Op. cit.,

Tagi: antropologia ciała | antropologia medyczna | technologia

Historie czerwonych buteleczek. Chemioterapia jako technologia transgresyjna

18 marca 2010

Hubert Wierciński

Chemioterapia, oprócz sensu czysto medycznego, posiada także głębokie znaczenie symboliczne. Kolejne dawki czerwonej substancji przekształcają zarówno ciało jak i osobowość chorego.

Tekst został opublikowany w 41. numerze czasopisma „Opcit”.*

Pomimo długotrwałych badań i obietnicy cudownego remedium, którą składają medycyna, media i w ogóle współczesna kultura, skupiona na kulcie zdrowia, świetnego wyglądu i dobrego samopoczucia, chemioterapia ciągle jest jedną z najpowszechniejszych metod walki z rakiem. Mechanizm chemioterapii, oparty na lekach cytostatycznych, dąży do zabijania dzielących się komórek nowotworowych. Koszmarnym efektem ubocznym jest destrukcyjne działanie na cały organizm, prowadzące do znacznego wyniszczenia ciała pacjenta. Pączkujący nowotwór zostaje zabity, ale wraz z nim umierać zaczyna ciało i człowiek, któremu powiedziano, że ma raka.

Opowieści o chemioterapii, zbierane przeze mnie latem tego roku, zaczynają się bardzo podobnie – od czerwonej buteleczki. W niewielkim, szklanym opakowaniu zawieszonym przez pielęgniarkę na stojaku do kroplówki jest trochę niewinnie wyglądającego płynu, który przez rurkę ma skapać do żył i wykończyć rozrastającego się intruza. Nic nie zapowiada tego, co zacznie się już za kilka godzin. Na oddziale panuje miła atmosfera, a pokój z łóżkiem i kroplówką jest czysty i sterylny.

Jedna z moich rozmówczyń wspomina: „Chemioterapia, to muszę przyznać, że jak poszłam po raz pierwszy, to nie spodziewałam się, że tak ona może na mnie wpłynąć. Byłam pewna, że jeśli ta kroplówka kapie, z czerwonej buteleczki, bo to była czerwona ta chemia, to ona mi nic złego nie zrobi. Tylko obserwowałam, ale żyłki się zmieniały, zmieniały kolor na czerwony”.

Odbarwiające się żyły to zazwyczaj pierwszy znak zmiany, traktowany jako budzące niepokój kuriozum. Jeszcze tego samego dnia lub nazajutrz, oznaki działania chemii zaczynają być widoczne. Z ciałem dzieje się coś dziwnego i zarazem przykrego – wyostrza się do nieznośnej skali percepcja dźwięków i kolorów, narasta ból głowy, zaczynają się długotrwałe i męczące wymioty, trwające niekiedy całą dobę.

Kobieta, która rano tego samego dnia dostała pierwszą dawkę, wieczorem czuła się potwornie: „Nie mogłam… Na nikogo nie patrzyłam, prosiłam, żeby drzwi pozamykali, bo mnie szum wody i radio grające, i telewizor, nawet te światełko w telewizorze, które się pali, też przeszkadzało”. Uderzenie chemioterapii jest niespodziewanie szybkie i intensywne: „Pamiętam po pierwszej chemioterapii, dosłownie dzień, kiedy kąpałem się i zacząłem myć głowę i normalnie włosy zaczęły mi wypadać garściami. No szok, niedowierzanie, że tak szybko i że to już” – wspomina inny mój rozmówca. O chemii na oddziałach onkologicznych krążą ponure legendy. Chorzy dzielą się swoimi wrażeniami i przykrymi doświadczeniami, lecz nowicjusze nie wierzą lub nie chcą wierzyć, że czeka ich wielka transformacja ku nowej osobowości.

Chemioterapia, oprócz sensu czysto medycznego, posiada także głębokie znaczenie symboliczne. Kolejne dawki czerwonej substancji przekształcają zarówno ciało, jak i osobowość chorego. Chemia zatem to przykład transgresyjnego działania technologii medycznej. Tak jak tomograf czy endoskop, przesyłając obraz wnętrzności na ekran, przekształcają ciało żywe, mięsne w ciało technonaukowe (Thacker 1999), tak chemioterapia dokonuje technologicznej transformacji ciała i psychiki pacjenta.

