Tagi: animacja kultury | wykluczenie
Nieprzypadkowy wycinek chaosu
5 stycznia 2012
Anna Czyżewska, Magdalena Szeniawska
Anna Czyżewska: Skończyłaś Instytut Stosowanych Nauk Społecznych, ale gdy ktoś Cię pyta, kim jesteś – w kontekście tego, czym się zajmujesz – co odpowiadasz?
Magdalena Szeniawska: Jestem pedagożką. Moja podstawowa praca to praca z dzieciakami z Brzeskiej. Zależy mi na ich wychowaniu, na jakiejś zmianie, która, chciałabym, żeby w nich zaszła.Skąd w ogóle pomysł na to, żeby zmieniać dzieciaki z Brzeskiej?
To był trochę przypadek, że w ogóle tam wylądowaliśmy. Był wernisaż w galerii na Brzeskiej. Drzwi były zamknięte od środka i trzeba było przez okienko się pokazać, żeby wejść. Musiała być barykada, bo dzieciaki z Brzeskiej były tak agresywne, że opluwały tych, którzy próbowali wejść do środka. Potem same tam wpadły. I dla nas z „Mierz Wysoko” to okazało się być ciekawe miejsce. Chcieliśmy zobaczyć, dlaczego one takie są.
A dlaczego dla mnie prywatnie? Niezwykłe jest pracowanie z dzieciakami z rzeczywistości przedkonsumpcyjnej. Dziś to się już zmieniło, ale trzy – cztery lata temu było inaczej. Wcześniej pracowałam z dzieciakami w różnych miejscach, na przykład na Stalowej [inna ulica na warszawskiej Pradze – przyp. A.Cz.] w teatrze. Tam dzieciaki często nie docierały, bo zostawały przed komputerem.
One też były z trudnych rodzin, były jakoś tam wykluczone, ale miały na tyle lepszą sytuację, że już nie musiały uciekać z domu. Miały komputer i Internet, więc przed nim siedziały. I to było zdecydowanie mniej wdzięczne. A dzieciaki z Brzeskiej tak chętnie reagowały na nasze działania, na nasze bycie tam. One niesamowicie chętnie nawiązują kontakt i dla mnie to przez wiele lat było taką supermotywacją.
Kiedy w lutym chodzimy oglądać rośliny nad brzegiem Wisły, to dzieciaki latają z mokrymi butami i spodniami mokrymi do kolan. I mimo to są zadowolone. Jak im się pokaże coś naprawdę fajnego, to one z tego nie zrezygnują dlatego, że im się nie chce, że mogą sobie siedzieć w domu i oglądać telewizję. Tylko po prostu wchodzą w to.
Zabierasz je nad Wisłę i pokazujesz im w lutym nadwiślański, warszawski brzeg. Na czym jeszcze polega twoja praca?
To, co im najbardziej chcę pokazać, to to, że mają alternatywę. Niech się dowiedzą, że jest inny świat. I żeby się go nie bały. Bo tak działa wykluczenie. Że czują, że nie mogą iść do kawiarni, bo jest zbyt ekskluzywna. A nawet jak już wejdą, to nie będzie tak, że obsługa będzie supermiła, tylko właśnie też się zdziwi, co to za dresiarz wszedł. Że czują, że to jest nie dla nich. Że zupełnie nie pasują.
Przez pierwsze dwa lata „Noc Muzeów” była nie z ich bajki. W ogóle z tego nie korzystały. Dziś dużo naszych dzieciaków chodzi do „Konesera” [Centrum Kultury „Koneser” – siedziba inicjatyw kulturalnych w dawnej wytwórni wódek na Pradze – przyp. A.Cz.]. Sprawdza, co się tam dzieje, koleguje się z ochroną. Zaczęły czuć, że to jest ich miejsce.
To nie jest tylko problem ekonomiczny, prawda?
Nie, zdecydowanie. Bo to nie chodzi już o to, ile się wyda. Tylko o zachowania. O to, czy znasz takie miejsca, czy nie. Czy wiesz, jak się w nich odnaleźć, o to, jak na ciebie patrzy obsługa. To się samo nakręca. Jak jesteś dresiarzem w dziurawych butach i wchodzisz niepewnie do „Czułego Barbarzyńcy” [księgarnia i klub w Warszawie – przyp. A.Cz.] i nie wiesz, co masz tam ze sobą zrobić, to obsługa na ciebie spojrzy, że chyba się pomyliłeś – i wyjdziesz.
