Op. cit.,

Tagi: antropologia | kulinaria | święto

Karp po żydowsku w wannie

21 grudnia 2010

Joanna Mroczkowska

Wigilijny karp to polski fenomen. Przetrzymywany w wannach małych mieszkań, przynoszony ze sklepu w plastikowej siatce, by następnie stać się karpiem po żydowsku czy w szarym sosie, może stanowić przedmiot antropologicznej refleksji nad współczesnym społeczeństwem. Może wytyczać granice grupy, dzielić Polaków na „lewicę prokarpijną” i „broniącą tradycji” prawicę.

Stara prawda głosi, że ryby i dzieci głosu nie mają. Ale wiadomo również, że czas świąt Bożego Narodzenia jest czasem niezwykłym, w którym stykają się światy żywych i umarłych, kiedy porządek profanum zostaje odwrócony, kiedy to, co niezwyczajne, staje się powszednie. Zwyczajem stało się więc oczekiwać od zwierząt domowych i hodowlanych, że w Wigilię przemówią ludzkim głosem. Karp, choć na pierwszy rzut oka jest zwierzęciem, gra tego dnia inną rolę. Stanowi on niekoniecznie ulubione, a mimo to podstawowe danie wigilijne – w tym roku Polacy zjedzą podobno 17 milionów karpi, a Polska jest głównym hodowcą ryb tego gatunku w Europie.

karp na ostro

http://www.klubgaja.pl/zwierzeta/karpie/

Chyba w żadnym innym kraju święta Bożego Narodzenia nie kojarzą się z zabawą z karpiem w wannie. Natomiast dla kilku pokoleń Polaków takie właśnie wydarzenia są nieodłącznym elementem wspomnień z Wigilii. Wigilie z dzieciństwa to napuszczanie świeżej wody do wanny, rozmowy z karpiem, pełne obawy wyciąganie ręki by dotknąć śliskiego ciała ryby i wzburzanie wody, by karp miał „więcej powietrza”. Jak wspomina jedna z moich rozmówczyń (mieszkanka Warszawy), „bawiłyśmy się z nimi z siostrą, zaprzyjaźniałyśmy się a potem bum i na talerzu”. Ten przeskok substancjalny był doświadczeniem wielu z nas.

Dopiero po II wojnie światowej karp został upowszechniony w sprzedaży przedświątecznej. Ryba ta, która dotarła do nas w XIII wieku najprawdopodobniej z Chin bądź z Belgii, Francji i Niemiec, gdzie hodowana była w klasztorach, wpisała się następnie w porządek polskich dań postnych. W PRL-u zaś, w ramach gospodarki planowej, zaczęła być na masową skalę sprzedawana przed Wigilią i tym samym nabrała nowego znaczenia – jako podstawowego wigilijnego dania rybnego. Powstała „nowa polska tradycja” – bo choć wcześniej od dawna karp gościł na bożonarodzeniowych stołach, dotyczyło to tylko pewnych kręgów społecznych, nie było warunkiem sine qua non świąt.

Temat karpia budzi duże emocje, a przywołanie go podczas rozmowy wywołuje wiele barwnych wspomnień i opowieści. Jest on również dla wielu z nas, zwłaszcza tych mieszkających w miastach, jedynym żywym stworzeniem w domu, z którym potencjalnie – gdyby w Wigilię przetrwał do północy – można by było porozmawiać. Ostatnimi czasy poświęcono mu nawet osobne świeckie święto – Dzień Ryby – obchodzone od 2003 roku 20 grudnia i organizowane przez Stowarzyszenie Empatia i Fundację Viva!. Ponadto karp, a w szczególności kwestia jego zabicia, staje się często powodem ognistych kłótni rodzinno-wigilijnych, niekiedy prowadzących nawet do poważnych konfliktów.

