Op. cit.,

Tagi: literatura | miasto | migracja | Warszawa

Obcy. Autoportret / metodologia

4 marca 2010

Ignacy Strączek

Tekst ukazał się w 40. numerze czasopisma „Opcit”.

W wielkich chłopskich dłoniach (w czarnych rękawiczkach) tonie mały amstaff, szczeniak, jak w oceanie. Płowy, z czarnym nosem, ledwo widoczna plama na kufie, jakby się mleko wylało. I tak przyschło. Bo trzeba tu powiedzieć, że Stadion też wygląda, jakby się coś wylało i tak przyschło. „Wszystko od razu, od początku zniszczone, żeby się później nie martwić i mieć z głowy. To była rozpacz wzgardzonej materii. Ludzie siedzieli, jedli, pili i czekali, ale wyglądali jak nadzy, jakby się mieli poranić o krawędzie tego wszystkiego”. Poruszali się jednak nadzwyczaj sprawnie, płynęli wręcz przez ten popieprzony krajobraz, ten nieczysty akwen, płynnie pchali wózki z gorzką żołądkową i gorącą herbatą. Inni inne wózki ciągnęli pod górę, forsowali wzniesienia, które zawsze przypominały mi Kaukaz albo chociaż rumuńskie Karpaty.

Dwie i pół stówy… Nie, nie mam… tylko oglądam… Lubię psy. To fila? Drugie szczenie na smyczy, pręgowane, brunatne. Szarpane, czarne kreski na brunatnym tle. Takie płótno w kształt obleczone. To fila? – pytam. Nie, co ty, kurwa, amstaff… Tak, to łatwo pomylić… Myślałem, że fila…

Stoi ich dwóch na tym placu przy Waszyngtona przed napisem „zapraszamy na zakupy”. Są pijani i narkotyki pływają im w żyłach.
Co Ty pierdolisz, jaki fila? – dziwi się starszy. Kurwa amstaffa chcesz? Chcesz?

Chcę, ale nie mam pieniędzy i złe warunki lokalowe. Mam. Nigdy psa nie miałem, ale dużo czytałem na ten temat. I na podstawie tych lektur myślałem…

Kurwa, weź szczeniaka, wychowasz go sobie i będziesz miał.

Myślałem na podstawie lektur, że to szczeniak fila brasileiro.

Aj tam pierdolisz pan…

Taki ładny… Piesek jeszcze niewinny. (Ale już, ze skazami genetycznymi być może, a dysplazja stawu biodrowego… Mam dwie i pół stówy, ale warunki lokalowe, no i są i plusy…)

No weź, kurwa… go weź…

No weź sobie wychowasz i będziesz miał…

No dobra, sto pięćdziesiąt… już…

Jest ich dwóch, Ja jeden. Ja kurtka pomarańczowa, jaskrawa. Oni czapki czarne na uszy mają naciągnięte, kurtki szare, brudne, bezkolorowe.

Lampkę se kupiłeś, a psa nie chcesz kupić… Śmiech…

Do domu mnie nie wpuszczą, jak z psem wrócę (kłamię sobie w żywe ich oczy).

To spierdol z domu. Na swoje se spierdol. Na łóżko się uwalisz. Lampkę sobie zapalisz. I psa będziesz miał. Go se wychowasz… No baby szukaj, jakby, jakiejś, jakbyś nie miał już…

Kto chce psa?! – krzyczą – kto chce psa?! Ludzie?! Kto chce…

Parobek, cham, chłopak, Wietnam

I żeby tak parobka zobaczyć i nawet się z nim nie bratać. Ale między nich wejść i być. I się nie ukrywać. Przeciwnie tak z Pańska sobie przejść. I się widokiem i chamstwem nasycić. Zerknąć i tak zerkać do woli. I się nie kulić i bez kompleksów przed mordą czerwoną defilować. Nie jak Józio parobka prosić, nie jak Józio twarz nadstawiać, nie jak Józio mordę ze swej twarzy robić. Swobodnie, bez wymuszonej pozy na chłopa. Bo nienaturalność od razu wyczuje i w mordę da. Podobno najgorsi są antropolodzy, którzy jak Pan młody są.