Dzieciaki przychodzą z nami i po prostu uczą się tego, jak tam być. Biegają, skaczą, a my je zachęcamy, żeby to one gadały z obsługą, zamawiały. I na początku czują się bardzo niepewnie, w ogóle tego nie robią. Ale już za drugim czy trzecim razem czują, że to jest ich miejsce, już chcą tam jechać, są bardzo zadowolone. Sprowadzają tych, których tam jeszcze nie było, zagadują obsługę. A druga ważna rzecz to alternatywa. Żeby dzieciaki widziały, że można żyć inaczej. Że one mogą. I że każdy później wybierze coś dla siebie.
Na czym polega to wykluczenie, w którym one tkwią?
Moim zdaniem chodzi o poczucie inności, gorszości. Z jednej strony czują, że nie mogą gdzieś wejść, a z drugiej strony nie chcą, bo jak tam wejdą, to się będą czuły niepewnie. I jedyny sposób, żeby czuć się pewnie, to wejść jako silna grupa, razem zachowując się „źle” – przeklinając, bałaganiąc.
Przyjmują tylko jedną rolę?
Tak, przyjmują jedną rolę. Komuś z boku może się wydawać, że to jest obciach narobić chlewu w pizzerii. Ale jak siedzą w piątkę wszystkie razem i wszystkie się śmieją z tego, a nikt im nie zwróci uwagi, to one wydają się być tymi mocnymi. I czują się lepiej. Lepiej niż jakby poszły tam trzy osoby, starały się zachowywać w porządku, wypsnęły by im się dwa przekleństwa, a ktoś by się na nie spojrzał krzywo. Jak siedzą w piątkę i przeklinają cały czas, to nikt na nie nie spojrzy krzywo.
W jaki jeszcze sposób przygotowujesz je do życia w tym świecie, który jest poza Brzeską – gdzie obowiązują inne normy zachowania niż te z ich ulicy?
Podstawą są miejsca i ludzie. Żeby miały kontakt z różnymi ludźmi, widziały wiele miejsc. Ale istotne jest, jak się to robi. Z dziewczynkami na zakończenie ich projektu byłyśmy w supereleganckiej restauracji w hotelu „Marriott”. Dziewczyny na początku siedziały, były bardzo przestraszone, a potem „pokazały siebie”. Czyli ręczniki, które były do rąk, zaczęły sobie kłaść na twarz, do zdjęć pozowały z pokazywaniem „faka”, zaczęły biegać bez butów po tej restauracji.
Ale jest strasznie ważne, że one mogą to robić! Dzieciaki, które się wychowują w dobrych rodzinach i takich zasobnych, przeżywają ten etap w wieku czterech – pięciu lat, że sobie biegają po restauracji pod stołami, przestawiają różne rzeczy i czują, że ta przestrzeń jest ich.
A jeżeli tam wejdziesz, jak masz dwanaście czy trzynaście lat, to już musisz umieć tam być i już musisz siedzieć pod krawatem, i nie możesz poeksperymentować. Nie możesz zrobić swojej gafy, że jest ci siedem razy głupio podejść do pani kelnerki, ale za ósmym razem podejdziesz. Że nie wiesz, jak się zapytać i zapytasz się trzy razy głupio.
Ale przy kolejnej wizycie będziesz czuć się już na tyle pewnie, że zrobisz wszystko tak, jak trzeba. One muszą same eksperymentować. Elementem wykluczenia jest to, że zabierasz kogoś gdzieś, a potem mu pokazujesz, że nie umie się w tym miejscu zachować, że cały czas mu mówisz, czego ma nie robić. Nie akceptujesz go w tym miejscu. Trzeba je tam po prostu zabierać i pozwalać poeksperymentować. A jednocześnie akceptować, ale w taki sposób, by same czuły się w tym miejscu akceptowane.
Jak w ogóle wygląda wasze bycie na Brzeskiej, w tej lokalnej społeczności?
Naszą pracę zaczęliśmy od bycia tylko na ulicy. Przez osiem miesięcy animowaliśmy różne zabawy, biegaliśmy po murkach, bawiliśmy się w chowanego, skakaliśmy przez linę. Takie bardzo proste rzeczy. Czasami gdzieś wychodziliśmy, organizowaliśmy gry miejskie, których [uczestnicy] odwiedzali piekarnię czy szklarza. Byliśmy cały czas tam.
