.
To jest tak jakbyś patrzył na wszystko przez odwróconą lunetę. Zdajesz sobie sprawę, że po prostu, kurde, jesteś jeszcze bardziej oddalony niż jesteś… Od tych ludzi, od tego miejsca, jesteś w zoo. Co tu dużo mówić. Ale to się też brało z tego, że takie procesy wykorzeniania z rodziny muszą się wiązaćz kryzysem psychicznym. Ja się w miarę dobrze trzymałam, ale w pewnym momencie przestało być dobrze. Dochodzisz do takiego punktu, kiedy jedziesz tramwajem i oglądasz bardzo dobrze znane ci domy i bardzo dobrze znany ci od wewnątrz tramwaj i twarze, które są w jakimś tam sensie znajome, etnicznie znajome [śmiech]. Nagle zdajesz sobie sprawę, że nie masz z niczym nic wspólnego, z siedzeniami, z podłogą w tramwaju, z tymi domami za oknem, że nie masz żadnego kontaktu z przedmiotami, nie mówiąc o ludziach, że wszystko jest tak strasznie obce, że w żaden sposób nie możesz nawiązać kontaktu z rzeczywistością. To jest szklana kula. Odwrócona luneta. Wydostać się z takiego poczucia izolacji jest strasznie trudno – to wymaga miesięcy pracy. Sam tego nie zrobisz, musi ci ktoś pomóc.
Jak to się rozwinęło?
Pomógł mi Artur Żmijewski. Bez żadnego fiku miku. Prawdopodobnie zrozumiał, że z takim człowiekiem należy przebywać. Nie należy od niego niczego żądać, niczego chcieć, tylko przebywać. Tylko otworzyć mu drzwi do domu, napoić, ogrzać, pogadać… To jest najlepszy sposób na wyciągnięcie z takiego stanu hibernacji kompletnej. Ale to bardzo długo trwa. Ja się wydobywałam z tego stanu bardzo długo.
Twoje dzieciństwo też nie było łatwe…
Rzeczywiście miałam dość szczególną rodzinę, bo tam było pięć małżeństw na styku, czyli trzy małżeństwa mojego ojca i dwa mojej matki. Byłam jedynym dzieckiem w tym związku, co stwarzało pewne bariery. Teraz najlepszy kontakt mam z moją najmłodszą siostrą przyrodnią. Całe to poplątanie nie byłoby nawet takie straszne, bo ja doskonale zdawałam sobie sprawę, że taty nie ma i cześć, trzeba sobie z tym radzić. Kiedy jednak zaczęłam chorować w dzieciństwie, to moja matka przeżyła tak głębokie załamanie nerwowe, że nigdy do siebie nie wróciła. Czapa lęków, obsesji i psychoz z wiekiem tylko narastała. Nigdy nie była już tą matką, którą znałam z wczesnego dzieciństwa, latającą w pośpiechu po całym domu w rozwianym, pięknym szlafroczku. Potem była nieustanna, pogłębiająca się depresja. I nic się z tym nie dało zrobić. Kiedy miałam czternaście lat, cztery lata po mojej chorobie, pojechałyśmy razem na wakacje. Tam, gdzie kiedyś z ojcem – do Sokolej Kuźnicy. Był tam las, jezioro i domki kempingowe. Mama nie była w stanie przejść przez las, dlatego że za każdym drzewem, za każdym pniem, krzakiem, ktoś stał. Ktoś, kto chciał jej zrobić krzywdę, zgwałcić, okraść, zabić, nie wiem. Te spacery to był jeden wielki koszmar. Nie mogłyśmy nigdzie dojść, przejść, niczego ominąć – ciemnej kępy drzew, podejrzanej polany, dziwnej szopy. Widziałam oczami matki, jak każdy element staje się wrogi, dziwaczny, straszny. Każda fizyczna bariera była nie do przejścia. Broniłam się przed tym, jak mogłam, ale to było tak mocne, tak sugestywne… Starałam się tłumaczyć mamie, że to urojenia, czujnie śledziłam otoczenie, żeby zawczasu przeprowadzić ją z dala od czegoś, co mogłoby wprawić ją w panikę. Ale i tak najczęściej musiałyśmy wracać. To była ostra lekcja. Tak naprawdę całe moje dzieciństwo było zmaganiem się z chorobą matki.