Lecz czy chemia to technologia? Nie składa się przecież z obwodów elektrycznych, nie ma procesorów, ekranów ani obudowy i nie prześwietla jak rentgen. Dla pacjentów jednak fiolka z czerwonym płynem to wytwór całkowicie syntetyczny, opracowany przez zespół naukowców w fartuchach w laboratorium wypełnionym aparaturą. Starsza kobieta mówi: „No właśnie, to szereg ludzi w laboratorium pracuje, tylko to nie raz jest kłopotliwe pacjentom, że tak powiem, kilometry tych opisów, że trzeba czytać bardzo dużo i drobnym maczkiem”. Lek, za który uważa się także chemię, poprzez wyobrażenie swej sztuczności, przeciwieństwa czegoś naturalnego umiejscowiony zostaje na tej samej półce co rezonans magnetyczny i rentgen.

W przypadku chemioterapii opozycja pomiędzy pojęciami tego, co naturalne, a sztuczne rysuje się bardzo wyraźnie. Chemia (już sama nazwa wskazuje na syntetyczność) ze względu na swe oddalenie od naturalności działania staje się czymś dwuznacznym, przez co demonicznym – lekiem, który doprowadza chorego do skraju wycieńczenia, aby ofiarować mu nowe życie.

Przemiana spowodowana chemioterapią zaczyna się najczęściej od ciała. Z głowy wypadają włosy, twarz i usta puchną, chory tyje lub chudnie (w zależności od innych branych leków). Dwudziestokilkuletni mężczyna wspomina: “Następnego ranka wchodzę do łazienki, zapalam światło, do lustra i kolejny szok – to nie ja! No i trwało to, zanim oswoiłem się ze swoim wyglądem”. Włosy, których mu wszyscy zazdrościli – były ładne, mocne i świetnie się układały, wypadły błyskawicznie – „No miałem fajnego jeżyka i nagle go nie mam, tracę go z dnia na dzień. I to wbrew sobie, nie to że chciałem zmienić swoją fryzurę”. Została łysa głowa, z powodu której chłopak zaszywa się domu – „Wiadomo, jak łysy to jakieś ma poglądy, niekoniecznie najpopularniejsze – jakiś rasista, skin, kibol, który leje się”. Zwierciadło jako odbicie trudnej prawdy o ciele pojawia się w prawie wszystkich rozmowach.

Lustro w łazience przeszkadza – pokazuje człowieka obcego i oszpeconego. Narratorzy unikają go, przynajmniej w początkowej fazie terapii, zanim oswoją się z nową sytuacją. Widok łysej głowy, podkrążonych i przekrwionych oczu, spękanych i opuchniętych ust powoduje, że chory zadaje sobie pytanie – czyje to odbicie? Bywa, że z łazienki i innych pomieszczeń w domu znikają zwierciadła, przynajmniej do czasu poprawy samopoczucia, które następuje zazwyczaj kilka dni po podaniu leku. W późniejszej fazie terapii, kiedy zmiany ciała osiągają punkt kulminacyjny i przestają być gwałtowne, a pacjent i jego najbliżsi oswajają się z nowym wyglądem, lustra wracają na miejsce i nabierają nowego znaczenia.

Chory w trackie chemii doświadcza granicy siebie. Stan wyczerpania, bólu i niemocy wzbudza wątpliwości i prowokuje pytania – czy podana dawka nie jest za duża, czy z jakiś powodów lek nie zadziałał źle, czy może być jeszcze gorzej? Moi rozmówcy mieli wrażenie, że są o krok od śmierci, a ciało które widzą w lustrze, należy do kogoś zawieszonego pomiędzy światem żywych, a umarłych. Chemioterapia zatem to technologia o mocy wizualizującej, dzięki której pacjent nabywa nowej wiedzy o sobie i przekracza bariery, których istnienia zdrowy człowiek nawet nie podejrzewa.

