Tagi: historia | miasto | migracja | pamięć | Warszawa | wywiad etnograficzny
Nie czuję się tutaj jak w domu
17 marca 2010
Krzysztof Cibor, Anne Deschka, Agata Diduszko-Zyglewska
Powiedziałaś mi kiedyś, że to w Polsce po raz pierwszy poczułaś, że jesteś Niemką. Co to znaczy?
Kiedy jedziesz za granicę, natychmiast czujesz, że jesteś „innym”. Czułam to, kiedy byłam w Hong-Kongu, ale wtedy nie miało znaczenia to, skąd dokładnie jestem. Tutaj to się staje o wiele bardziej dookreślone. Nie jestem skądkolwiek, jestem z Niemiec. To czasem objawia się konkretnie w rozmowie, ale zwykle nie jest aż tak oczywiste. Nie jest tak, że kiedy wchodzę do pokoju, w którym siedzą Polacy, jestem jakoś szczególnie traktowana. A jednak nauczyłam się podczas swojego mieszkania w Polsce, że w pewnych momentach to, że nie jestem z Hiszpanii czy Francji, ale właśnie z Niemiec, ma znaczenie. Zwykle chodzi o żartobliwe komentarze lub dowcipy, których jestem adresatką. Gdybym była z innego kraju, dany komentarz by nie padł. To mi nie przeszkadza, ale pobudza we mnie auto-percepcję: jestem Niemką i jestem postrzegana przez pryzmat tego faktu. Zanim tu przyjechałam, podczas podróży do innych krajów, to, z jakiego kraju sama pochodzę, nie miało dla mnie znaczenia. Nigdy nie zastanawiałam się, czym jest „niemieckość”, nie interesowałam się szczególnie kulturą niemiecką. W podróżach trzymałam się raczej z daleka od innych Niemców, bo nie definiuję siebie samej poprzez przynależność narodową. Jednak im dłużej jestem tutaj, tym bardziej czuję się wpychana w tę rolę – jestem przedstawicielką obcego narodu i w dodatku nie reprezentuję Anglii czy Francji, ale Niemcy. Trudno mi podać właściwe przykłady, ale często wyczuwam podteksty w niektórych rozmowach. Przykładem może być specyficzne utożsamianie się mojego chłopaka, kiedy rozmawiamy na tematy związane z czasem wojny. Zdarza się, że opowiada wojenne historie, kiedy chodzimy po mieście i wygląda to tak: „W tym miejscu Niemcy skopali nam tyłki”. Używa terminu „Niemcy”. Oczywiście, do pewnego stopnia jest to żartobliwe, ale podtekst jest jak najbardziej poważny. Mimowolnie tworzy granicę między nami. Ja należę do jednej strony, a on – do drugiej. Używa kategorii „my” i „wy”. Opowiadając o historycznych walkach zawsze używa terminu „my” – to znaczy Polacy brutalnie traktowani przez Niemców. Ja nigdy nie użyłabym kategorii „my” w tym kontekście. Powiedziałabym: „to zrobili Niemcy”, ale nigdy nie powiedziałabym „my to zrobiliśmy”. Nie czuję się tak bezpośrednio związana z historią. Dla niego to nie ma znaczenia – lubi mnie, wiedział, że jestem Niemką, kiedy się poznaliśmy. To nie była niespodzianka [śmiech], która wyszła na jaw później. Jednak to nie dotyczy tylko jego. W wypadku innych osób jest tak samo – w trakcie rozmów o wojennej przeszłości Warszawy pojawia się termin „my”. To się zdarzyło nam. Wtedy zwykle myślę: cóż, ja nie jestem częścią tego „my”, ja jestem po stronie tych, którzy zrobili to „wam” – wam, to znaczy tej dużej grupie ludzi, z którą się identyfikujecie. Uświadamiam sobie, że jestem po stronie wroga, agresora – odziedziczyłam tę rolę. To nie ma znaczenia w życiu codziennym, ale kiedy rozmawiamy na tematy historyczne, to ustawianie się po którejś stronie barykady wydaje się dla rozmówców oczywiste. Może to nawet nie jest do końca świadome. Te sytuacje zdarzają się często. Muszę przyznać, że nigdy nie usłyszałabym czegoś takiego od nikogo z moich niemieckich przyjaciół. Kiedy rozmawiamy o historii, nikt nigdy nie używa kategorii „my”. To skutek pewnej zmiany pokoleniowej. My nie utożsamiamy się z historią narodową, tylko ze swoimi osobistymi historiami.