Podobno chodziłaś do klasy matematyczno-fizycznej. Jak wspominasz tamten okres?
Nie radziłam sobie za bardzo, a byłam ambitną nastolatką. Grube okulary, szkoła i potworny kompleks, ponieważ nie miałam żadnego życia towarzyskiego. Nie mogłam mieć, musiałam wracać po szkole do domu o trzeciej i koniec. Jak spóźniłam się pół godziny, to była tak straszna awantura, płacze i krzyki, że wolałam się nie spóźniać. Nie imprezowałam, nie miałam chłopaków. Po prostu bąbel, klosz. Jak się zakochałam pierwszy raz, to skończyło się to słabo, groźbą przeniesienia do innej szkoły i w ogóle… poważna sprawa. Więc moje życie weszło w kanał nauki i próby pokonania niemocy w kwestiach matematyczno—fizycznych. Miałam dogłębne poczucie straty czasu. Przez całe lekcje wpatrywałam się w kasztanowce za oknem, myśląc, że one przez te czterdzieści pięć minut mają szansę coś sensownego zrobić, a mi ten czas bezpowrotnie ucieka. Kiedy zdałam maturę, usiadłam na ławce przed szkołą, zamknęłam oczy, uśmiechnęłam się i pomyślałam, że cztery najbardziej jałowe lata w moim życiu mam za sobą.
Potem było, jak mówisz, „góralskie ASP” w Krakowie.
Nie chciałam wyjeżdżać do Krakowa. Chciałam wyjechać do Torunia, bo nie mogłam zostawić matki. Ale mnie nie przyjęli… Więc pomyślałam, że chrzanię, jeżeli nie blisko, to już daleko. Zdałam na Uniwersytet Jagielloński, na historię sztuki, bo na ASP było już za późno. Po roku przyjęli mnie na malarstwo. Akademia nic mi nie dała. Bezsens szkoły, która uczy, żeby kolory korespondowały, żeby dźwięczały! To powinno być karalne, ta szkoła powinna być wysa-dzona w powietrze! Ale był tam profesor Nowosielski. Znajdował się już w takim stadium alkoholizmu, że niczym się nie przejmował. Przychodził bardzo rano i mówił, patrząc na mnie i na martwą naturę: „Czy Pani mogłaby być tym wazonikiem?”. I to było coś, bardzo wyraźna wskazówka, co robić. Za jego słowami stała tradycja pisania ikon. Ikona nie jest reprezentacją, w zachodnim tego słowa znaczeniu, ale dosłownie uobecnia Boga. Podczas procesu malowania, który jest procesem modlitewnym, medytacyjnym, malarz ma pełny kontakt z Bogiem i dzięki temu jest zdolny uobecnić go w ikonie. Dokonuje rzeczy magicznej, niezrozumiałej z zachodniego punktu widzenia. To, co sugerował Nowosielski, to była sugestia utożsamienia się z przedmiotem malowanym,z przedmiotem przedstawianym.
Jak wpłynął na ciebie Nowosielski?
W jakimś sensie wyprowadził mnie z malarstwa. Obojętnie, co usiłowałam zrobić na płótnie z sugestiami profesora, kończyło się to porażką. Próbowałam malować, aż do pewnego momentu, kiedy pomyślałam: nie, ja chrzanię, ja nie mogę, ja się do tego nie nadaję. I zajęłam się przedmiotami i sytuacjami przestrzennymi, stwarzaniem sytuacji. Nie takich jak teraz, bezpośrednio z ludźmi, ale sytuacji, które polegały na tworzeniu otoczenia, w które ludzie mieli wejść.
Skończyłaś ASP i od razu wyjechałaś?
Zrobiłam dyplom kilka miesięcy wcześniej. Seria obrazów i tekst. Tekst, pod którym mogłabym się dzisiaj podpisać obiema rękami. Ale reszty, obrazków, kompletnie nie pamiętam, to był nie-ważny moment. Zrobiłam to, żeby skończyć szkołę, żeby po prostu się pożegnać.
Mimo to kończyłaś ASP z wyróżnieniem…
To nie miało żadnego znaczenia. Ja sobie zdawałam sprawę, że o kant dupy można potłuc ten dyplom. Mój dyplom nie był na pewno żadnym krokiem naprzód.
