Tagi: antropologia | zaangażowana
Nasze grono
15 marca 2010
Zaproszona do udziału w Opcitowej debacie „o polskiej antropologii i jej zaangażowaniu społecznym” przeczytałam sumiennie wszystkie dotychczasowe głosy i doszłam do wniosku, że właściwie wszystko, co ważne, zostało już powiedziane.
Szczególnie bliska jest mi perspektywa antropologii krytycznej zaprezentowana przez Michała Buchowskiego. W istocie nie jest rolą antropologów wygodne sadowienie się w dominującym kulturowym dyskursie, lecz branie strony marginalizowanych, nieważnych, ośmieszonych. Poza tym w pełni identyfikuję się z tezą Barbary Fatygi, że „nie ma ludzi (ani wsi) nieważnych i nieciekawych”, nie ma nieznaczących problemów. No i wreszcie nawoływanie Moniki Baer do „rezygnacji z pojmowanej stabilnie tożsamości [antropologów] i przyzwolenie na znacznie mniej stabilną pluralistyczną wspólnotowość”, to podejście, z którym nie sposób się nie zgodzić, choć może dobrze byłoby delikatnie zaznaczyć podstawy tej wspólnotowości.
Wschodnioeuropejscy antropolodzy
Na początek chciałabym się podzielić kilkoma uwagami w kwestiach „fundamentalno-tożsamościowych” i „uzusowych”. Kilka lat temu sformułowałam pewną autoironiczną definicję wschodnioeuropejskich antropologów. Byliby to mianowicie ci spośród etnografów i socjologów, którzy mówią po angielsku. (Z jednym wyjątkiem: Ludwika Stommy). Moja definicja choć żartobliwa, zawiera jednak pewną prawdę: istnieje konieczność odnoszenia się do brytyjsko-amerykańskiej tradycji antropologicznej.
W debacie Opcitowej zauważam z kolei pewne „przemianowanie” dyscyplinarne: etnografia=etnologia=antropologia, a oprócz tego czasami mowa jest jeszcze o jakichś socjologach, kulturoznawcach, literaturoznawcach itp., którzy się uważają za antropologów. Jeden z najmniej wątpliwych, a może raczej „najbardziej niewątpliwych” polskich antropologów, Wojciech Burszta, który napisał kilka książek ze słowem „antropologia” w tytule, nazwał mnie przy jakiejś okazji właśnie „panią socjolog z Krakowa”.
Z kolei jako pilna (choć niestety niezbyt częsta) uczestniczka konferencji Sekcji Antropologicznej Polskiego Towarzystwa Socjologicznego konstatowałam ze zdumieniem, że ich uczestnicy niezwykle rzadko powoływali się na jakąkolwiek literaturę antropologiczną, co zresztą martwiło nie tylko mnie, ale i Mariana Kempnego, wieloletniego przewodniczącego tej sekcji.
Jednocześnie nieśmiało chcę przypomnieć (przepraszam, Michale, że znów o tym mówię), iż w czasach głębokiej komuny istniała jedna jedyna instytucja na wschód od żelaznej kurtyny, która miała interesujące nas słowo w tytule, był to mianowicie Zakład Antropologii Społecznej w Instytucie Socjologii UJ założony przez Andrzeja Palucha, dziedzica Andrzeja Waligórskiego.
W okresie poprzedzającym krakowską konferencję Europejskiego Stowarzyszenia Antropologów Społecznych w 2000 roku dużym nakładem energii organizowałam spotkania Seminarium Antropologicznego, które w założeniu miało zintegrować krakowskie środowisko antropologiczne. Pamiętam świetne wystąpienia Michała Buchowskiego, Włodzimierza Pawluczuka czy Jerzego Jarzębskiego. Niestety, nikt mi w tym mozole nie pomógł i sprawa zaraz po konferencji upadła.
Zostawiam już na boku problem rozumienia terminów „antropologia społeczna” i „antropologia kulturowa”. Jeszcze do niedawna pierwsza łączyła się z tradycją brytyjską, a druga – amerykańską. Ale teraz?
Żeby się jakoś poruszać w tej naszej wspólnotowości, może jednak warto byłoby określić jakąś definicję minimalną antropologii. Na przykład: badanie kultury + obserwacja uczestnicząca (Dariusz Czaja się na pewno nie zgodzi).