No cóż, po prostu łatwiej i przyjemniej utożsamiać się z pozytywnymi bohaterami niż z czarnym charakterem, a Niemcy odegrali tę drugą rolę podczas wojny. Na tej samej zasadzie, my nie utożsamiamy się z donosicielami, którzy wydawali Żydów i ze szmalcownikami – w tym kontekście nigdy nie pojawia się kategoria „my”.
W Niemczech Wschodnich, gdzie się wychowywałam, była cała polityka edukacyjna, mająca na celu oczyszczenie nauczania z historycznych implikacji. Rok czterdziesty dziewiąty był nowym, wielkim początkiem. To miał być nowy kraj i nowy rodzaj Niemców. Wtedy oczywiście jeszcze mnie nie było. A kiedy chodziłam do szkoły, byłam zbyt naiwna, żeby zdawać sobie sprawę z istnienia jakiejś polityki edukacyjnej, która różniłaby się w dwóch częściach Niemiec. Przyjeżdżając tutaj, sądziłam, że łączy mnie z Polakami przede wszystkim to samo doświadczenie komunizmu – że to będzie coś, co pozwoli mi gładko wejść w społeczeństwo, że uzyskam łatwy odzew. Okazało się, że to iluzja. Mój chłopak, Michał, powiedział: „Nie możesz oczekiwać, że będę traktował cię jak kogoś, kto dzieli ze mną to doświadczenie, bo to nieprawda”. Okazało się, że Niemcy Wschodnie były postrzegane z Polski zupełnie inaczej, niż sądziłam. Ja, jako Niemka ze wschodu, nie byłam postrzegana przez pryzmat doświadczenia komunizmu, ale wciąż w kontekście czasów nazistowskich. Nie czuję się w ogóle osobiście związana z tym tematem. Moi dziadkowie zmarli, zanim się urodziłam. Nie miałam okazji zapytać o nic żadnego członka mojej rodziny, bo moja mama wychowywała mnie samotnie i nie miała żadnych krewnych płci męskiej. Byłyśmy tylko we dwie. Nigdy nie miałam w ręku żadnych zdjęć ani informacji dotyczących historii rodziny. Dla mnie historia rodzinna zaczęła się z moimi narodzinami. W każdym razie w Polsce moje doświadczenie komunizmu zostało odrzucone i to, do czego moglibyśmy się wspólnie odnosić, to były czasy nazizmu. Sądzę, że Niemcy wciąż potrzebują czasu, żeby pogodzić się z tym historycznym bagażem. Z drugiej strony widzę coraz młodsze pokolenia berlińczyków – część z nich nie wie nawet, co to jest mur berliński. Mówię im: „Musicie się tego dowiedzieć, to część waszej historii”. Ale potem reflektuję się, że przecież ja sama odcinam się od części historii, tej związanej z narodowym socjalizmem. W Polsce jestem w pewien sposób zmuszona do skonfrontowania się z tym tematem – zwłaszcza w Warszawie, która ma bogatą historię poniesionych ofiar. To wszystko jest prezentowane w przestrzeni publicznej – te wszystkie kwiaty, tablice, groby. Na każdym kroku dowiadujesz się, co Niemcy tutaj zrobili, jak okrutnie się zachowywali. Oczywiście to jest wstrząsające. Zawsze zastanawiam się: jak mogli to zrobić? Ale nie myślę: jak Niemcy mogli to zrobić, tylko jak ci ludzie mogli to zrobić innym ludziom.
Warszawa rzeczywiście jest miastem pełnym śladów wojny, ale zastanawiam się, czy to ma jakieś znaczenie w twoim życiu codziennym tutaj – w relacjach związanych z codziennymi czynnościami.
