Tagi: badania terenowe | etyka | metodologia
Królestwo za Metody!
21 stycznia 2011
Królestwo za Metodę! Królestwo za Metody! – proszącym tonem wołali ci, którzy mieli jeszcze nadzieję. Metoda albo śmierć! – krzyczeli inni, bezsilni, szukający winnych. – Cóż mamy odpowiedzieć naszym Matkom i Ojcom, Babciom i Ciotkom, kiedy pytają: i co teraz? Jak reagować na kolejne policzki, kolejne razy: a nie mówiłam? Czego cię tam uczą? Czego nauczyli? Co teraz będziesz robił? Gdzie będziesz pracował? Pięć lat i po wszystkim? Żadnych umiejętności? No powiedz nam, powiedz, co ty potrafisz po tych studiach? W czym jesteś dobry? Co wiesz takiego, czego nie wiedzą inni? Że byłeś na kilku wycieczkach? I co tam robiłeś? Co z tego wynikło? Za dużo pytań, żadnych odpowiedzi. Stali w bezruchu, wpatrując się w zamykające się powoli drzwi Uniwersytetu. Niektórzy przepychali się do przodu, szarpali za klamkę, wciskali w wąską szczelinę między drzwiami a futryną, odciągali się od niej nawzajem, bijąc się, drapiąc, drąc ubrania. – Ja też! Ja też chcę! Proszę, proszę... Kilku z nich udało się wepchnąć do środka, przedłużyć życie marzeniami o kilka lat studiów doktoranckich. Pozostali, z pustymi rękami, stali na swoich miejscach. – Cóż mamy zrobić? – pytali patrząc po sobie. – Jak się za to zabrać? Jak zacząć? Jak się przygotować? Jak szukać, zbierać? Jak to opracować? Królestwo za Metodę! Królestwo za Metody!
Złe sny mijają, pozostają wywołane dzięki nim pytania. Chciałbym zatem zapytać – nie atakować, nie oskarżać, lecz właśnie zapytać: unde machinae? Skąd narzędzia? Od pewnego czasu odpowiedź stała się nieco łatwiejsza: z książek wydawanych w metodologicznej serii PWN. Ciekawość podsuwa jednak kolejne niewyjaśnione kwestie: dlaczego dopiero teraz? Dlaczego tak nagle, niby grom z jasnego nieba, okazuje się, jak wiele można zrobić, jak wiele prób podejmować, jak bogate są nasze możliwości? Dlaczego to, co do tej pory traktowano jako mgliste, dalekie od naukowych standardów przeczucia, nagle okazuje się podstawą współczesnej praktyki etnograficznej? Dlaczego się o tym nie mówi? Dlaczego się tego nie naucza? Pojawia się kilka bardziej lub mniej prawdopodobnych odpowiedzi.
Tabu metody
Studia etnologiczne w znacznym stopniu opierają się na wielokrotnym zapoznawaniu studenta z tak zwaną historią etnologii. Nie twierdzę, że wiedza o historii i rozwoju dziedziny jest bezużyteczna. Wręcz przeciwnie. Mam tu na myśli jedynie zachwianie odpowiedniej proporcji między tym, co było, a tym, co jest obecnie. Między opowieściami o godnych chwały i szacunku antenatach światowej antropologii a rozwijaniem o wiele skromniejszych i ukierunkowanych lokalnie, lecz własnych i możliwych do wykorzystania umiejętności badawczych. Zachwianie owej proporcji może doprowadzić do wniosku, że bycie antropologiem sprowadza się do znajomości historii antropologii oraz do pisania książek o książkach innych antropologów.
Pobłażliwe traktowanie problematyki konkretnych narzędzi badawczych może wynikać z przekonania, że owo słynne „bycie w terenie” nie różni się znacznie od codziennego obserwowania świata i rozmawiania z ludźmi, a co za tym idzie, że o żadnych specyficznych i jasno określonych narzędziach nie może być tu mowy. Zgodnie z podobnym poglądem – wyrażanym choćby przez Edwarda E. Evans-Pritcharda – właściwa antropologia zaczyna się dopiero podczas teoretycznego opracowywania zebranych w terenie danych. Idąc za tą myślą można by stwierdzić, że dla samej pracy badawczej marginalne znaczenie ma to, kim jesteśmy w terenie, w jaki sposób zdobywamy nasze informacje, jak traktujemy rozmawiających z nami ludzi. Najważniejsza bowiem okazuje się umiejętność dostosowania zgromadzonych danych do konkretnej siatki pojęciowej, do opanowanej przez nas teorii. Nie może być inaczej, jeśli zakładamy, że „w nauce, tak jak w życiu, znajdujemy tylko to, czego szukamy”.
