Tagi: antropologia polityczna | mniejszości | nacjonalizm | tożsamość
Narodowy Spis Performatywny
12 maja 2011
Potężne szare volvo mkną szosą przez las. Każdy z samochodów ciągnie za sobą małą pękatą przyczepkę, która wkrótce na klika długich dni i nocy zamieni się w bazę wypadową i mieszkanie badacza. Ten natomiast, w godzinach pracy, zasiądzie na obserwacyjnym krześle, tak wysokim, że wchodzi się na nie po specjalnie skonstruowanej drabince, w mieszkaniu wybranej osoby, by spisać dane na temat jej wyznania, pochodzenia, zarobków i planów życiowych oraz inne równie ciekawe informacje.
Chociaż podobnie zaczyna się znakomity film Historie Kuchenne (należący według mnie do klasyki kina etnograficznego), to tym razem akcja rozgrywa się poza kinowym ekranem. Zdaję sobie sprawę, że nie ja pierwszy i nie jako jedyny chwyciłem za pióro na wiadomość o Narodowym Spisie Powszechnym.
Zabrali już głos niewierzący, że spis nie przewiduje dla nich miejsca, i patriarchowie którzy wezwali wiernych, by nie zapomnieli o swojej wierze przed urzędnikiem. Odezwali się Kaszubi, Łemkowie, Niemcy, Słowianie i Ślązacy. W przypadku tych ostatnich identyfikacja stała się nawet gestem w walce z liderem pewnej partii i wznoszonymi przez niego hasłami. Pojawiły się także głosy mniej związane z partyjnymi rozgrywkami – jak ten, by wzorem rycerzy Jedi, którzy „ujawnili” się w spisach krajów angielskojęzycznych, zdeklarować się jako przedstawiciele Dúnadainów z tolkienowskiej trylogii.

Spis Powszechny w 1925 r. (USA)
Tak rozmaita reakcja na spis już sama w sobie stanowi świetny temat do antropologicznych poszukiwań. Ja jednak chcę się skupić tylko na jednym, „banalnym” zagadnieniu.
Banalny nacjonalizm
Mapa prognozy pogody w codziennej gazecie, godło narodowe na banknotach i mundurze funkcjonariusza, flaga powiewająca na dachu urzędu, ale również poświęcenie pierwszych minut telewizyjnych wiadomości na informacje krajowe czy poszukiwanie rodaków, którzy nieopatrznie znaleźli się w centrum tragicznych wydarzeń na drugim końcu świata (np. w Egipcie czy Japonii) – te wszystkie przypadki doświadczenia potocznego, które Michael Billig nazwał banalnym nacjonalizmem.
Słowo nacjonalizm wywołuje w języku polskim różne skojarzenia. Potocznie to postawa umiłowania ojczyzny, pełna jednak ksenofobii często popartej czynną agresją – jednym słowem zwyrodniała wersja szlachetnego patriotyzmu. Rozumienie takie jest na tyle rozpowszechnione, że często pojawia się również w publikach naukowych czy popularnonaukowych. W literaturze anglosaskiej, reprezentowanej między innymi przez wspomnianego autora, pojęcie nacjonalizm ma jednak nieco szersze znaczenie. Okazuje się, że nacjonalizm to nie tylko wulgarne zachowanie i przemoc, to nie tylko polityczny margines, ale przede wszystkim szeroko rozpowszechniona ideologia, wiara w naród, czyli wspólnotę wyobrażoną na podstawie wspólnego języka, kultury, krwi, religii czy historii.
Żeby zbytnio nie upraszczać wypada przypomnieć, że istnieją różne teorie tworzenia i organizowania się narodu. I tak włosko-niemiecki model nacjonalizmu zakłada potrzebę zjednoczenia małych etni w jedno silne państwo narodowe natomiast w modelu francuskim powstanie wspólnoty narodowej jest dobrowolną ekspresją obywateli. Obok takich konstruktywistycznych teorii istnieje również pogląd prymordialistów o naturalnym pochodzeniu narodu. Jak pokazuje historia, niezależnie od genezy, cechą wspólną wszystkich narodów jest uznanie siebie samych za najwyższe dobro w sferze polityki, traktowanie swoich spraw za najważniejsze i głoszenie solidarności wszystkich grup społecznych.
Codzienny demon
Benedict Anderson podkreśla, że nacjonalizm jest więc nie tyle ideologią polityczną, ile rodzajem zjawiska społecznego, które (podobnie jak religia czy pokrewieństwo) każe obcym sobie ludziom poczuć pewną niezwykłą wspólnotę i na tle innych tożsamości wartościować ją zdecydowanie dodatnio. Takie myślenie i odczuwanie prowadzi do tego, że (proszę mi wybaczyć tak stereotypowe przykłady) notoryczny krajowy gangster czy poseł seksista i malwersant stają się nam bliżsi niż Gruzin czy Somalijka oczekujący właśnie na status uchodźcy albo – wracając do wcześniejszych przykładów – los polskich turystów w Egipcie interesuje mnie bardziej niż przyszłość tamtejszych rebeliantów. Taki dyskurs nie jest niczym wyjątkowym – i jak zauważyłem, obecny jest również wśród zdawałoby się pluralistycznie nastawionych antropologów.
Okazuje się, że nacjonalizm wcale nie jest jakimś czającym się gdzieś daleko demonem, ale całkiem realnym problemem dnia dzisiejszego i wydaje się być wciąż żywy „nawet w Europie”. Wystarczających przykładów dostarcza tu żyjąca mitem oświeceniowej rewolucji Francja, a także Szwajcaria – niespełniony sen byłej już Jugosławii.