A co było krokiem?
Krokiem było napisanie tekstu, samo odkrycie pisania. To było potężne doświadczenie, bo się nagle okazało, że ja mogę pisać, że język jest dla mnie o wiele bardziej nośnym narzędziem niż obraz. Pamiętam, że kiedy zaczynałam pisać ten tekst, byłam akurat chora. Leżałam w łóżku. I tak przysypiałam, i się budziłam. Brałam kartkę. Oczywiście ręcznie wszystko. I pisałam, i potem kreśliłam, i znowu zasypiałam. Dwa tygodnie ten tekst tak powstawał w malignie kompletnej. Ale kiedy skończyłam, to był bardzo trzeźwy, prosty.
O czym?
To był opis sytuacji, rzeczywistej sytuacji. Wtedy, to był… 92 rok, pojechałam na stypendium do Austrii. Mieszkaliśmy w eks-klasztorze, takim sterylnym, białe ściany, wiadomo… Nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Niewielka grupa ludzi i wszyscy na miesiąc wsadzeni w małe, bezpłciowe miasteczko Horn, w którym w ogóle nie było nic. Obserwowałam tylko, jak pogoda się zmienia na coraz gorszą. W końcu wybrałam sobie pomieszczenie, wytyczyłam obszar do poruszania się. Też nie bardzo wiedziałam, co z tym pomieszczeniem zrobić. Nie byłam w stanie niczego wyprodukować. I pomyślałam, że ten klasztor jest tak zimny, że ja go ogrzeję. Stałam w rogach pomieszczenia albo leżałam w załamaniu ściany i podłogi. Kiedy dotykałam ścian, oddawałam ciepło. To było bardzo seksualne, mocne. Za wszelką cenę chciałam kontaktu z tym miejscem, w którym byłam, w sposób najbardziej bezpośredni, ponieważ ja na wszystko reaguję ciałem. Krążyłam jak ćma wokół lampy albo obijałam się o ścianę, jak taka mucha. Nakręciłam z tego wideo. Nagrałam, jak sobie łażę i leżę. Doświadczenie ciągłego przebywania w pomieszczeniu, ta natarczywość zapadła mi w pamięć. I potem to opisałam. W tym pomieszczeniu było jedno okno, przez które wpadało światło. Cela klasztorna. Opisałam, jak słońce oświetla to pomieszczenie, w sposób zupełnie oślepiający. Poddaję się fali tego światła, które mnie grzeje i rozjaśnia. To jest na początku miłe, ale potem przestaje być przyjemne. Stoję nieruchomo i to światło jest mocniejsze, mocniejsze, mocniejsze, aż mi się ręce pocą. Ciało zaczyna drżeć i nie mogę tego wytrzymać. Ale nie mogę też zrezygnować. Jestem na progu omdlenia. I myślę sobie: okej, dosyć. Idę do sąsiedniego pomieszczenia, które jest zupełnie ciemne i chłodne. Przyjemne. Kładę się na podłogę. I analizuję to, co się stało w pierwszym. Analizuję krok po kroku. Nie ma tam żadnej cielesności. Jest zupełna ciemność. Nie ma mnie. Nie widzę własnego ciała. Każdy mięsień się relaksuje. Przestaję cokolwiek czuć. Przestaję być. Jestem samym czystym myśleniem.
A po dyplomie Nowy Jork?
Potem wyjechałam, w moim pojęciu do szkoły, ale okazało się, że dostanie się do szkoły było dużo trudniejsze, niż myślałam. Nowy Jork to jest dżungla. A ja oczywiście nie miałam kasy. Próbowałam się jakoś tam wymościć, ale bez sukcesu zupełnie. Na początku było fatalnie. Pojechałam do Stanów, myśląc: hmmm… mój kuzyn tam jest, mój ukochany kuzyn, wiesz… który yellow cab, heroina i w ogóle wszystko. Na lotnisku powitał mnie nie kuzyn, tylko jakieś monstrum, cztery razy większe, opuchnięty, schorowany, w desperacji jakiejś. Mój kuzyn… Ciężko się z nim było dogadać, chociaż to bardzo bliski kuzyn. W końcu zamieszkałam gdzie indziej. Tak bardzo z marszu weszłam w dorosłe życie. Zupełnie inne niż w tej Polsce na początku lat 90. My wszyscy byliśmy dziećmi. Nikt z nas właściwie nie zarabiał. Jakieś pieniądze spływały skądś tam, w ogóle nie wiadomo skąd. Trzeba było nagle pójść do pracy.