Mając to wszystko na uwadze i będąc pod wpływem niezwyczajnego porządku świąt, podejmę próbę rozmowy z karpiem – rozmowy o cechach hermeneutycznych, bo pozwolę obiektowi mówić i spróbuję zweryfikować własne przedsądy, chociaż efektem końcowym będą moje słowa i mój tekst.

karp stół

http://www.behance.net/

W świetle najnowszych, ale i dawniejszych koncepcji antropologicznych pojawiają się propozycje, by nie tylko ludzi traktować jako równoprawne podmioty (czy aktantów, by posłużyć się pojęciami Brunona Latoura), a przynajmniej by przyznać, że sprawczość cechować może też inne byty, w tym zwierzęta. Chciałabym tu prześledzić warunki takiej właśnie sprawczości, czy raczej „działania” świątecznego karpia – jeśli nawet nie identycznego z ludzkim, niedającego się sprowadzić do sprawczości jakiegoś człowieka czy grupy. Chociaż artykuł ten dotyczyć będzie karpia, chociaż w pewnym momencie przytaczać będę także wypowiedzi ze znalezionego przeze mnie w Internecie „wywiadu z karpiem”, to chciałabym wysunąć również pewne ogólniejsze wnioski odnoszące się do polskiego społeczeństwa u progu 2011 roku.

Roland Barthes postuluje, by potraktować jedzenie jako przedmiot badań, jako że konstytuuje ono system komunikacji. Jedzenie bowiem, oprócz oczywistej funkcji odżywczej, służy wyrażaniu więzi społecznych, ekspresji osobistych i grupowych tożsamości, definiowaniu granic grupy. W okresie świąt karp jest zarówno jedzeniem, jak i żywym stworzeniem, a my w trakcie ostatniego dnia postu jesteśmy świadkami jego przejścia z jednego stanu w drugi. Karp jest też wyjątkowy zwłaszcza w czasie świąt, ponieważ obdarzony zostaje rolą, a więc i mocą symbolu: w tym czasie koncentrują się wokół niego różne znaczenia i tożsamości. Czytając rozmaite artykuły z prasy codziennej o karpiu i rozmawiając o nim z warszawianami, odkrywałam kolejne wyobrażenia o granicach naszego współczesnego społeczeństwa. Mówiąc o karpiu, napomykano o tym, czym jest polskość, katolicyzm, męskość. Cyprinus Carpio budził duże emocje.

Pytanie pierwsze: czy karp jest zwierzęciem?

Choć i przedmioty mogą być obdarzone sprawczością, a już na pewno mogą komunikować, głosem na Wigilię obdarzone mają być tylko zwierzęta. Pytanie o to, czy karp jest zwierzęciem, jest więc zasadne i musi paść na początku rozmowy.

Jedna z odmian gefillte fisch, nadziewanej ryby, którą podawano w szabat, można ją było bowiem spożywać, nie wykonując jednej z zakazanych w ten dzień czynności – wybierania ości, czyli borer – „oddzielania kawałków dobrych od złych”.

Wspomniałam już o tradycji, wedle której zwierzęta w Wigilię o północy „mówią ludzkim głosem”. Jeśli odwołamy się do literatury opisującej tę tradycję, okaże się jednak, że o karpiu i, ogólniej, rybie, wspomina się tylko w kontekście potraw. O takim rozumieniu ryby, a zatem i karpia, przypominają nam również jadłospisy z PRL-u, w których dania jarskie oznaczały również rybne, jarosze bowiem – w przeciwieństwie do dzisiejszych wegetarian – choć nie jedli mięsa, nie zaliczali do niego ryb. Nota bene również w judaizmie, skąd wywodzi się tradycyjne polskie danie wigilijne „karp po żydowsku”*, ryba nie jest zaliczana ani do kategorii mleka, ani mięsa. Należy do osobnej kategorii parve, która może być łączona zarówno z potrawami mlecznymi, jak i mięsnymi. W tym również uwidacznia się nieprzystawalność kategorii ryby i mięsa.

Sami wegetarianie, a w każdym razie ci z nich, którzy zajmują się działalnością ekologiczną, również w hierarchii zwierząt, których ochronę uwzględniali w swoich kampaniach, ryby stawiali na ostatnim miejscu. Dopiero ostatnie badania ujawniły, że ryba w wysokim stopniu odczuwa ból i to całą powierzchnią swojego ciała. Często przywołuje się obrazowe porównanie do ludzkiego oka – podobno o równej wrażliwości. Odwoływanie się do takich porównań pokazuje, że zdaniem osób, które się nimi posługują, konieczne jest wykorzystanie szczególnie mocnych strategii i argumentów, by ryby można było traktować tak, jak inne zwierzęta. Wpisywanie ryb w politykę obrońców praw zwierząt jest zjawiskiem nowym. Stworzenia morskie, które do tej pory były przedmiotem walki, to foki, a w Stanach Zjednoczonych i miejscach, gdzie się je spożywa, również kraby. Karp tym samym dopiero od niedawna stał się, a może dopiero się staje, zwierzęciem.