Na początku naszym celem było poznanie dzieciaków. Przełom nastąpił, kiedy Karolek zabrał jedną z nas, by zrobiła zdjęcia u jego mamy w domu. Któreś z dzieciaków chciało pokazać nam dom! I potem coraz częściej to się działo. Chcieliśmy też, żeby dzieciaki zmieniały coś pozytywnego u siebie w domu, w okolicy. Zachęcaliśmy je, żeby coś zrobiły. Namalowaliśmy wtedy razem wielki znak „ZWOLNIJ” na ulicy. Bo Brzeska to jednokierunkowa ulica z bardzo szerokimi poboczami. I tam dzieciaki bawią się centralnie na jezdni.
A co się zmieniło, kiedy zaczęliście prowadzić klub młodzieżowy?
Tu ważne jest, jak ja w ogóle rozumiem naszą pracę. To jest właśnie takie bycie w tej społeczności, a nie wchodzenie z hasłem: „macie tu beznadziejnie, pozmieniajcie tu wszystko”. Tylko drobnymi kroczkami, żeby zacząć się z nimi kolegować. Jak zaczynaliśmy prowadzić klub, to nie mieliśmy absolutnie nic. Nie mieliśmy dofinansowania na sprzęty w klubie, na wyposażenie. I bardzo nam pomagały dzieciaki i rodzice, szukając jakichś rzeczy na podwórkach.
Ten klub w efekcie nigdy nie był miejscem zewnętrznym, obcym. Przyszło jakieś bogate stowarzyszenie, które ma kasę i teraz tu będzie sypać i tutaj ma wypasiony klub, żeby było jeszcze fajniej dla tych dzieciaków i lepsze rzeczy. Tak nie było. Zawsze było wiadomo, że my biedujemy. W tym roku mieliśmy problem z prądem. Odcięli nam. Więc gdy organizowaliśmy piknik, to wraz z dzieciakami zastanawialiśmy się, czy kiełbaski na pikniku mają być płatne, czy nie, a Adrian (jeden z podopiecznych) mówi tak: „w zeszłym roku były za darmo, bo był prąd, w tym roku prądu nie ma, więc musimy zbierać pieniądze”. One naprawdę czują odpowiedzialność za to miejsce!
A jak pracujecie z rodzicami? Z tego, co mówisz, wynika, że jesteście też z rodzicami.
Dla mnie podstawą jest to, żeby ich przede wszystkim poznać. Rodziców. Staramy się, żeby dowiedzieli się pozytywnych rzeczy o dzieciakach. Bo oni zawsze słyszą najgorsze rzeczy od nauczycieli. Poza tym staramy się przekazywać swoje sugestie dotyczące metod wychowawczych, czy właśnie tego, co mogą robić z dzieciakami. W zeszłym roku była dziewczyna, pedagożka, która chodziła z jedną z mam na wywiadówki. I raz razem z nią była wyrzucona z tej wywiadówki, ponieważ mama zaczęła kląć, zrobiła aferę i ubliżała wychowawczyni. W takich momentach my też jesteśmy. Ale staramy się nie przekazywać pomocy bezpośredniej.
Zespół „Mierz Wysoko” to grupa pedagogów i pedagożek. Ale dołączają do was też wolontariusze.
Wolontariat z firm komercyjnych, z korporacji, ale też nauczyciele, pracownicy socjalni. Ci ludzie odkrywają tutaj totalnie inny świat. Bo jedno to jest kontakt z dzieciakami, kontakt z młodymi ludźmi, a drugie – to, że poznają zupełnie inne realia. Ja myślę, że dla nich olbrzymią wartość stanowi to, że ludzie, których normalnie się boją – takie wyrostki w tramwajach, ta „hołota” – to są po prostu dzieciaki, z którymi oni mogą pracować, mogą się dogadać, mogą pożartować. Że nie muszą bać się iść na Brzeską. I że ją trochę oswajają.
Tak samo jak dzieciaki świat. Przychodziła do nas Danusia, która jest nauczycielką, ale teraz pracuje już nie z uczniami, a z nauczycielami. Często wspomina, że dla niej wizyty na Brzeskiej to ważna lekcja. Tu może naprawdę „poczuć”, jakie są realia polskiej szkoły, jaką ma pracę polski nauczyciel i jak wygląda polski uczeń, który ma trudności. Ona, specjalistka od nauczania, miała trudności z wyjaśnieniem dwóm chłopakom matematyki. To jak ma to zrobić nauczyciel, który ma pięciu takich najtrudniejszych chłopaków i dwudziestu pozostałych biernych?
Jak z tą zmianą, której dokonujecie, radzą sobie mieszkańcy Brzeskiej?