Czy jednak jest to jedyne możliwe rozwiązanie? Czy ogólność rad, które otrzymał od swoich mistrzów zaczynający pracę terenową Evans-Pritchard („należy zawsze zachowywać się jak dżentelmen”, „trzymaj się z dala od kobiet”, „nie wygłupiaj się”), wynika jedynie z niemożliwości określenia zbioru konkretnych i użytecznych metod badawczych? Czy też może obok nazwanego wprost przez Jerzego S. Wasilewskiego, lecz stale okrytego milczeniem, „tabu notatek” pojawia się kolejny obszar etnograficznych niedomówień – „tabu metody”? Dlaczego tak często zdarza się, że historie związane z badaniami prowadzonymi przez pracowników, a zarazem wykładowców akademickich, opowiadane są studentom jedynie w formie zabawnych, lecz w gruncie rzeczy nie odnoszących się do głównego problemu anegdot, wspomnień i ciekawostek? Dlaczego podobnym problemom, historiom i refleksjom nie poświęca się osobnych zajęć? Czy kryje się za tym niechęć do dzielenia się własnymi, w trudzie wypracowanymi narzędziami praktyki terenowej? Czy jest to próba zasłonięcia powagą cytowanych autorów i wykorzystanych teorii rzeczywistego procesu badawczego, jego podstaw, rozwoju, zawiłości, nieoczywistości?
Problem braku dostatecznego określenia formy, roli i celowości stosowanych w etnografii narzędzi badawczych prowadzi zatem do dwóch łączących się ze sobą zagadnień: nauczania etnografii / antropologii oraz budowania wiedzy na temat badań terenowych, a co za tym idzie – samej wiedzy antropologicznej.
Antropologia w praktyce
Coraz częściej wyraźna staje się konieczność modernizacji programu nauczania, który zapewniłby studentom i absolwentom etnologii zdobycie wiedzy na temat dostępnych metod badawczych, sposobów oraz możliwości ich wykorzystania w konkretnych sytuacjach i obszarach świata społecznego, a przede wszystkim zdobycie umiejętności ich zastosowania. Konieczność tę jasno wyraża Raymond Firth, według którego „obecnie słabym punktem antropologii jest brak odpowiedniej struktury zatrudnienia poza ośrodkami akademickimi. W przyszłości w większym stopniu będą potrzebne odpowiednie narzędzia kształcenia specjalistów w dziedzinie antropologii stosowanej niż w dziedzinie poszukiwań teoretycznych”. Sądzę, że uwaga ta brzmi równie dosadnie w kontekście dylematów i rozterek polskich studentów etnologii. Nie potrafię powiedzieć, czy zmiana systemu nauczania momentalnie zwiększyłaby ich szanse na znalezienie zgodnej z wykształceniem pracy. Jestem jednak pewien, że znajomość konkretnych technik badawczych może pomóc im w tym bardziej niż czysto historyczna i teoretyczna wiedza antropologiczna, która – co tu kryć – często funkcjonuje jedynie wśród namaszczonych i nie martwiących się o przyszłość pracowników uniwersytetów. Mówiąc obrazowo: nie chodzi o to, aby każdy absolwent etnologii mógł po skończeniu studiów otworzyć etnograficzną Castoramę. Wystarczyłoby aby miał możliwość uzbierania skromnej, lecz własnej, podręcznej skrzyneczki z narzędziami, których w razie potrzeby będzie w stanie używać do rozwiązywania i opracowywania konkretnych problemów i zagadnień. Aby bez poczucia niekompetencji i zbliżającej się kompromitacji mógł uczestniczyć w projektach, które swą tematyką dotykają zagadnień życia społecznego – czy będą to badania marketingowe, czy kampanie na rzecz budowy społeczeństwa obywatelskiego i równouprawnienia.
Badacz w pułapce
Równolegle pojawia się szansa na przezwyciężenie odwiecznego problemu niejawności metod stosowanych w praktyce badawczej. Niejawność ta sprowadza się do zatajania rzeczywistych działań w terenie, niewspominania o swoich terenowych rolach i tożsamościach, pomijania opisu relacji czy współpracy z badanymi, tuszowania pojawiających się w toku pracy ograniczeń, zagrożeń, politycznych i etycznych uwarunkowań oraz do wszelkiego rodzaju podobnych niedopowiedzeń i przemilczeń. Uwzględnienie powyższych okoliczności procesu badawczego pozwoliłoby – według mnie – uniknąć tego, co Anna Wyka bardzo celnie nazwała „pułapką nierzeczywistości”. Wpadnięcie w ową pułapkę ujawnia się chociażby w przedkładaniu wysublimowanych (a niekiedy po prostu modnych) teorii nad bezpośrednie doświadczenie obcowania z opisywanymi ludźmi, w zamykaniu badanym dostępu do wyników badań poprzez stosowanie zawiłego, hermetycznego języka, czy nieliczeniu się z ich opinią na temat sposobu i treści opisu ich życia i świata.