Co robiłaś?
Nie było wyboru. Nie chciałam sprzątać. Najpierw pracowałam u Araba, na Upper East Side w coffee shopie, do którego przychodziły milionerki w lisach i jadły na śniadanie croissanta z pâté. Niestety ten Arab uznał, że jestem ortodoksyjną Żydówką i mnie wywalił. Po prostu, nie wiem, jak to się stało, jakiś zbieg okoliczności. Ten gość znielubił mnie od początku. Nie wiem, dlaczego mnie do tej pracy przyjął. Nie wiem, dlaczego tam poszłam, ale to już mniejsza z tym. Wywalił mnie niestety z hukiem. Tydzień po zatrudnieniu…
Obok był taki dziwny sklep z abażurami. Pomyślałam sobie: a może ja abażury mogę malować… Właścicielem był Japończyk, który sprzedawał tym samym milionerkom, które jadły pâté, zabytkowe wazony za straszną kasę, robił z nich lampy i te lampy musiały mieć abażury. Abażury z jedwabiu robiło mu stado emigrantek z Ameryki Południowej, traktował je jak zwierzęta. Ja czasem te abażury malowałam. Albo wysyłał mnie do sklepu, co było niezłą traumą, bo musiałam je sprzedawać. Ten Japończyk był po prostu jebnięty. Przychodził i wrzeszczał na wszystkich. Przeklinał w sposób tak straszliwy, że miałam wrażenie, że zaraz dostanie zawału. Kiedyś mu powiedziałam, że jak będzie się tak strasznie spieszył, to wcześniej umrze. I facet też mnie wywalił.
To koszmarnie kopie ego. Jest taki film z Woody Allenem, gdzie on jest rozmyty, a wszystko inne jest ostre. Ja byłam tam kompletnie rozmyta. Wprawdzie już chodziłam do szkoły, w czapce niewidce, do School of Visual Arts. Tam byli moi znajomi z Polski i bardzo dobrze sobie radzili. Przyglądałam się, co robią. Tylko że ja jestem impregnowana na wiedzę z zewnątrz, więc myślałam tylko o tym, jakie to martwe, jakie nieistotne.
Jakie projekty zrealizowałaś w Nowym Jorku?
Po pewnym czasie dostałam się na State University of New York. Tam były prowadzone programy semestralne dla artystów. Każdy dostawał pracownię na semestr i był artystą na uniwersytecie. To był ciężki czas, bo zaczęłam chorować. Miałam jakąś dysplazję komórek, co oznacza generalnie rakowacenie tkanki. Byłam naprawdę słaba, ale się zawzięłam. Zrobiłam dwie prace.
Ponieważ tam ciągle miałam jakieś badania i nieustannie mnie odkażali jodyną, zaczęłam z jodyną pracować. Zajebista rzecz. Amerykańska jodyna wygląda jak krew. Ciężka, czerwona, aksamitna. Nie jest żółta, tylko czerwona. Czerwona, po prostu czerwona, jak krew. Skoro mnie smarowali tą jodyną, to ja zaczęłam smarować tą jodyną innych. Pierwszą jodynową pracą (dla mnie do tej pory jest to inicjacja związana z pracą z innymi ludźmi), była akcja Let Me Wash Your Hands w galerii Sauce Place na Williamsburgu. Do Sauce Place przygotowałam dużą, spawaną kuwetę, zmieściło się tam dwanaście galonów jodyny. Po prostu w cholerę tej jodyny. I myłam wszystkich. Sterylizowałam, kogo mogłam. Kto się zgodził, temu myłam ręce po łokcie. Sterylizacja okazała się jedynie pretekstem do bardzo seksualnego, fajnego kontaktu. Bo to jest miękki, ciężki płyn, jak dotykasz kogoś i myjesz jemu, jej każdy palec, to zaczyna to być po prostu piesz-czotą. I fajne to było. Fajne i czułam, że naprawdę coś się dzieje.