Na przykład kiedy siedzę w metrze albo w autobusie i czytam książkę, która jest napisana po niemiecku i siada koło mnie starsza osoba, to mam ochotę zamknąć tę książkę i ukryć fakt, że jestem Niemką. Może jest w tym pewna przesada. Nie chodzi mi o to, że taka osoba mogłaby żywić do mnie jakieś negatywne uczucia, ale mam obawę, że być może język niemiecki mógłby obudzić w niej jakieś okropne wspomnienia. To dotyczy oczywiście tylko starych ludzi. Czasem ktoś na przystanku pyta mnie o coś. Nie mówię po polsku, więc często pytają, skąd jestem. Odpowiadam, że z Niemiec – to jedna z kilku rzeczy, które umiem już powiedzieć po polsku. Nigdy nie jestem pewna, jakie wzbudzam w nich uczucia. Oczywiście nikt nie zachowuje się agresywnie, ale ja czuję lekki niepokój związany z tym, co może się dziać w ich głowach.
Czy ten niepokój wynika z jakichś doświadczeń?
Nie, ale wyobrażam sobie, że jeżeli dana osoba przeżyła tutaj czas wojny albo podczas wojny ucierpiał ktoś z jej rodziny, to taka osoba może odczuwać niechęć do kontaktów z przedstawicielem mojego narodu. Wiem, że dla większości ludzi to nie ma znaczenia. Ale na przykład dziadek mojego chłopaka zna niemiecki, a jednak nigdy nie używa tego języka w kontakcie ze mną. Nie możemy porozumieć się inaczej, więc zwykle nie rozmawiamy. Kiedy zostajemy sami, on woli milczeć niż zapytać mnie o coś po niemiecku. Rozumiem to w ten sposób, że być może używanie tego języka mogłoby ożywić jakieś bolesne wspomnienia z tamtych czasów. Może jest tak, że za bardzo się tym przejmuję, ale te myśli przychodzą mi do głowy, kiedy siadam naprzeciwko starszej osoby, która dowiaduje się, że jestem Niemką. Nie wiem, czy sprawia im różnicę to, że nie jestem z Francji albo z Hiszpanii. Nie wiem, co się dzieje w ich głowach, kiedy dowiadują się, że jestem Niemką. To jest interesujące. Do tej pory nie miałam żadnych złych doświadczeń w związku z tą kwestią. Po prostu czuję, że rezygnacja z postawy naiwnej oznacza okazanie szacunku wobec tych doświadczeń.
Nie sądzisz, że to żarty twoich polskich znajomych dotyczące czasów wojennych budują w tobie tę nadwrażliwość na pewne kwestie i poczucie winy?
Oczywiście te żarty stanowią dla mnie pewną codzienność tutaj, ale kiedy wychowujesz się w Niemczech, to masz świadomość historycznej odpowiedzialności, która na tobie spoczywa. Uczysz się historii i masz świadomość, że to, co zdarzyło się sześćdziesiąt lat temu, wciąż ma znaczenie dla wielu osób. Sześćdziesiąt lat to niewiele czasu. Dlatego zdawałam sobie sprawę z tych spraw również przed poznaniem mojego chłopaka. Nie mieszkając tu byłabym równie wyczulona w kontakcie ze starszymi osobami z Polski albo z Izraela.
Czy przed pierwszą podróżą do Polski spodziewałaś się tego doświadczenia utożsamienia ciebie z wojennym najeźdźcą?
Nie. Chociaż to teraz wydaje się absurdalne, myślałam tylko o łączącym nasze kraje wspólnym doświadczeniu komunizmu. Do tej pory pamiętam, jak na geografii nauczycielka rysowała nam „granicę pokoju” między naszymi krajami. Było dla nas jasne, że wszystkie kraje na wschód od nas są bratnie. Sama jestem tym teraz zaskoczona. To było prawdziwe pranie mózgu. Miałam silne poczucie przynależności do grupy państw postkomunistycznych. To był właściwie pierwszy powód mojego przyjazdu do Polski. Robiliśmy badania na temat kultury w krajach postkomunistycznych. Sądziłam, że zobaczę tutaj inny wariant tego samego doświadczenia. Jednak sytuacja okazała się zupełnie inna. Tutaj nie miało znaczenia, czy jestem z Niemiec Wschodnich, czy Zachodnich – byłam po prostu z Niemiec. To była niespodzianka, ale do pewnego stopnia mogłam sobie to wytłumaczyć. Chociaż nie wszystko. Kaczyński jakiś czas temu chciał, żeby w jakiejś sprawie w Unii Europejskiej głosy Polski były inaczej liczone, chciał brać pod uwagę głosy osób, które zginęły podczas wojny. Tego nie mogę zrozumieć. To śmieszne. Nie spodziewałam się, że będę tu traktowana jako przedstawicielka narodu, który skrzywdził naród polski, ale mogę zrozumieć taki stosunek.