Zmiana ta dokonuje się również na płaszczyźnie prawnej, w – wyjątkowo wyraźnie w tym przypadku widocznej – sferze władzy-wiedzy; ustawa o ochronie zwierząt od niedawna obejmuje również ryby – jako kręgowce. Tym samym za „niehumanitarne” (w tym przypadku cudzysłów jest uzasadniony) traktowanie karpia grożą kary tak samo, jak za nieodpowiednie traktowanie innych zwierząt hodowlanych. Nawiasem mówiąc, od 2009 roku żywych karpi nie można pakować do plastikowych toreb, a zabijać je należy na zapleczu sklepu lub w miejscu oddzielonym parawanem; nie można tego również czynić w obecności dzieci.

Karp jest prawicowy czy lewicowy?

Rozmawiając o karpiu, pytałam o nowe święto – Dzień Ryby, w ramach którego podejmowane są akcje wypuszczania karpia na wolność, ale również inne działania, mające na celu rozbudzenie wrażliwości współczesnego konsumenta. Wypowiedzi tych rozmówców, u których święto nie spotyka się ze zrozumieniem, rzadko dotyczyły walorów smakowych karpia – najczęściej odwoływano się do jednego z siedmiu klasycznych argumentów przeciwko wegetarianizmowi. Poniżej przywołuję je za antropologiem Warrenem Belasco i adaptuję do polskiego kontekstu.

Argument 1: Zamysł Boży. Jezus przecież jadł ryby.

Argument 2: Zamysł ludzki. Karpie hodowane są przecież tylko po to.

Argument 3: Imperatyw biologiczny i prawo natury. Zwierzęta również jedzą zwierzęta.
Cytat z dyskusji w Internecie: „niech ci wszyscy obrońcy zwierząt zaczną od podstaw i niech jadą do Afryki, aby nauczyć lwy humanitarnego zabijania, bo na pewno ich polowania i duszenie bardzo stresują antylopy”.

Argument 4: Tradycja. Tak się robiło zawsze. Karp to tradycyjne polskie danie wigilijne. Wigilia musi składać się z 12 dań i jednym z nich jest karp.
Cytaty z dyskusji w Internecie: „To polska tradycja, zawsze przed świętami karp pływał w wannie i żadna Unia tego nie zmieni”.
„Mam pytanie. Czy w Biblii zostało zapisane, że «nie będziesz kupował żywego karpia»?”.

Argument 5: Redukcja ad absurdum. Jeżeli mamy nie jeść karpia, to dlaczego nikt nie protestuje w obronie śledzi? Rośliny zresztą też podobno czują ból.

Argument 6: Dyskryminacja gatunkowa (_„speciesism”_).
Cytat z dyskusji w Internecie: „A co do patrzenia na ich mordowanie, to są w życiu znacznie gorsze rzeczy, którym musimy się przyglądać”. Ból odczuwany przez człowieka jest oceniany jako ważniejszy niż ból odczuwany przez zwierzęta.

Argument 7: Ekstremizm a umiarkowanie. Obrońcy praw zwierzą są ekstremistami, a to, co proponują, jest nierealne.
„A w czym mam wynosić tego karpia? Z wiadrem iść do sklepu?” (ibidem).

Wśród tych argumentów część odnosi się do zmedykalizowanego i powołującego się na autorytet nauki dyskursu życia codziennego. Strategią jest odwoływanie się do porządku „racjonalnego”, naukowego, by odrzucić te obrazy, które przywołują cierpienia. Jednak nawet wyniki badań udowadniających ból zwierząt nie stanowią dla tych racji kontrargumentu. Doznania istot uznanych za byty niższego rzędu przegrywają z racjonalnością tak niewzruszoną, że nie jest na nią w stanie wpłynąć nawet nauka, na której rzekomo ma być ufundowana.