Jak ma się to do jednej z czołowych metafor współczesnej antropologii – metafory dialogu? Czy mówienie o negocjowaniu znaczeń i o obustronnej podmiotowości nie stało się kolejnym chwytem retorycznym, zapewniającym zarówno wrażenie pomyślnego przejścia przez labirynt postmodernistycznego oświecenia, jak i czyste sumienie wobec niewygodnych i kłopotliwych (a niekiedy wręcz zbędnych) informatorów, badanych, respondentów? W jaki sposób przejść od mówienia o dialogu – przeważnie w kontekście omawiania pracy innych badaczy – lub też jego deklarowania, do jego poważnej, metodycznej, systematycznej i żmudnej realizacji, do oparcia na nim rzeczywistych działań badawczych? Odpowiedzi na to pytanie udziela Luke Eric Lassiter, autor niezwykle ważnej książki The Chicago Guide to Collaborative Ethnography. Odkładając bardziej szczegółowe omówienie tej pracy na inną okazję, ograniczmy się do przedstawienia najogólniejszego wniosku Lassitera. Według niego wyciągnięcie konsekwencji z tzw. przełomu postmodernistycznego niosłoby za sobą praktykowanie i akcentowanie współpracy z uczestniczącymi w badaniach ludźmi na każdym poziomie pracy badawczej. Zaczynając od określania zasadniczego przedmiotu badań, przez zbieranie danych, ich opracowywanie, interpretację, proces pisania i publikacji wyników, a kończąc na zainspirowanych owymi publikacjami dalszych działaniach społecznych.
Podobne założenia są jedynie widocznym na horyzoncie i trudnym do pełnej konkretyzacji ideałem badań etnograficznych, które każdorazowo muszą uwzględnić specyficzne dla danej sytuacji terenowej warunki i ograniczenia etyczne, polityczne, materialne i ekonomiczne, jak również cele, potrzeby i oczekiwania każdej ze stron (ja / badacz – ja / osoba, ja – ty, ja – grupa, ja – akademia, ja – sponsorzy). Nie zmienia to jednak faktu, że – mimo wysiłku, trudu, czasu, ewentualnych konfliktów i frustracji – warto próbować, warto otworzyć się na podobne możliwości wspólnego działania, zachęcać do niego uczestników badań. Nawet jeśli – jak przypuszcza Marcin Brocki – z możliwości tej miałyby skorzystać w pełni jedynie osoby ponadprzeciętne, wyróżniające się w swojej grupie, łaknące kontaktu ze światem zewnętrznym. Warto, jeżeli kryje się za tym choćby cień nadziei, że ułatwi to antropologii przekroczenie pozornej elitarności i wzniosłości, a tym samym, że przybliży ją do bycia przystępną i otwartą, a zarazem szczegółową i ugruntowaną empirycznie nauką o ludziach – z ludźmi, dla ludzi.
Ktoś mógłby zapytać: ale po co ten hałas? Antropologia to nie metody, techniki i transkrypcje wywiadów. To nie naginanie się do oczekiwań opisywanych ludzi, liczenie się z ich zdaniem, zaniżanie poziomu. Antropologia to świeżość spojrzenia, to wolność, to esencja humanistyki, to nieograniczona refleksja o człowieku. Po co te zabawy? Idź i patrz. Idź i opisuj.
Cóż jednak oferuje sprowadzanie praktyki etnograficznej, czy – szerzej – wartości etnografii i antropologii kulturowej do „potencjału intelektualnego antropologa”? Czy nie jest to kolejna odmiana wyliczanych przez Czesława Robotyckiego sposobów banalizacji antropologii – dyscypliny, którą rozumiem najogólniej jako dysponującą własnymi narzędziami formę poznawania i działania badawczego? Mówiąc bez najmniejszej ironii, nie wszyscy mogą pochwalić się wrażliwością, erudycją i pisarskim talentem Dariusza Czai. Tym, którzy nie mogą pozwolić sobie na traktowanie antropologii jako ćwiczenia duchowego, pozostaje jedynie ciężka praca, powolne zdobywanie drobnych, ale konkretnych umiejętności, nauka rzemiosła. Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Wiem tylko jedno: Królestwo za Metodę!
Opcity: Marcin Brocki, Antropologia. Literatura – Dialog – Przekład; Edward E. Evans-Pritchard, Czary, wyrocznie i magia u Azande; Raymond Firth, Czy antropologia społeczna ma przyszłość?, (w:) Badanie kultury. Elementy teorii antropologicznej, red. Marian Kempny, Ewa Nowicka; Luke Eric Lassiter, The Chicago Guide to Collaborative Ethnography; Czesław Robotycki, O banalizacji tekstów w etnologii, (w:) Etnologia polska między ludoznawstwem a antropologią, red. A. Posern-Zieliński; Jerzy S. Wasilewski, Pokaż mi swoje notatki…, „Konteksty” 1995, nr 3–4; Anna Wyka, Badacz społeczny wobec doświadczenia.
Kamil Pietrowiak - student KEiAK UWr, współautor bloga Fonosfera – antropologia zmysłów (http://fonosferra.wordpress.com/), ur. w 1985 r.