Tagi: autentyczność | etyka | religia | tożsamość
Moralność autentyczności
14 marca 2010
Nieautentyczny człowiek to ten, który nie pokazuje siebie, swojej twarzy, tylko maskę. Nazywać kogoś nieautentycznym to zdyskredytować go. Ludzi nieautentycznych uważamy za dwulicowych, wręcz oszustów, i na pewno nie będziemy się z nimi kolegować.
Bycie sobą
Autentyczność jest wartością również w Kościele, w wierze, a oazowe pouczenia są tego przykładem. Autentyczność jest tam drogą do celu, którym jest Bóg. Jeżeli Bóg jest miłością (pierwsze prawo duchowego życia), to autentyczność jest uwarunkowaniem tej miłości, bo Bóg kocha tę osobę, którą naprawdę jesteśmy, kocha mnie, ciebie. Nie kocha nas w roli siostry, córki, dziewczyny, kocha nas samych i tym samym nakazuje, żebyśmy byli sobą.
„Staram się dać świadectwo w domu w jakiś sposób, żeby właśnie nie nosić maski, że tu jestem inaczej, w domu inaczej, a w szkole znowu inaczej. Staram się być wszędzie tą samą osobą. Nie że w Oazie jestem dla wszystkich miła, a w domu krzyczę na swoją mamę, ojca albo siostrę… Staram się być wszędzie taka sama”.
Socjologowie i antropologowie wiedzą, a przynajmniej powinni wiedzieć, że takiej autentyczności nie ma i być nie może. Z lektury Ervinga Goffmana wynika, że taki teatr jest normalny, co więcej – jest wręcz fundamentem dobrze funkcjonującego społeczeństwa.
Moralność autentyczności
Wołanie o autentyczność na pewno można rozpatrywać w kontekście dyskursu o wartościach i moralności. Tak jak nieautentyczność dyskredytuje, tak autentyczność kwalifikuje jako człowieka. Podkreślając autentyczność człowieka, chyba nieświadomie posługujemy się moralną zasadą Kanta, która mówi, że to intencja wyznacza moralną wartość czynu. To znaczy, że nawet jeśli ktoś czyni dobrze, nie przesądza to o moralności tego czynu. Przecież intencja może być nieodpowiednia, może być niemoralna lub ulokowana gdzieś poza sobą w czynnikach zewnętrznych, w pożytku, przyjemności itp. A jeżeli kierują nami cele zewnętrzne, oznacza to, że tak naprawdę nie mamy wolnej woli. Doświadczona animatorka mówi o swojej wierze: „Nie robię rzeczy dlatego, że mi ktoś mówi, to wszystko jest potrzeba mojego serca”.
Właśnie brak woli Kościół w Polsce postrzega jako jeden z największych problemów we współczesnym społeczeństwie. Dotyczy to przede wszystkim konsumpcji. Ludzie daliby się łatwo namówić na zakup nowego telewizora, auta czy Bóg wie czego jeszcze. Ludzie podobno kierują się tylko krótkoterminową przyjemnością. „Prawdziwe” szczęście jednak znajdujemy dopiero w świecie, który nie przywiązuje wagi do czynników względnych i zewnętrznych. Autentyczność w tym wydaniu to swoisty przepis na szczęście.
„Scena: w przedstawieniu chłopak, nazwijmy go Krzysiek, budzi się rano, przeciąga się, przeciera oczy, odsłania okno. Przegląda się w lustrze, ale najwidoczniej coś mu się w swoim wyglądzie nie podoba, bo sięga po wyimaginowaną maskę i nakłada ją na twarz. Wychodzi na spacer i spotyka dziewczynę na motorze. Ta prawie go przejeżdża tym niewidzialnym motorem (jest to pantomima). Wydaje się, że Krzysiek się złości, ale poprawia maskę i się uśmiecha. Spotyka dziewczynę i jest nią wyraźnie zainteresowany, ale idzie dalej. Spotyka następną dziewczynę, która nie wygląda na taką fajną jak ta pierwsza, więc ją ignoruje. Wreszcie idzie trzecia dziewczyna. Jest ubrana na biało i wygląda na szczęśliwą. Pokazuje Krzyśkowi, żeby zdjął maskę. Krzysiek ani o tym nie myśli, ale w końcu daje się przekonać. Odkłada maskę i… jest szczęśliwy! Dziewczyna przekonuje również pozostałe osoby, żeby zdjęły swoje maski, i wszyscy szczęśliwie się przytulają”.