Interesujące dla mnie było szczególnie powoływanie się na tradycję, na „present perfect” jedzenia karpia – tak było i dlatego tak będzie; tak jest, bowiem tak było. Przekonanie o tym, że karp był zawsze, że zawsze był w naszej kuchni, rodzi zaś kolejne pytanie: co oznacza „nasze”, kim są ci „my”, którzy byli „od zawsze”?

„My”, by odwołać się do antropologicznej spuścizny, najłatwiej zdefiniować określając „ich” – w tym przypadku „ich”, którzy karpia nie jedzą, którzy go bronią. Pierwszą odpowiedzią jest, że „oni” oznacza obrońców praw zwierząt albo wegetarian. Ale pod tą pierwszą warstwą znaczenia kryją się kolejne. Poniżej jeden z komentarzy pod artykułem opisującym traktowanie karpi w hipermarketach: „No i możemy wrócić do tradycji staropolskiej serwując inne ryby, bo karp to przecież tradycja z okresu komuny…”.

Oto fragmenty z zaangażowanego bloga – pobrzmiewają w nim częste ostatnio skrajnie emocjonalne a zarazem pełne insynuacji tony, określane czasami jako „język nienawiści”; tym razem jednak mowa o karpiu:
„Będą bronić życia karpia z taką determinacją, z jaką bronili niepodległości Polski w roku 1945. (…) Być może wkrótce pojawi się w Sejmie jakaś «przypadkowa» ustawa o zakazie zjadania karpia, bo ten wg lewicy też podobno «ma duszę», «jest istotą czującą» i «jest naszym bratem», w myśl lewicowej ideologii równouprawniania wszystkiego, z ludźmi”.
I dalej, konsekwentnie:
„Po tej ustawie będzie można być posądzonym o kanibalizm i ludożerstwo. Bo czym innym miałoby być zjadanie karpia – człowieka? Za ludożerstwo jeszcze w ustawodawstwie «europejskim» są kary”.
Autor ironizuje: „Lewica, że tak powiem prokarpijna, domaga się zaprzestania znęcania się nad tymi sympatycznymi rybami”, wcześniej pisząc, że w czasie, kiedy chrześcijanie obchodzą święta Bożego Narodzenia, organizuje się happeningi pod hasłem obrony karpia.

Kto więc je organizuje? Lewica, nie-chrześcijanie, zwolennicy Unii Europejskiej. Niejasno definiowana lewica, antyreligijna a prounijna, to ostatnimi czasy najłatwiej wskazywany wróg zastanego porządku i tradycji. Co ciekawe, etykieta lewicowości przypinana jest zarówno smakoszom karpia – jedzą karpia, ponieważ jest to Proustowska „magdalenka PRL-u”, jak i zwolennikom dobrego traktowania tych ryb – bronią karpi, ponieważ jest to „magdalenka PRL-u”. Polityczny rozdział państwa ma swoje przełożenie również na stół wigilijny.

karp duszony

http://www.klubgaja.pl/zwierzeta/karpie/

A jednak to kojarzony w polskich warunkach z prawicą prezydent Lech Kaczyński w roku 2009 symbolicznie „uwolnił” karpia, wypuszczając go do stawu w Łazienkach. Możliwe, że tego samego stawu, z którego w latach 60. XX w., jak opowiadał jeden z moich rozmówców, warszawscy chłopcy łowili nielegalnie karpie na wędki przemycone w nogawkach spodni.
Prezydent uczynił to na podobieństwo prezydentów amerykańskich, którzy „ułaskawiają” jednego lub dwa indyki w przeddzień święta Dziękczynienia. Lech Kaczyński wyraził również nadzieję, że Polacy przestaną handlować żywymi karpiami i zabijać je na świąteczne stoły. „Myślę, że ta tradycja powinna powoli zamierać” – dodał.

Jak można się było spodziewać, czynowi prezydenta przypisane zostały rozmaite szersze znaczenia, w tym próba naśladowania polityki, czy wręcz obyczajowości amerykańskiej. W zestawieniu z cytowaną wypowiedzią wyłania się jednak inna interpretacja: amnestia dla świątecznego indyka w USA ma na celu raczej usankcjonowanie tradycji niż sugerowanie, że „powinna zamierać”. Zachowanie Kaczyńskiego jest jednak obecnie kontrastowane z przywiązaniem obecnego prezydenta RP Bronisława Komorowskiego do tradycji myśliwskich: „kupno karpia jest beeee a zabijanie dzikich zwierząt przez komorowskiego to hobby” (zachowuję pisownię oryginału – J.M.) – pisze jeden z internautów.