Wchodzę na Stadion od Waszyngtona. A w tym czasie z drugiej strony od Teatru. Autobusy kołują, jak u Stasiuka ospałe bydlęta z Lufthansy. Te masywne cielęta, tępe świnie po bimbrze – autobusy. Ciekawe autokary z galeriami z tyłu, gdzie się pije i przypala papierosami. Stoją też przy blaszakach pekaesy z galeriami. Przed blaszakami chłopaki kupują Nike jak nowe. I wystają w nich potem na przystankach, klatkach, stacjach benzynowych. Chcę powtórzyć za Andrzejem Stasiukiem: „Stacja benzynowa to skondensowana bezdomność. Dlatego wyglądają na emigrantów we własnym kraju. Zbierają się w tym zimnym miejscu, żeby pokazywać sobie nawzajem swoje używane samochody sprowadzone z Niemiec. Niewykluczone, że ich ojczyzną jest Volkswagen Golf III”. FADO. Dworzec otacza Wietnam.

Mity o sile i skuteczności „Wietnamu” obiegają Stadion. Nikt nic nie wie, każdy mówi. Obserwują drogie samochody. Telefony drogie. I zazdroszczą. Mówią o zamkniętych osiedlach, o ich pocztach, szkołach i kiepskich towarach. Robię zdjęcie Wietnamczykowi. Miły, życzliwy, otwarty człowiek. Uśmiecha się, współpracuje. A jakiś dresiarz rzuca „Do zoo mu zdjęcie robisz?”.

Jak mówi Rajkowska, nadal „nie umiemy być dobrze z innymi.” Z drugiej strony Wietnamczyk Polaka nie zatrudni – „boją się wtyki…”. Do podrzędnych zadań zatrudniają Ukraińców. Podobno czarni są najgorsi. Atakują… ochronę podczas interwencji. Gryzą. Pogryźli funkcjonariuszy podczas próby deportacji. „Małpa niedawno zeszła z drzewa, to skacze…”.

Ale kiedy weszła skarbówka, to Murzyni migiem torby spakowali, po 50 kilogramów jedna. I już mkną w dół po ławkach, barierkach… I wtedy cały Stadion im kibicował… I uciekli…

Na Stadionie są też polscy handlarze, którzy wręcz obsesyjnie starają się innych nacji nie urazić, kiedy użyją słowa „Pakistaniec”, natychmiast, sami z siebie się poprawiają. Spokojnie, obiektywnie przedstawiają problem konkurencji i występujących obok nich antypatii. I warto to zauważyć… Grają w szachy, są kulturalni, delikatni. Jest wśród nich dawny mistrz Warszawy juniorów, dziś po czterdziestce. Oni chcą dyskutować, argumentują… Oni chcą powiedzieć, że Stadion to nie są puste pudła i kupa szajsu… Obok nich idą polskie chłopaki i na murzynów patrzą. Ich jest trzech, a Murzynów Dziesięciu. I Polak, wymachując rękami sprawnie, szeroko, krzyczy: Wypierdalać… bo są u siebie… Na peronie WIDZEW WHITE POWER… W tramwaju ŻYDZI DO GAZU. Na przystanku ZAMIENIĘ… ŻYDA NA TRABANTA.

Zrozumieć poza farbą

Żeby zrozumieć Stadion trzeba wyjść poza obdrapaną farbę. Poza blaszane budki. Zza tej farby i zza takiej budki wyrastają niejednokrotnie trzy wille, w tym jedna z basenem i Audi A6 i taki zgrabny, damski czoperek. Pieniądze tu są, ale nie dla wszystkich. Poznałem Ukraińca, który codziennie dojeżdżał na Stadion z Gocławka, było ciemno, a on szedł Tarnowiecką w stronę dziewiątki lub trójki, dojeżdżał od Waszyngtona albo od teatru, było mu obojętne. Było mu zimno i nosił ciężkie paki u Wietnamczyka, pchał malowniczy wózek i nie zastanawiał się nad tym, że pracuje na jednym z największych bazarów w Europie i że ciekawe jest tu skrzyżowanie kultur. To mrowisko, a nie strumień nacji, i nie lawa. Metafora mrowiska jest tu dobra, mimo że zleksykalizowana. Termin „Mrowisko” pozwala pokazać mnogość narodowości i kultur, które są tu jednak osobne, zamknięte. I jeszcze jedno: ciężką, żmudną pracę. Iwan, mój kumpel Wańka, on o tym nie myślał, chociaż jest doktorem nauk humanistycznych. Dziś maluje mieszkania, klatki, garaże. Wtedy było mu kurewsko zimno i miał w dupie kulturę w ujęciu antropologicznym. Nie było go stać wtedy nawet na żołądkową z buchającego parą wózka. Kiedy wkręcaliśmy razem półkę, nasuwaliśmy ją młotkiem, żeby sobie, kurwa, nie myślała, my Słowianie, Iwan i Ignacy bez kompleksów w stosunku do materii… Grzaliśmy ją młotkiem, bo nie mieliśmy siekiery, bez wyraźnego celu, i wisi tak do dzisiaj trochę powyginana. Stadion jest pełen absurdu, a jednak się trzyma, tak jak ta półka, którą z Wańką wieszaliśmy. Powiedział wtedy do mnie: „chciałbym zobaczyć inteligenta francuskiego, jak patrzy, jak my tak wieszamy”… „Gorzkie i bolesne doświadczenia mieszkańców Europy Środkowej powodowały, że nie byli obaj [Herbert i Miłosz] najlepszego zdania o zachodnich elitach. Miłosz pisał dowcipnie: »Dom francuskich intelektualistów, siedziałem w bibliotece i podsłuchałem rozmowę o Stendhalu, dać im w dupę i zamknąć«”.