Nic dziwnego, że scena kończy się słodkim „…i żyli długo i szczęśliwie”. Taką obietnicę przecież znajdujemy również w nauce Kościoła: po poznaniu prawdy człowiek będzie zbawiony. Autentyczność daje więc szczęście. Czy aby na pewno?
W pantomimie spod masek wyskoczą szczęśliwi ludzie. I – o ironio – to jest właśnie ciemną stroną owej oazowej autentyczności. Autentycznym najlepiej być tylko wtedy, kiedy jest co pokazać bez maski. Wszędzie być takim samym to znaczy wszędzie być tak samo dobrym, nie – wszędzie być takim samym tchórzem. Prawda, która kryje się pod maską, prawda o sobie, nie zawsze jest ładna. Nacisk na autentyczność jednocześnie zmusza ludzi do tego, aby mieli co pokazać, aby pracowali nad sobą tak długo, jak tylko trzeba. Co prawda, jak mówiła doświadczona animatorka: „to wszystko wynika z potrzeby mojego serca”, ale dodała, że zajęło jej lata, by do tego dojść! Praca nad sobą to – jak się wydaje – podstawowy obowiązek oazowicza. Bycie autentycznym wymaga ciągłego zastanawiania się, badawczego oka, czy jest się autentyczną osobą, czy też nie. Nie wystarczy policzyć swoje dobre uczynki, nie wystarczy wypełnić swoje obowiązki. Trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie, kim jestem, „jaka jestem naprawdę”. Nawoływanie do autentyczności skłania więc ludzi, przynajmniej tych, którzy są na to wrażliwi, do refleksji nad samym sobą, która nie zna końca.
Rytuał
Autentyczność nie ogranicza się do pojedynczej osoby, do siebie samego. Ma również znaczenie dla dzisiejszego Kościoła. Czym to się tłumaczy? Autentyczność tutaj przejawia się tym, żeby odpowiednio przeżywać religijne rytuały. Podkreślano, że również podczas liturgii i modlitwy nie wolno zakładać masek, trzeba być sobą (ale oczywiście tutaj też w tej lepszej wersji). Do rytuału więc potrzebne są odpowiednie intencje, uczucia, odpowiedni nastrój, skupienie, udział w nim powinien właśnie wynikać „z potrzeby serca”. Bez tego rytuał jest nic niewart, jak wynika z różnych dezaprobujących wypowiedzi oazowiczów o praktykujących katolikach w polskim Kościele: stroje mają niegodne, są za mało skupieni, nic nie wiedzą o symbolice, do kościoła chodzą z przyzwyczajenia… To mały wybór komentarzy. Swoją „autentycznością” oazowicze równocześnie krytykują postawę współbraci w wierze. Mówi dziewczyna, która się „nawróciła” z takiej formy katolicyzmu: „Nie docierało to do mnie. Kiedy ludzie wstali, ja też wstałam itd. Trochę głupio tak”. Jednak ciągle trzeba te intencje i uczucia w sobie badać, analizować je, ponieważ nie ma się nigdy pewności, czy rzeczywiście są odpowiednie. A co dzisiaj wydaje się właściwe, jutro może się już okazać niestosowne. Badać i analizować trzeba, bo nie ma obiektywnej miary, za pomocą której można by było jasno określić i ustalić wartość stanów wewnętrznych.
Dlaczego tak przeżywana i praktykowana wiara jest bardziej szanowana od innych form? Czy czasem nie w obawie przed sekularyzacją? Czy może wydaje się, że tylko taka autentyczna wiara jest w stanie przetrwać? Że tylko taka wiara zapewnia kwitnące życie Kościoła? Od religii jako przyzwyczajenia można się przecież odzwyczaić. Religia praktykowana ze względu na innych znika, kiedy inni przestają ją praktykować. Wobec europejskiej sekularyzacji, gdy ludzie odchodzą tak łatwo od Kościoła, potrzebny wydaje się mocniejszy fundament. W czasach wielkich i szybkich zmian potrzebne jest coś niezmiennego. Autentyczna wiara, tj. wiara wynikająca z potrzeby serca, wydaje się wtedy adekwatną odpowiedzią. Niezależna od czynników zewnętrznych, będzie trwała wiecznie. Można by rzec, że taka wiara nie przemija z modą. Tyle że, jak pisze Charles Taylor w Źródłach podmiotowości, takie podejście samo jest produktem naszych czasów. I tu dotykamy granic mocy autentyczności.