Czy karp jest Żydem?

Poeta Jacek Podsiadło, opisując przedświąteczne przygotowania, przywołał anegdotyczne w formie, lecz nie w treści, wspomnienie. „Kiedyś apelowałem do sumienia kobiety sprzedającej półżywe karpie na bazarze w O. Odpowiedź, jaką usłyszałem, zapadła mi w pamięć równie głęboko: «Proszę pana, a z jakiej pan jest wiary?». Było dla niej jasne, że przejmowanie się losem poddawanej torturze ryby dowodzi, że jestem grzesznym członkiem jakiejś strasznej sekty” – pisał Podsiadło. W Polsce ludźmi „innej wiary” nie nazywano raczej członków sekt, lecz reprezentantów innych religii; było to widoczne zwłaszcza w kontekście odmienności tradycji – i najczęściej chodziło o judaizm. Chociaż sprzedawczyni nie powiedziała tego wprost, jest to najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jej wypowiedzi. Zresztą to niedopowiedzenie jest również prawdopodobnie zabiegiem przemyślanym, i to służącym kilku celom naraz. Ze słów kobiety odczytać można pewność – ona wie, że krytykowanie sposobu sprzedawania karpi, tak absurdalne dla każdego „normalnego” człowieka, musi oznaczać przebywanie poza wspólnotą tego, kto sobie na taką krytykę pozwala. Jej zachowanie można również interpretować jako strategię przywołania do porządku człowieka, który narusza pewne przyjęte, oczywiste sposoby postępowania. Jej słowa są przede wszystkim niedopowiedzeniem i jako takie mają być insynuacją.

Możemy tylko przypuszczać, co oznacza dla sprzedawczyni „inna wiara”, wiara niepozwalająca zabijać karpi. Ale niejednokrotnie jest to wyrażane wprost; wegetarianin broniący się przed zarzutami w jednej z dyskusji internetowych o traktowaniu karpi, pisze: „Nie wiem czy jestem tzw. ekologiem, nie wiem po co ta etykieta, chyba tylko po to żeby móc kogoś łatwo skwitować i wrzucić do worka z żydokomuną, gejami, masonami czy kim tam jeszcze”.

Opis takiego „worka” mógłby brzmieć na przykład (drastyczny, ale autentyczny) tak:
„Nazywanie «znęcaniem się» zakupu, transportu i uboju żywej ryby to chwyt propagandowy, dzięki któremu żydokomuna może przedstawić swoją nienawiść do chrześcijaństwa jako «troskę o biedne zwierzątka». I zmanipulowana gromada czytelników nie dostrzeże, że tak naprawdę GWno ma w nosie te «biedne rybki». W ich portalu bez trudu można znaleźć przepisy na przygotowanie żywego karpia” (ibidem).

Czy karp jest Polakiem?

Jeżeli więc, jak pisał Anthelme Brillat-Savarin, jesteśmy tym, co jemy, to „kim” tak naprawdę jesteśmy, nie jedząc karpia? Jakie są granice „my”? – Takie jak niejedzenia. Ten, kto odmawia jedzenia, nie jest już w kategorii „my”, w tym przypadku w kategorii Polak czy katolik. Odmowa zjedzenia danego pokarmu jest swoistym zaburzeniem więzi łączących ze wspólnotą, a nawet z niej wyklucza. Warren Belasco, opisując wegetarian, przywołuje słowa: „Jeśli patriotyzm faktycznie jest «miłością do wszystkich pysznych rzeczy jedzonych w dzieciństwie» (…), to wydaje się rozsądnym postrzeganie wegetarian jako niepatriotycznych, nie-amerykańskich a nawet po prostu nieznajomych”. Tę ocenę można również zaadaptować do karpia w Polsce. Odmowa jego zjedzenia może być odczytana jako wyraz pewnej postawy wobec przeszłości czy wobec grupy.