W pierwszym przypadku naród otoczył się filtrem laickości i pod pozorem pilnowania dziedzictwa europejskiej kultury nie dopuszcza do swojej wspólnoty obcych elementów. W drugim przypadku okazało się, że obok żyjących w sielance Niemców, Francuzów i Włochów są jeszcze choćby wędrowni Jenisze, których jako „chorych umysłowo” jeszcze do niedawna próbowano się pozbyć. Niezależnie więc od tego, jak piękne wznosi hasła i do jakich wielokulturowych tradycji się odwołuje, wspólnota narodowa zawsze jest zamknięta, czyli wrogo nastawiona do innych, do tych spoza.
Zależnie do sytuacji taka postawa może przybierać różne formy – czasem jest to „tylko” szczelne zamknięcie granic, czasem wyrzucenie z pracy tych „o ciemniejszym kolorze skóry”, czasem podpalenie domu, w którym mieszkają ci obcy. (Należy przy tym pamiętać, że szczególnie w czasie kryzysu wspólnota nie ma litości dla mniejszości.) Z drugiej strony mniejszość jest potrzebna wspólnocie do budowania poczucia swojej wielkości.
Spis wykluczający
Spis ludności oprócz tego, że jest powszechnym podglądaniem z drabinek, jest również jednym wielkim aktem banalnego nacjonalizmu. Rubryka z narodowością nie zajmuje dużo miejsca w formularzu i jeżeli nie należy się do żadnej z mniejszości, nie trzeba zadawać sobie zbędnego trudu przy jej wypełnianiu. Jej działanie jest podobne jak w przypadku mieniącego się na monecie narodowego godła czy czytanych w napięciu (choćby były najbardziej nudne) wiadomości z kraju. Jest to ciche, wykonane kolejny raz potwierdzenie swojej przynależności do narodu, ale tym samym również zgoda na wykluczenie z niego innych – tych, którzy do tu obecnych symboli takiego znaczenia nie przywiązują.
Budowanie narodowej wspólnoty zawsze będzie polegało na bezustannej kontroli: czy aby nie mamy tu obcego, czy inni nam nie zagrażają. Przymierzając się do napisania powyższego artykułu, zastanawiałem się, czy aby na pewno ma to sens, czy zostanę dobrze zrozumiany. Czy nie wystarczyłby apel o rzetelne potraktowanie problemu tożsamości przez badaczy, o niebadanie ankietą, ale długie nocne rozmowy – dokładnie takie, jakie prowadził Folke Nilson z Isakiem Bjorvikiem, o zwrócenie uwagi na „wyższość metody antropologicznej nad socjologiczną”?
Ale co innego skłoniło mnie do napisania tego tekstu: otóż uważam, że spis powszechny jest znakomitym momentem wykonania małego zaangażowanego zwrotu performatywnego. Naród jako wspólnota wyobrażona istnieje dzięki codziennym przedstawieniom, drobnym praktykom nieustannie dokonującym jego naturalizacji. Myślę, że mając w pamięci ciężar związany ze słowem „naród” i „nacjonalizm” czas dokonać przesunięcia z bezpiecznej kontemplacji nad światem i człowiekiem na bunt wobec takiej rzeczywistości.
Performance performatywny
Badacz nie może już tylko przyglądać się, ale razem z wykluczonymi powinien budować ich świadomość. Dzisiejszy antropolog nie „siedzi na drabince i myśli, że rozumie wszystko”, ale wie, że ma siłę sprawczą, której nie może lekceważyć. Zwrot performatywny stał się odpowiedzią na słabość zdystansowanego pióra.
Oto, podczas tegorocznego spisu powszechnego nadarza się okazja na piękny antropologiczny performance. Rzecz jest prosta i całkowicie legalna; wystarczy w „badaniu pełnym” spisu pominąć sugerowaną nam przynależność do którejś z prawie dwustu narodowości i wybierając kategorię „inne – wpisać jaka” (uwaga, tą rubrykę nie jest łatwo znaleźć ponieważ wyskakuje na końcu listy różnych „innych” narodowości) wpisać to co w sposób znaczący buduje naszą tożsamości. Możliwości jest wiele więc chyba nie muszę nic tu podpowiadać. Ten mały sprzeciwu wobec opresji narodowej jedności niech będzie również manifestacją wartości, które są nam bliskie, gestem solidarności z dyskryminowanymi czy po prostu zwróceniem uwagi na problem ważniejszy niż wyobrażanie sobie narodowej wspólnoty. A później można już spokojnie odpowiadać na inne pytania w spisowym formularzu.
Opcity: Benedict Anderson, Wspólnoty Wyobrażone; Urs Altermatt, Sarajewo przestrzega; Ajrun Appadurai, Strach przed mniejszościami; Michael Billig, Banalny nacjonalizm; Ewa Domańska, Zwrot performatywny we współczesnej humanistyce, „Teksty drugie”, nr 5 (2007); Historie Kuchenne, reż. Bent Hamer, 2003.
Ilustracja pochodzi z portalu commons.wikimedia.org.

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 3.0 Unported.
Jacek Wajszczak - OD LAT NA ANTROPOLOGICZNEJ ŚCIEŻCE, ABSOLWENT IEIAK UW. FOTOGRAF PRASOWY I AUTOR SZTUK KRYTYCZNYCH, WEGETARIANIN, CYKLISTA. RÓWNIEŻ PISZĄCY. OSTATNIO EKSPERYMENTUJE Z FILMEM.