A druga praca na koniec semestru to była makabra. Coś tak złego… Mieliśmy pracownię na dwunastym piętrze wieżowca na Chelsea. I ja nie wiem, co mi się stało, ale zaczęłam maniakalnie zbierać kości. Przed pracą u państwa Stein (bo miałam następną pracę, w małym barze na SoHo), chodziłam do rzeźni na czternastą na Zachodnią Stronę. Wzdłuż całej ulicy, po obu stronach są rzeźnie. Tak pachnie mięchem, że można oszaleć. Mięchem to pół biedy, ale psującym się mięchem, krwią, posoką po prostu, błee… Chodziłam tam rano, pukałam do drzwi jednej z rzeźni i dostawałam tam za około dwanaście dolarów sześcian zamrożonych kości, które ładowałam sobie do plecaka. I biegłam do metra, jechałam do pracowni i zostawiałam te kości w wiadrze. Potem z powrotem do metra i jechałam do pracy. Jak przyjeżdżałam wieczorem, to były już w miarę rozpuszczone i zaczynałam je oczyszczać. Najpierw wpadłam na pomysł, że będę je trzymać w kwasie. Ale się okazało, że smród był nie do wytrzymania i wszyscy byli wściekli. A kiedy wystawiłam je na schody przeciwpożarowe na zewnątrz, to ptaki się tam zagnieździły i znajdowałam oprócz białej galarety, tak cuchnącej, że łzy leciały, zdechłe gołębie. Dałam sobie spokój z kwasem. Zaczęłam kości gotować. Kupiłam sobie „słoneczko” i wielki garnek. W mojej pracowni nie było gniazdka, musiałam chodzić do łazienki. Ale nie do damskiej, tylko do męskiej, bo tylko w męskiej był kontakt. A ponieważ za dnia byli tam biznesmeni, musiałam to robić w nocy. Zaczynałam wieczorem. Gar stawiałam na słoneczku. I zasypiałam nad tym garem. Pamiętam: czwarta rano, ja tak się kiwam w kuckach nad tym gotującym się garem, pełnym kości, bo to się musiało dobrze wygotować. I ni z tego, ni z owego wchodzi taki nienagannie ubrany biznesmen. Otwiera drzwi i zamiera. Facet nie mógł uwierzyć w to, co widział. Nie pamiętam, czym skończyła się ta sytuacja. Byłam w jakiejś pół śpiącej malignie, ale chyba wyszedł.
Potem te wszystkie kości, a było ich morze, morze białych kości, rozrzuciłam po dachu. Była też kuweta, jak w Sauce Place, ale zrobiona z pleksi. Wlałam tam jodynę i moim czterem przyjaciołom, w większości Żydom, kazałam włożyć maski (zrobiłam je wcześniej, używając oczywiście kości). Poprosiłam ich, żeby wszystkie kości z dachu, kosteczka po kosteczce, wymyli w jodynie i włożyli do kuwety. I żeby rozmawiali o drobiazgach, o rodzinie, o rzeczach nieistotnych. To było takie rytualne, że ja pierniczę. Ja w ogóle nie wiem, jak mogłam to zrobić. W każdym razie na środku kuwety z jodyną stał boso Frank London. Grał na trąbce. Prosiłam go, żeby improwizował tak długo, jak długo będą myte kości. 45 minut trwało to wszystko. Wokół Franka urosła góra czerwonych kości. On w garniturze nienagannym. Grał, grał, grał, grał, grał. Pukał w trąbkę z drugiej strony, dmuchał, robił wszystko, po prostu produkował dźwięki. To było zajebiste. Gdzieś w tle były echa muzyki klezmerskiej, ale na szczęście tylko ślady. Po prostu kawał rzetelnej muzyki. Akurat jak Frank zbliżał się do końca, przyszła ochrona. Bo my nielegalnie weszliśmy na ten dach. Skończyło się eksmisją. Przyjechała policja itd. Długie to było, ciężkie, bardzo ciężkie, za ciężkie. Ale ja byłam jakoś tam zadowolona.