Granice autentyczności
Jeżeli intencja gra główną rolę, jest miarą wszystkich miar, to co zrobić, jeżeli jej nie ma? Gdzie są granice tej autentyczności? Jeśli uznajemy chodzenie w niedzielę do kościoła za wartość, to co zrobić, jeśli się po prostu nie chce? Być „autentycznym” i nie iść – i złamać zasadę Kościoła? Lub założyć jednak maskę i iść ze względów zewnętrznych – co by ksiądz pomyślał, rodzice, koledzy i koleżanki z Oazy? Co robić, jeśli któreś z uczestników nic nie czuje podczas modlitwy, nabożeństwa; co, jeżeli widzi tylko puste gesty? Jedną z możliwych jest odpowiedź wielu ludzi z zsekularyzowanych krajów: jeżeli rytuał odczuwamy jako pusty, nic nieznaczący, to nie ma po co iść. W kulturze, która wymaga ciągłego widzenia i odczuwania znaczenia, taka „pustka” staje się problemem.
Typowa odpowiedź oazowa to czysta dyscyplina. Jak powiedziała jedna z oazowiczek: „Ludzie często czekają na pragnienie, ale trzeba podjąć decyzję. Ja się zdecydowałam iść codziennie na mszę i prosiłam Boga o pragnienie, żeby iść codziennie”. A więc jednocześnie musi istnieć pojęcie bezwzględnego dobra, którego trzeba pragnąć. Dlatego prócz wymagania autentyczności staje się potrzebna dyscyplina woli: żeby chcieć odpowiednich intencji, uczuć. Czy zresztą każdy obrzęd może być tak samo „dobrze” przeżywany, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku? Trudno wymagać od wszystkich, żeby poDchodzilii do tego tak samo jak owa dziewczyna.
Inny problem polega na tym, że projekt autentyczności może wprawdzie okazać się wielkim sukcesem, ale skutek będzie różnił się od zamierzonego. Jak na przykład wówczas, kiedy autentyczność i uczciwość każą iść w odmiennym kierunku. „Mały liberalizm”, mówi o piciu alkoholu (osoby, które podpisały tzw. Krucjatę, obowiązuje zakaz picia alkoholu) dziewczyna, która wcześniej starała się być wszędzie taką samą osobą i nie nosić maski. W Oazie nie przyznała się oczywiście do swojego „występku”. Jednak jej decyzję należy rozumieć w kategoriach autentyczności, tak jak i wszystkie inne wypowiedzi niezgodne z linią Kościoła (a było takich kilka…). Za autentycznością idzie indywidualizm, ale w którym kierunku – nie wiadomo. Podejście oazowe, żeby wychowywać ludzi równocześnie do autentyczności i do wiary, jest więc dosyć ryzykownym przedsięwzięciem i przywołuje pytania o „etykę autentyczności” (vide Charles Taylor).
Potrzeba autentyczności
Czy autentyczność jest nam potrzebna? Pozostańmy przy rytuale. Roy Rappaport uważa, że intencje ludzi biorących udział w ustalonych przez Kościół rytuałach są zupełnie nieważne, ba – nawet zbędne. Znaczenie rytuału jest zakodowane w samym rytuale i uczestnicy przez swoje uczestnictwo, czyli „performance”, to znaczenie reprodukują. Świat wewnętrzny nie odgrywa tu żadnej roli, obrzędy obędą się i bez naszej – mojej, twojej – autentyczności.
Nieważne więc, dlaczego ktoś robi właśnie to, co robi, bo przez sam czyn reprodukuje świat, w którym żyjemy. Innymi słowami: żyjemy w kulturze z ustalonymi zasadami interpretacji, których nie da się uniknąć.
Opcity: Erving Goffman, Człowiek w teatrze życia codziennego; Roy Rappaport, Ritual and Religion in the Making of Humanity; Charles Taylor, Etyka Autentyczności oraz Źródła podmiotowości.
Esther Peperkamp - STUDIOWAŁA ANTROPOLOGIĘ W HOLANDII I KRAKOWIE; DOKTORAT OBRONIŁA NA UNIWERSYTECIE W AMSTERDAMIE; PRACUJE W MAX PLANCK INSTITUTE FOR SOCIAL ANTHROPOLOGY W HALLE/SALLE, NIEMCY.