Europejskie Stowarzyszenie Antropologów Społecznych
Skoro już mowa o EASA, to może warto byłoby spojrzeć na polską antropologię z tej perspektywy. Otóż w czasie czterech lat, kiedy pracowałam dla tej organizacji, starałam się reprezentować interesy wschodnio-europejskich badaczy, ale także analizować przyczyny stosunkowo słabego ich głosu w naukowej debacie toczącej się w jej ramach. Przeliczyłam, na przykład, ile artykułów antropologów ze wschodu opublikowało w czasie swej kilkunastoletniej historii pismo tej organizacji, „Social Anthropology”. Było ich raptem trzy oraz kilka recenzji (i nie wynika to z odrzucania tych tekstów przez recenzentów, ale po prostu z braku ofert, co wiem od redaktorów tego pisma). Niezwykle rzadko wschodnioeuropejscy antropologowie pojawiają się wśród autorów prac zbiorowych sygnowanych marką EASA. Z Polaków byli to jak do tej pory (o ile wiem) jedynie Marian Kempny i Michał Buchowski.
Z drugiej strony, często uczestniczymy w konferencjach: prowadzimy sesje i wygłaszamy referaty. Ale nie publikujemy. Należałoby się zastanowić nad tym problemem. Na pewno pewną rolę odgrywa ekonomia wysiłku. Nasz sposób pisania jest inny niż tam obowiązujący, i nie chodzi mi tutaj tylko o angielszczyznę oczywiście. Poza tym interesujemy się często innymi problemami niż nasi zachodni koledzy i koleżanki. Inne kwestie przyciągają naszą uwagę, bo z innymi problemami spotykamy się w naszej pracy terenowej, ale także nie reagujemy skwapliwie na intelektualne mody panujące w antropologicznym centrum. Na szerszym forum pojawiamy się, gdy trzeba dostarczyć danych dotyczących naszych terenów, ale raczej sami nie formułujemy kwestii teoretycznych. Michał Buchowski wiąże to wszystko z istnieniem „hierarchii wiedzy”, w której nasze dokonania zajmują raczej mizerną pozycję. Ja z kolei na forum EASA stawiałam tezę o dominacji brytyjskiego sposobu pisania, który wypycha nas poza margines. Moi koledzy i koleżanki albo się obrazili, albo protekcjonalnie skwitowali moje argumenty o znaczeniu dyskursu tezą, że jak się jeszcze trochę nauczymy, to na pewno będziemy potrafili tak pisać, żeby nas drukowano. Bez względu na to, jak bardzo byłoby irytujące takie stawianie sprawy, jest ono prawdziwe. To my się będziemy musieli dostosować.
Aby zapełnić tę lukę, powstaje książka pod redakcją Laszlo Kurtiego i Petra Skalnika Post-socialist Europe. Anthropological Perspectives from Home (Berghann Books, Oxford). Mam nadzieję, że jak już wreszcie się ukaże, będzie ważnym głosem w antropologicznej debacie. Inicjatywa publikacji zrodziła się z przekonania wielu wschodnio-europejskich antropologów i antropolożek, że ich zachodni koledzy i koleżanki badający tę część Europy nie zawsze są w stanie dotknąć najważniejszych spraw czy zdać sobie sprawę z ich skomplikowania. Mam nadzieję, że ta książka nie tylko ukaże ważne problemy, ale także ujawni spore grono lokalnych badaczy, którzy są w stanie podjąć się ich przedstawienia.
Antropologowie w mediach
Jednym z problemów poruszanych w dotychczasowej Opcitowej debacie był brak głosu antropologów w polskich mediach. Jako kontrprzykład podawano nadreprezentację socjologów. Otóż nie wiem, czy jest czego zazdrościć. Czy możemy powiedzieć, że socjologowie mają wolny dostęp do mediów i mogą mówić, co chcą? A nawet jeżeli tak, to czy to, co mówią, powoduje podwyższanie jakości debaty publicznej w Polsce? Czy jest sens ubolewać nad tym, że w notatnikach dziennikarzy nie ma adresów antropologów?