Kluczową rolę w niemalże każdej opowieści odgrywają wymioty, towarzyszące chorym już od pierwszej doby terapii. Wymiotowanie wszystkim, co tylko znajduje się w żołądku – resztkami pokarmu, kwasem, żółcią – jest czynnością budzącą odrazę i wycieńczającą zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Gdy nie ma już czym wymiotować, pozostaje sam odruch. Wymioty postrzegane bywają jako reakcja obronna organizmu – ciało oczyszcza się ze złych i trujących substancji.

Chory, wymiotując wiele godzin, wymiotuje samego siebie, wydalając symbolicznie na zewnątrz chorobę, trucizny i stare „ja”. „Ja” sprzed choroby zastępuje nowa osoba, która „schodzi do piekieł” i dotyka granic cierpienia fizycznego i psychicznego. Podróży tej towarzyszy strach i niepewność. Kobieta, u której przez przypadek rozpoznano nowotwór złośliwy piersi wspomina: „Bo ja nawet jak przechodziłam tą chemię, te naświetlania, to ja w czasie naświetlań, leżąc na tym stole modliłam się. W duchu się modliłam, na głos nie oczywiście, ja nie mogłam się ruszać, bo czasem człowiek nie może się ruszać. Także ja się w duchu modliłam, wszystkie pacierze potrafiłam w duchu powiedzieć”.

Przed kolejną dawką chemii pojawia się pytanie o sens przyjmowania leku. Chorzy niejednokrotnie wahają się lub chcą zrezygnować z dalszego leczenia, uznając je za zbyt ciężkie. Ostatnia porcja przypomina torturę – płyn ścieka powoli, pacjent przykuty do łóżka chce opuścić szpital, ale nie może. Należy szczególnie uważać na siebie i zrezygnować z aktywności fizycznej. Życie staje się bardzo ograniczone i niebezpieczne.

Jeden z rozmówców tak oto opisuje ten stan: „Musiałem zrezygnować całkowicie ze sportu, jakiegokolwiek sportu, wysiłek fizyczny nie był wskazany, wręcz zabroniony. Nie daj Boże jakieś skaleczenie czy coś, przy słabych wynikach krwi, było dość niebezpieczne. Ograniczony człowiek zupełnie”. Chemioterapia, choć jej celem jest wyleczenie chorego, paradoksalnie staje się dla niego pułapką, z której można wyjść na dwa sposoby: albo – po odbyciu wszystkich sesji – jako wyleczony, albo jako kolejna ofiara nowotworu.

Mimo, że chemia najczęściej ogranicza się do kilku serii rozłożonych w czasie, okres, w którym pacjent odczuwa skutki jej działania, jest znacznie dłuższy. Po zakończonej serii należy wykonać badania kontrolne, na podstawie których prowadzący lekarz lub zespół zadecyduje, czy trzeba podać kolejne porcje leku. Po chemii i zabiciu nowotworu rozpoczyna się mozolny powrót do zdrowia. Powoli odrastają włosy, ciało się zmienia i wraca do normy sprzed leczenia. Towarzyszy temu ciekawość ze strony chorego i uważna obserwacja organizmu.

Rezultat odbudowy ciała nie jest pewny – „Wiedziałem, że włosy odrosną, lekarze wytłumaczyli, że to włosy odrastają, że są zazwyczaj silniejsze, żartowali, że często jest tak, że ktoś, kto miał ciemne włosy, po chemioterapii odrastają mu włosy blond, ktoś miał proste, to ma loczki, tak więc w formie żartów. Sam byłem ciekawy, co to będzie”. Pełna rekonwalescencja wymaga specjalnej diety wspomagającej szpik oraz stopniowo wprowadzanych ćwiczeń, które mają odbudować nadwerężone mięśnie. Rozpoczyna się okres pracy nad samym sobą, kiedy ciało na nowo jest kształtowane.