Warto w tym miejscu przywołać Gombrowicza, najtrafniej przedstawił on przepaść dzielącą pisarza polskiego i kulturę Europy Zachodniej. Gombrowicz w Dzienniku 1953-56 sportretował artystę polskiego, który idzie przez sad, zrywa jabłka, gryzie w spokoju, smakuje i te, co lubi, przyjmuje, a innymi pluje. Artysta Zachodu musi zjeść wszystko, co zerwie, bo od wieków jest niewolnikiem konwenansu. Czy to jest szansa dla Polaka, swoboda, plucie jabłkami? Wyścig po literacką Nagrodę Nobla przegrywamy z Francją chyba 10 do 4 i nic nie wskazuje na to, żeby się to miało zmienić. Wyścig na destrukcję, porżnięcie w stylu wolnym wygrywamy w cuglach i tego powinniśmy się trzymać i zamknięcie Stadionu jest nieudanym Zachodu naśladowaniem. Bo ten Nasz narodowy co najwyżej pokaże światu, że jesteśmy nieudaną parodią Wembley. Pamiętam, że jeden z piłkarzy Legii strzelił gola Blackburn Rover na bańce. I tego się trzymajmy. Gość pochodził z Suwałk i wiedział, jak posłać gałkę Mistrzowi Anglii w tę wypolerowaną arenę, w błyszczącą bramkę. Ale my będziemy naśladować. I niech przyjadą obce poselstwa. Niech patrzą jak się Polacy bez kul strzelają, jak szaraka z ogarami gonią. Ogary poszły w las. Zagryzą niedźwiedzia czterdziestu kultur w jego mateczniku. W miejscu, gdzie można było kupić cekaema, będą się bez kul strzelać…

Tylko ten bohater Legii powiedział, że na trzeźwo by tego nie zrobił. I jak mówi legenda ludowa, taka prawda. Lepiej sławić słabą teraźniejszość, niż uciekać do bitwy pod Grunwaldem, czy mierzyć w kopię Camp Nou. Któryś z polskich pisarzy zauważył, że Polacy są dumni ze swojego Papieża-Polaka, ale gdyby to oni wybierali, wybraliby Francuza.

Żyd od zdrowia, lekcja targowania

Na Stadionie też można oddawać się konsumpcji i to przyjemniejszej niż w Arkadii… Bo człowiek zarabiający trochę ponad średnią krajową może się poczuć jak Niemiec w Bułgarii. Stadion to trochę takie Złote Piaski. To miejsce, gdzie złoty coś znaczy… Mówi się, że na Europie jest wszystko, od majtek-stringów, przez garnki, zegarki, dresy, kurtki, bluzy czapki, trąbki i koszulki z nazwiskiem Smolarka i Ronaldhino, po święcące i grające obrazy pozytywki, bombki, sztuczne choinki, które tworzą przenośne zagajniki, zawsze w połączeniu z jakimś volkswagenem transporterem, migające jak stroboskop rury, które kupuje wieś i warszawska awangarda, noże i gaz na psy i na ludzi to samo, batony, pałki policyjne, bagnety i już tylko w opowieściach broń palną z kałasznikowem i cekaemem włącznie. Kluczy się w labiryncie uliczek, szersze, węższe, kręte, rozwidlenia w tłumie napierających na siebie ciał konsumentów. Jedni targują dla sportu, inni, żeby dotrwać do pierwszego. Nikt nie akceptuje wyjściowej ceny. Helenka, Helenka, Helen… Helenka, Helenka, Helenka… Helenka me ciało przy Tobie wymięka… Twoja śliczna sukienka w słońcu lśni… Podnosisz mi ciśnienie… mam tylko jedno marzenie, chce na party z Tobąąąą iść, wszystko nam się wali, jak numer jeden w skali… Muzyka staje się coraz głośniejsza… Siedzi obok mnie, patrzy w moją stronę tysiąc stopni ciepła, chyba zaraz spłonę… Helenka przestraszona, kołdra podpalona, a ta kura w piekarniku już dobrze ustawiona… Wybrzeże Szczecińskie tam tylko, hurt, a czy ta zapalniczka może być w detalu, nie, pisze przecież, tylko hurt… Między blachą falistą most kolejowy… I elektryczny, biały i żółte i zielone znaczenia… Praga, masa, proza…