Jak przyjęłaś sukces Dotleniacza? Instalacja zostanie na placu nie wiadomo jak długo – bezterminowo…
No nie wiadomo… On zostanie jakoś zrekonstruowany przez miasto. Mam nadzieję, że będę miała jakiś udziałw projekcie rekonstrukcji. Wiesz, to, że ludzie siedzą cały czas i w takiej ilości, jest poza moimi oczekiwaniami, wyobrażeniami i poza planem. Wydaje mi się to zasługą nie tyle samego projektu, tylko czegoś, co zostało uruchomione. Czegoś, co tam było już przedtem.
I czegoś, czego ja nie rozumiem i sami ludzie też nie bardzo rozumieją. Coś tam jest.
Jestem daleka od feng shui i magii, w ogóle czarów, ale tam ewidentnie działa jakiś czynnik, którego nie rozumiem.
Wykopaliśmy tam te wszystkie groby. Ekshumowane, więc pozostały tylko ślady po trumnach. Myślę, że gdyby ktoś zrobił staw na miejscu, na którym by mnie pochowano, to byłabym bar-dzo zadowolona. Rozumiesz? To jest coś takiego, że chciałbyś, żeby twoje prochy były w zajebistym akwarium. Po prostu, z pięknymi rybami. Zamiast gnić w jakimś ponurym grobowcu. I tam jakiś naturalny cykl został uruchomiony. Być może… Kurczę, nie wiadomo… Nie wiem.
Przechodziłem kiedyś, jakiś siwy koleś po pięćdziesiątce, spojrzał na tych ludzi wpatrzonych w parę wodną. Tam cisza. I powiedział do jakiejś kobiety: zbiorowa psychoza. I co o tym myślisz?
No, myślę, że miał rację. To taka psychoza w najlepszym tego słowa znaczeniu. Może psychoza to nie jest to słowo. Ale trzon tego słowa jest właściwy [śmiech].
Dotleniacz i Palma są w jakimś sensie związane z kulturą żydowską. Co cię w niej pociąga?
Mnie raczej interesuje próżnia, która została po tej kulturze. Bo my nie mamy żywej, tworzącej się teraz, kwitnącej kultury żydowskiej. Mamy raczej skansen. I mamy cepelię. To jest strasznie bolesne i zupełnie mnie nie interesuje. Ani skansen. Ani cepelia. Mnie interesują mity, które narosły wokół, i to, że współżycie dwóch społeczności, polskiej i żydowskiej, skończyło się wielką katastrofą. Bo taka jest prawda. Nie mam na myśli Holokaustu, choć jest on częścią tej katastrofy. My nigdy sobie z tym nie poradziliśmy. Nigdy nie przerobiliśmy traumy Holokaustu i własnej nie-umiejętności współżycia z inną grupą.
Z inną społecznością. Interesuje mnie przyczyna tej katastrofy, która gdzieśw nas tkwi. I to, że my nie potrafimy podjąć współpracy, „nie potrafimy być dobrze z innymi.” I jakkolwiek jakieś oskarżenia i zarzuty wobec Żydów mogą być słuszne, czy tam w jakiejś części słuszne, to nic nie usprawiedliwia tej katastrofyi tej próżni.
Mówisz, że lubisz równo ułożone sztućce, kulturę. Co cię pociąga w tym porządku? Jaka w ogóle jesteś na co dzień?
Staram się wieść maksymalnie mieszczańskie życie. Jakby powiedział Artur Żmijewski: absolutnie burżuazyjne. Siedzimy na Szpitalnej 4 w kamienicy z 1937 roku, chociaż w służbówce, ale zawsze… Z przodu są marmury i lustra, prawda, przepiękne, w klatce obok. Więc to jest taka mała subwersja… Ale ja całą siłą swojej natury staram się wieść bardzo spokojne życie. I wprowadzać do egzystencji – nie tylko swojej – momenty eksplozji, od czasu do czasu, kiedy realizuję swoje projekty. Z całą wiarą w to, że to jest właśnie spokojne życie.
Joanna Rajkowska - ur. 1968 r. w Bydgoszczy. Autorka obiektów, filmów, instalacji, akcji i interwencji w przestrzeni publicznej.
Ignacy Strączek - REPORTER, ANTROPOLOG, ABSOLWENT INSTYTUTU KULTURY POLSKIEJ UW. AUTOR PRACY „SEMANTYKA PRZESTRZENI MIEJSKIEJ KSZTAŁTOWANEJ PRZEZ HANDEL ULICZNY”. UR. 1985 R.