Okazuje się też, że po chemioterapii zmienia sposób postrzegania świata. Osoby, które wychodzą z choroby nowotworowej, stają się uważne i bardziej świadome własnego organizmu oraz zasad jego działania. Moi rozmówcy często mieli wrażenie, iż stali się ludźmi bogatszymi i pełniejszymi. Poszerza się spektrum doznawanych emocji oraz sposób ich przeżywania. Z jednej strony zwiększa się wrażliwość i wyczulenie (także na drugiego człowieka), z drugiej zaś pomyślne przejście chemii wzmacnia odporność psychiczną. Zmieniają się również nawyki i preferencje.

Chemia potrafi pozostawić po sobie bardzo mocne urazy i przykre skojarzenia. Za przykład może posłużyć czerwień. Jeszcze w trakcie kuracji jedna z narratorek nabrała trwałego urazu do czerwonej barwy. Jak wspomina, nie mogła pić a nawet patrzeć na czerwony kompot w kuchni, na czerwone butelki, płyny i przedmioty. W miarę zdrowienia sytuacja wracała do normy, choć pamięć o czerwonej butelce pozostała.

*

Antropolog postawiony w sytuacji uczestnika dramatu, jakim niewątpliwie jest opowieść o chemioterapii, może jedynie słuchać i interpretować nagrywane na taśmę słowa. Okazuje się bowiem, że współuczestniczenie i uwspólnienie doświadczenia w antropologii medycznej bywa bardzo trudne, czasem niemożliwe i wreszcie zupełnie niechciane – kto chciałby znaleźć się na oddziale onkologii i spróbować na własnej skórze kulturowości raka? Oczywiście istnieją inne formy doświadczania, a Malinowski w szałasie tubylca nie musi mieć racji.

Ilekroć jednak zabieram się za zagadnienia związane z medycyną, problem ten powraca jak bumerang. Chorzy przecież są częścią społeczeństwa. Prawdą jest, że często spycha się ich na margines, lecz choroba i terapia to zjawiska powszechnie znane ogółowi. Badania antropologiczne w przestrzeni medycznej uświadamiają jednak, że pomiędzy zdrowym badaczem a chorym narratorem istnieje przepaść tak wielka, że jej przebycie może okazać się zupełnie niemożliwe. Choroba to ta wyjątkowa dziedzina, w której antropolog nie może wejść do jurty, uciec przed policją rozpędzającą nielegalne walki kogutów albo zatrudnić się w fabryce ryb. Co więcej, polski system lecznictwa stanowi stosunkowo zwarty i precyzyjnie zakreślony zbiór osób, wiedzy i wartości. Stąd antropolog – postać mało znana i raczej enigmatyczna – w świecie medycznym to raczej intruz, niż partner do dialogu (Leininger).

Czy istnieje zatem sensowne rozwiązanie i nadzieja na przebicie się antropologii do świata medycyny? Być może rozwiązaniem jest zacieśnienie współpracy pomiędzy antropologami a przedstawicielami nauk medycznych. Zwrócenie uwagi na inne wymiary choroby i terapii – na kategorię illness, na kulturowe uwarunkowanie obydwu dziedzin, pozwoli lekarzom widzieć w pacjentach kogoś więcej, niż przypadek wymagający leczenia.

Opcity: Anthony Giddens, Nowoczesność i tożsamość; Madeleine Leininger, Current Issues in Using Anthropology in Nursing Education and Services (“Western Journal of Nursing Research”, nr 23/2001); Tomasz Rakowski, Medycyna humanistyczna. Nowe wyzwania w praktyce lekarskiej (“Medycyna po dyplomie”, nr 10/2008); Eugene Thacker, Performing the Technosientific Body: RealVideo Surgery and the Anatomy Theater (“Body & Society”, nr 5/ 1999).

Hubert Wierciński - w czasie pisania tekstu student II roku studiów magisterskich na kierunku Etnologia i Antropologia Kulturowa na Uniwersytecie Warszawskim, obecnie doktorant tamże. Miłośnik antropologii medycznej i Kurta Vonneguta.

Twój komentarz

Komentarze: 1

  • Mocne, bo prawdziwe do bólu napisał/a:
    1 rok, 5 miesięcy temu (8 grudnia 2010, 15:35)

    Bardzo mocny, ale też bardzo prawdziwy tekst.