Czy to narzucenie ci niemieckiej tożsamości ma też jakieś pozytywne skutki dla ciebie?
Dobre pytanie. Wcześniej zawsze postrzegałam siebie jako Niemkę wschodnią, a nie po prostu Niemkę. Zresztą zawsze lubiłam i chciałam otaczać się ludźmi różnych kultur i różnych narodowości. Kraj pochodzenia nie miał w tych środowiskach żadnego znaczenia. Sama nie wiem, czy bycie wtłoczonym w swoją narodowość może mieć jakieś pozytywne, istotne skutki w moim wypadku. Moja świadomość własnej tożsamości poszerzyła się, ale jak na razie nie wiem, co mogłabym z tym zrobić, jak to wykorzystać. Tak naprawdę to nie ma dla mnie znaczenia czy jestem Niemką, czy Francuzką, czy kimkolwiek innym. Zdarzyło się tak, że urodziłam się akurat tam, gdzie się urodziłam. Na pewno zdefiniowało mnie to, że urodziłam się akurat we wschodnich Niemczech i być może nad tym doświadczeniem chciałabym się znowu zastanowić. To jest dla mnie bardziej istotne niż ogólne refleksje nad moją tożsamością niemiecką.
A jak postrzegasz Warszawę poza kwestią niemiecko-polską? Czy to jest miasto otwarte wobec obcokrajowców?
Mieszkam tu od ponad roku. Właściwie krążę między Warszawą a Berlinem, ale większość czasu spędzam tutaj. Nie czuję się tutaj jak w domu. Do tego trzeba czasu i konkretnych spraw, które muszą zaistnieć. Ja przyjeżdżam tylko z powodów osobistych i nie czuję się częścią społeczności Warszawy. Do pewnego stopnia sama ustawiam się na tej pozycji, sama zachowuję dystans. Nie mieszkam w Warszawie dlatego, że to było miasto moich marzeń i decyzja, czy chcę tu być, wciąż jest przede mną. To powstrzymuje mnie od integracji. Tu nie chodzi o żadną gettoizację, ale nie inwestuję w to miejsce, bo nie jestem pewna, czy to ma sens. Dlatego nie czuję, że jestem na marginesie, ale na pewno nie jestem zintegrowana. Mam przyjaciół obcokrajowców. Wszyscy są świadomi istnienia pewnych granic, których nigdy nie przekroczymy, ale są różne poziomy integracji. Mam kolegę z Etiopii – otworzył tutaj mały sklep i ożenił się z Polką. To jest teraz jego życie. Nie nazywa tego miejsca domem, ale czuje się tu dobrze. Ma przyjaciół i tak dalej. Zbudował sobie coś porównywalnego do sytuacji, którą chciałby mieć w domu. Ma o wiele mniej kłopotów i wątpliwości związanych z integrowaniem się niż ja. Sądzę, że to po prostu kwestia indywidualna. To nie zależy od miasta i ludzi tutaj. Uważam, że warszawiacy są bardzo otwarci, chociaż Warszawa nie jest miastem wielokulturowym. Możliwości podjęcia pracy czy komunikowania się, o ile nie zna się polskiego, są tu niewielkie. Żeby tu pracować, trzeba znać płynnie polski. To oznacza, że ja nie mogę znaleźć pracy w swojej dziedzinie. Dla mnie to jest podstawowy wskaźnik wielokulturowości miasta.
Tłumaczenie: A. Diduszko-Zyglewska
Krzysztof Cibor - absolwent Katedry Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, urodził się i wychował na prawym brzegu Wisły. Rowerzysta.
Anne Deschka - 29-LETNIA NIEMKA MIESZKAJĄCA W WARSZAWIE.
Agata Diduszko-Zyglewska - animatorka kultury, dziennikarka, prezeska stowarzyszenia pasaż antropologiczny,członkini inicjatywy warszawa 2020 oraz warszawskich obywateli kultury