Dziwne, że ta sama grająca zapalniczka, za tę samą dychę jest do kupienia w detalu na byłej koronie przed Teatrem. Podchodzę do stoiska z obrazami, dewocjonalia, Żydzi, landszafty… Ile za tego Żyda? – pytam. Dziesięć. Za osiem by ten Żyd nie poszedł? Nie. Jest Pan pierwszą osobą, która się o Żyda targuje. Tu każdy każdemu inną cenę proponuje… Już Panu spuściłam, bo normalnie, a w ogóle idź pan stąd… Idź… No proszę dokończyć… Bo od razu dziesięć powiedziałam dwa złote spuszczając Panu… A to sprawa zupełnie inna… To biorę… Żyda tego… Którego? Tego, który wyciska cytrynę do kieliszka, tego, który w czapce z daszkiem siedzi… Czyli tego od zdrowia… Może Pan weźmie tego od pieniędzy, pieniędzy jak Pan nie ma…? Ten od pieniędzy, z mieszkiem wysypujących się monet na stół, siedzi. Był jeszcze taki trzeci, ze skrzypcami… I od czego on był? Różnie to sobie ludzie tłumaczyli… Mówili, że od nauki… To co, tego od pieniędzy, jak Pan pieniędzy nie ma? Tego, od zdrowia, bo jak zdrowia nie będzie, to i pieniędzy zabraknie… Ano może i prawda… Dychę proszę… Wszystkiego dobrego… Dziękuję, wzajemnie… odchodzę…

Na rogu, przy PKS Dworcu… jest stoisko… Świecą, grają obrazy, widoki z kluczami ptaków lecących… Dewocjonalia świecą i grają… I Nasz Papież Jan Paweł II… też taki portret ma… Wszystkie te obrazy znajdują się niedaleko tunelu, w którym gra Helenka… Ciekawe czy do takich obrazów się ludzie modlą?

Powrotu Króla nie będzie…

Stadion bez Korony teraz jest. Stadion. Stadion bez korony jest jak blond modelka z by-passami, jak drzewo bez liści, organizm bez serca, ale z krwiobiegiem pustym, to królestwo bez króla. Nie przyjedzie już Aragorn na białym koniu, ani trzęsąca się wódka sobieski na wózku z gorącym czajem. Jest po herbacie. Jest smutno. Jest koniec Stadionu. Koniec mekki antropologów, artystów i handlarzy. Odjadą Audi A6, i fioletowy mercedes klasy E z posępnym kierowcą odjedzie. Zniknie największy bazar Europy. Zniknie Europa. Z Jarmarku nie będą wiały pudła w stronę Saskiej Kępy… Mieszkańcy się cieszą, że handlarze przestaną wynajmować piwnice od takich starych, niczego nie świadomych babć. I Król bezdomny, który dawniej zrobił fortunę na Stadionie miał fortunę i ją stracił. I Król odejdzie w swoim królewskim ubraniu, w swoich dwóch różnych butach… Odejdzie nawet bez konia pstrokatego, bez siodła. A inteligencja i nowobogaccy z Saskiej Kępy będą próbowali odzyskać swój nadszarpnięty prestiż. Zniknie Jarmark Cudów pierwszy, lepszy… Chłopaki wsiądą w golfy jeden sześć i pojadą się najebać na stację benzynową gorzką żołądkową…

Opcity: Marek Radziwon, Zależy mi na Twoim sądzie („Gazeta Wyborcza”, 31.10-1.11.2006); Andrzej Stasiuk, Jadąc do Babadag; Fado.

Zdjęcia autora

Ignacy Strączek - REPORTER, ANTROPOLOG, ABSOLWENT INSTYTUTU KULTURY POLSKIEJ UW. AUTOR PRACYSEMANTYKA PRZESTRZENI MIEJSKIEJ KSZTAŁTOWANEJ PRZEZ HANDEL ULICZNY”. UR. 1985 R.

Twój komentarz