Nadszedł moment, by zacytować fragment pozorowanego „wywiadu z karpiem”, w którym wspomniany zmiennocieplny kręgowiec rozmyśla: „Niedawno ktoś gazetę wrzucił do wody i wyczytałem, że niejaki pan Makłowicz mówił o tysiącu sposobów na karpia. Po serbsku, po macedońsku, po bolońsku, po żydowsku, nawet karp na czarno, w jakimś czarnym sosie… A co ja z czarnymi, albo Żydami mam wspólnego? Zwykły polski sazan jestem… Poza tym mam pecha, bo się w Polsce urodziłem”. Karp zwie się polskim (w wypowiedzi tej pobrzmiewają nawet nuty rasistowskie), lecz jednocześnie przeklina swój los, który sprawił, że urodził się w Polsce. Tak czy inaczej, po raz kolejny karp oznacza polskość. Paradoksalność tej „wypowiedzi” dobrze podsumowuje fakt, że przywołana tu staropolska nazwa karpia – sazan – ma etymologię turecko-tatarską.

Niemniej jednak przekonanie to pozwala określać granice grupy od wewnątrz, wykluczając tych niejedzących karpia; pozwala również rysować granice od zewnątrz. Mary Douglas pisała, że granice te mogą być wyznaczane poprzez kategorie brudu i czystości. Niedawne wydarzenia w Wielkiej Brytanii, kiedy to przed świętami Polacy, ku dużemu zdziwieniu Brytyjczyków, łowili nielegalnie karpie w rzece, świadczy wymownie o tym, jak poszczególne grupy etniczne mogą być oceniane poprzez spożywanie specyficznych produktów. Brytyjczycy zaskoczeni byli upodobaniem Polaków do ryb uważanych za brudne („trashy fish”), ponieważ żywią się resztkami z den wód, ale jeszcze większe zdziwienie budził fakt trzymania karpi w wannie. Był on absolutnie niezrozumiały i w prasie brytyjskiej można było spotkać wielorakie próby racjonalizacji tego zachowania: według jednego z angielskich wyjaśnień Polacy trzymają je kilka dni w wannie, by je podtuczyć przed Wigilią. Co ciekawe, również dla wielu Polaków powody takiego traktowania ryby są niejasne, choć najczęstszym wyjaśnieniem tego, dlaczego karpia kupuje się żywego i trzyma w wannie, jest argument, że szybko się on psuje.

Łuska karpia w portfelu

W tym roku karp sprzedawany jest w niektórych hipermarketach nawet w cenie 8–9 zł za kilogram. Jest to jedna z tańszych, jeżeli nie najtańsza, ryba. Na cenę ma między innymi wpływ fakt, że wyeliminowane zostają koszty zabicia, oprawienia i czyszczenia ryb – argumenty te są zresztą często powtarzane przez zwolenników tradycji trzymania karpia w wannie. Po drugiej stronie stoją zwolennicy humanitarnego traktowania ryby, aktywiści broniący praw zwierząt, w tym roku pod – sądzę, że celowo nawiązującym do retoryki PRL-u – hasłem „Lud lubi karpia a karp lubi lód”. Hasło w swoim zamierzeniu skierowane jest do większości „ludu” i do tej większości powinno przemawiać.

karp z lodu

http://www.klubgaja.pl/zwierzeta/karpie/

Należy jednak uwzględnić pewną ekskluzywność środowiska, jakie tworzą obrońcy praw zwierząt. Pierre Bourdieu pisał, że przywódcy nowej klasy średniej podejmują próby przekraczania kulturowych granic tego, co definiowane jest jako jadalne. To właśnie z tych środowisk wychodzi apel o zmianę tego, jak definiuje się jadalność karpia. Ale czy sposób myślenia charakterystyczny dla grupy o pewnej dystynkcji społecznej trafi do przekonania wszystkim? Czy hasło „Lud lubi karpia a karp lubi lód” sprawi, że przeciętny Polak kupi dwukrotnie droższego karpia „z lodu”? W każdym razie łuska karpia w portfelu powinna przynieść właścicielowi powodzenie w finansach w całym następnym roku – niezależnie od tego, czy kupił on karpia za 8 zł, czy „z lodu”.

Dlaczego karp?