Przyjrzyjmy się obecności socjologów w telewizji. Czy można cokolwiek sensownego powiedzieć w pół zdania? Nie można, to wie każda z tych osób, które się tam pojawiają. Te pół zdania, które wycięto z wypowiedzi danej osoby ma przede wszystkim podeprzeć autorytetem nauki koncepcję (może używam tu zbyt wielkiego słowa, ale niech będzie) dziennikarza opracowującego program. Nie chodzi zatem o to, żeby mówić coś mądrego, ale żeby się pokazać i żeby pod spodem było napisane: „Taki a taki, socjolog”. Jest to rodzaj handlu wymiennego: wy mnie użyjecie do swoich celów, a ja was do swoich. Strona medialna dostaje legitymizację swych pomysłów, a strona naukowa tzw. obecność medialną. Nie chodzi tu jedynie o zaspokojenie zwykłej ludzkiej próżności (choć i o nią pewnie także), ale przede wszystkim o to, aby podwyższyć znaczenie (cenę) swej osoby na wolnym rynku ekspertyz, zleceń czy wykładów.
Mechanizm ten zakłada, że osoby ,które mówią coś w telewizji i są podpisane: „Socjolog”, wypowiadają się jako eksperci. Można się spodziewać, że na dany temat zrobili swe własne badania lub znają bardzo dobrze badania innych, ewentualnie sformułowali własną teorię. Niestety, bardzo często się zdarza, że panowie i panie mówią w telewizji o sprawach, na temat których nie mają takiej eksperckiej wiedzy, ale zupełnie nie przeszkadza im to w formułowaniu twierdzeń (w pół zdania w dodatku).
Podam przykład z dziedziny, co do której dysponuję dość rzetelną wiedzą. Chodzi o krakowski Marsz dla Tolerancji dwa lata temu i związany z nim kulturowy konflikt, który analizowałam (tekst powinien się ukazać za jakiś czas w „Studiach Socjologicznych”). Wtedy media przedstawiały całe wydarzenie jako „prowokację homoseksualistów”. Z kolei w tegorocznym Marszu widziano przede wszystkim „nakręcające się agresje” obu stron konfliktu. W dzień wydarzeń krakowskich w wieczornej „Panoramie” pojawił się prof. Zbigniew Nęcki, który autorytatywnie stwierdził, że tak właśnie jest: agresja jednych napędza agresję drugich. Może ogólnie to jest zdanie prawdziwe, ale w konkretnej sytuacji, której miało dotyczyć, niekoniecznie. Bardzo dobrze pamiętam tegoroczny Marsz: atak kontrdemonstrantów w okolicach filharmonii i bezradne chronienie się uczestników Marszu pod tęczowymi parasolkami, a także sytuację pod koniec „imprezy” pod pomnikiem ziejącego smoka. Stała tam grupka Młodzieńców Wszechpolskich (obojga płci) ze swoimi proporcami, wykrzykująca hasła i udzielająca wywiadu niemieckiej telewizji, gdy obok stali spokojnie uczestnicy Marszu i kończyli swą demonstrację. Nie widziałam natomiast prof. Nęckiego.
Uważam, że antropologowie powinni się wystrzegać tego rodzaju obecności w mediach. Nie znaczy to, że nie mają w ogóle zabierać głosu. Wręcz przeciwnie. Swoją wiedzą i wrażliwością spoza dominującego dyskursu mogą wiele wnieść do toczących się na łamach poważnej prasy debat. Jednym z przykładów tego typu działalności jest głos prof. Joanny Tokarskiej-Bakir w sprawie Jedwabnego.
Jednak musimy pamiętać, że media rządzą się swoimi prawami i nasz w nich udział może spowodować, że wytworzy się coś w rodzaju „pop-antropologii”. Nie jestem pewna, czy byłaby to ewolucja we właściwym kierunku (szczególnie gdy miałaby oznaczać powierzchowność i nierzetelność).
Zatem może najpierw podyskutujmy we własnym gronie. Zapraszajmy się na konferencje, wymieniajmy informacjami. Stwórzmy jakąś listę dyskusyjną lub przynajmniej jedną stronę internetową z wolnym dostępem.
(op.cit.,) nr 30-31 (3-4/2006)
Grażyna Kubica - PRACUJE W ZAKŁADZIE ANTROPOLOGII SPOŁECZNEJINSTYTUTU SOCJOLOGII UJ. AUTORKA KSIĄŻEK LUTERANIE NA ŚLĄSKU CIESZYŃSKIM I SIOSTRY MALINOWSKIEGO, CZYLI KOBIETY NA POCZĄTKU XX WIEKU; W LATACH 2000-2004 ZAKŁADAŁA EXECUTIVE COMMITTEE EUROPEAN ASSOCIATION OF
SOCIAL ANTHROPOLOGISTS