Zmianę oni mało widzą. To nie jest tak, że dzieciaki się zmieniają. Na ulicy one muszą pozostać sobą. Ta praca dlatego idzie wolniej, jeśli tak to można nazwać, bo one, nawet jeśli nauczą się z nami komunikatu „ja”, to przecież nie powiedzą tego samego ani w domu, gdzie ojciec na nie „zakurwi”, ani na ulicy, gdzie muszą przeżyć. Najbardziej mogą to zauważyć rodzice, ale nie zobaczą wszystkiego.
Zmianę widzimy przede wszystkim my, pedagodzy. Tam kod kulturowy się nie zmienił. Nie zmienimy całej Brzeskiej. Widzę, jak się odnoszą ojcowie do dzieci. Idziemy na szczudłach, a oni podstawiają im nogi. Wyobrażasz sobie, żeby dorosły koleś, który stoi w bramie, zamiast powiedzieć, że fajnie iść na szczudłach, to swojej dwunastoletniej córce albo siostrzenicy podstawia nogę, żeby ona się wywróciła i się śmieje? A ona idzie na szczudłach! Ale zmiana… Dzieciaki są już bardziej bezpośrednie. Nie trzeba ich przekonywać, żeby to one wychodziły i pytały, żeby dzwoniły i pytały.
Inaczej też reagują na wolontariuszy. Kiedy przychodzi ktoś nowy do klubu, one mnie pytają: „kogo przyprowadziłaś?”. To ja mówię: „zapytaj się”. To działa. Czasem to wolontariusze przychodzą tacy niepewni, nieśmiali, nie wiedzą, jak mają się przedstawić. A dzieciaki przychodzą: „A kto ty jesteś? A jak masz na imię?”.
Dlaczego to robisz?
Przede wszystkim dla frajdy. Znaczy dla satysfakcji. Ja po prostu lubię pracować z dzieciakami. I z rodzinami też. Najbardziej chcę wspierać rozwój. Lubię patrzeć, jak one dorastają, uczą się. Patrzenie na rozwój – to mi zawsze sprawia frajdę. My z nimi robimy fotografię otworkową, jeździmy na monocyklu. One same tego nie wiedzą, ale robią rzeczy, które są trendy w centrum Warszawy. Dzięki temu, że robią fireshow, to będą miały o czym gadać ze swoimi rówieśnikami z dobrych szkół. Będą miały wspólne doświadczenia z dzieciństwa. Albo za pięć lat zapytają: „No co ty, nie żonglowałeś, nie jeździłeś na monocyklu, nie próbowałeś streetdramów, nie byłeś na warsztatach teatralnych i nie pływałeś z Przemkiem Paskiem o piątej rano łódką?!”.
A dlaczego ta Brzeska?
Mi się podoba to właśnie, że jest to teren tylko ulicy Brzeskiej, od początku do końca, nie licząc kawałka przy Carrefourze i przy szkole. Masz taką całość. To jest zamknięta społeczność i ty z nią pracujesz. Nie masz takiego poczucia, że pracujesz nad jakimś przypadkowym wycinkiem chaosu. I dla mnie jako dla socjolożki fajnie jest być w różnych środowiskach. To jest kłopot naszego społeczeństwa, że mamy alienację grup społecznych i że jesteś wyłącznie w swojej. A ja to naprawdę lubię, żeby być z różnymi ludźmi. To dla mnie ubogacające. Że wiem, jaka jest rzeczywistość. Ale też lubię tych ludzi, z którymi pracuję.
Celem działalności Stowarzyszenia „Mierz Wysoko” jest wspieranie młodych ludzi tak, aby mogli w pełni wykorzystywać swój potencjał i rozwijać swoje możliwości. W trakcie projektów i stałych działań, „Mierz Wysoko” rozwija w młodych ludziach poczucie własnej wartości i autorstwa w kierowaniu własnym życiem. Od 2007 roku Stowarzyszenie pracuje z dziećmi i młodzieżą na ulicy Brzeskiej na warszawskiej Pradze. W ramach działań stałych prowadzony jest Klub Młodzieżowy, zajęcia grup ulicznych oraz praca z lokalnym środowiskiem.
Tekst powstał w ramach projektu “Miasto oddolne” współfinansowanego przez m.st. Warszawa.

Projekt współfinansuje Miasto Stołeczne Warszawa
Anna Czyżewska - warszawianka i etnografka, związana ze Stowarzyszeniem Pracownia Etnograficzna.
Magdalena Szeniawska - pedagożka i socjolożka. Absolwentka Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW. Posiada wieloletnie doświadczenie w pracy z dziećmi z rozmaitych środowisk. Cztery lata temu trafiła na Pragę, gdzie codziennie spotyka ją nowa przygoda.