Czytając kolejne pełne oburzenia opinie o sposobie spożywania, kupowania i zabijania karpia, można zadać pytanie: dlaczego to właśnie ta ryba? Dlaczego to właśnie karp budzi oburzenie? Dlaczego nie na przykład śledź, który również tradycyjnie gości na wigilijnych stołach? Dlaczego to właśnie karpia bronią aktywiści? Dlaczego karp po żydowsku i karp po polsku? Niektóre potrawy czy typy jedzenia mają moc wzbudzania potężnych pokładów wspomnień i osobistych refleksji – tak na pewno jest właśnie z karpiem. Składa się na to kilka elementów: przede wszystkim dotychczasowe mocne religijne znaczenie ryby w poście i sytuacja świąt jako czasu wyjątkowego.

Jak pisze Jolanta Brach-Czaina: „Przyjmując inne stworzenie jako pokarm, dokonujemy transformacji śmierci w życie”. Twierdzi również, iż aby zrozumieć śmierć, „trzeba dotknąć surowego mięsa. Trzymać je w ręku”. W przypadku karpia nie tylko dotykamy surowego mięsa, nie tylko je następnie spożywamy. Dotykamy również żywego organizmu ryby, towarzyszymy jej w przejściu od życia do śmierci, co więcej – to właśnie my tę śmierć wywołujemy.
Współcześnie konsument, zwłaszcza ten mieszkający w mieście, jest odsunięty od procesów wytwarzania jedzenia, często jest ich wręcz nieświadomy. Ryba kupowana jest w formie rolmopsów, puszek z tuńczykiem, gotowych filetów. Małgorzata Haładewicz opisała strategie uprzedmiotawiania zwierząt, służące właśnie zamazaniu związku pomiędzy żywym zwierzęciem a tym, co konsumujemy. Jej zdaniem jedną z tych strategii są zabiegi językowe: „Nie zjadamy mięśni wołu, świni czy cielęcia tylko wołowinę, wieprzowinę i cielęcinę. Zjadając nerki, nie myślimy o nerkach, tylko o cynaderkach. Konsumowany mózg to móżdżek, język – ozorek. Nie jemy płuc tylko płucka, nie wątroby a wątróbkę, nie żołądki krowy, lecz flaczki”.

Karp zatem we współczesnej kulturze miejskiej jest dla większości ludzi jedynym bezpośrednim świadectwem śmierci zwierząt, jasnym namacalnym odkryciem prawdziwej relacji pomiędzy zwierzęciem a produktem konsumpcyjnym, którym ono się staje. Jest to cielesne, dosłowne, powtarzające się doświadczenie śmierci. Śmierci, która ma miejsce „na scenie”, a nie „za kulisami”. Co więcej, dzieje się tak w czasie niezwykłym, w którym szczególny nacisk, legitymizowany religią i tradycją, położony jest na koncentrację na wydarzeniu narodzin, na wartościach rodzinnych, miłości do bliźnich i otwarciu się na innych. W tym czasie, wykrojonym z doświadczenia profanicznego, pewne produkty kulturowe obdarzone zostają szczególną mocą. Dlatego właśnie wtedy głos karpia jest tak donośny. Dlatego również stosunek do niego staje się metonimią przynależności do wspólnoty etnicznej, religijnej czy politycznej.

Opcity: Anthelme Brillat-Savarin, Fizjologia smaku; Warren Belasco, Food. Key concepts; Jolanta Brach-Czaina, Szczeliny istnienia; Pierre Bourdieu, Dystynkcja: Społeczna krytyka władzy; Mary Douglas, Czystość i zmaza; Małgorzata Haładewicz, Perły przed wieprze, „Konteksty”, nr 3-4 1994; Joanna Mąkosa, Łukasz Wojtusik, Zabijanie za kotarą, śnięta ryba w ekotorbie, czyli przedświąteczny karp w hipermarkecie; Bruno Latour, Polityka natury; Jacek Podsiadło, Podwójny język, „Polityka”, grudzień 2003; Taki mój karpi los…, Prezydent ułaskawił karpia, Karp też człowiek, animalpedia.pl.

Zdjęcia: Klub Gaja, behance.net

Filmy: John Cleese w reklamie banku odgrywał skecz, w którym walcząc z martwym karpiem apelował do Polaków: „tanio łatwo szybko”, Jak zabić karpia, warunek +18.

Joanna Mroczkowska - antropolożka, doktorantka w IBI AL UW.

Twój komentarz