Op. cit.,

Tagi: antropologia ciała | badania terenowe

Ekstrasens

18 marca 2010

Magdalena Zatorska

Moi rozmówcy z niewielkiego miasteczka na Zachodniej Ukrainie na określenie osób o nadzwyczajnych zdolnościach (na przykład przepowiadania przyszłości), charyzmatycznych uzdrowicieli posiadających silną wewnętrzną energię stosują termin ekstrasens. „Ekstra to jest naj. Najlepszy. Nad. A sens to jest człowiek, żywy organizm. Nadodczucie, naduczucie… To, co daję ludziom” – wyjaśnia pani Lida.

Tekst został opublikowany w 41. numerze czasopisma „Opcit”.

Późny kwietniowy poranek, trochę chłodny, ale nie na tyle, by bardzo zmarznąć. Od ponad godziny czekałam na podwórku przed domem, w którym przyjmuje pacjentów pani Lida. Dom był murowany, równie szary i osypujący się jak większość starych budynków w okolicy, niewielki – mniej więcej dwadzieścia metrów kwadratowych – przytulony do parkanu, wciśnięty między grządki warzywne a zastawiony sadzonkami ciężki, zniszczony stół. Stałam wśród pacjentów, którzy w nerwowym oczekiwaniu spoglądali na drogę – i na siebie nawzajem – rzucając krótkie, wypowiadane pod nosem zdania: „Żeby kazać na siebie czekać tak długo…”.

Materiały zebrane podczas kilku wyjazdów na Ukrainę między kwietniem a październikiem 2007 roku, w tłumaczeniu autorki tekstu.

Dwie kobiety z oddalonego o godzinę drogi Lwowa zrezygnowane, niemal apatyczne oczekiwanie przerywały podejmowaną co i rusz na nowo decyzją powrotu do miasta. Aby dotrzeć do pani Lidy jak najwcześniej, wstały jeszcze przed świtem, a teraz, głodne i niewyspane, nie chciały przekreślić spędzonych tu godzin. Wszyscy skupieni byliśmy na sobie: na podliczaniu traconego czasu i rozważaniu, czy dalsze czekanie ma sens; a jednak odniosłam wrażenie, że „podglądamy się” nawzajem. Nasze spojrzenia spotykały się raz na jakiś czas; zawierano drobne sojusze, rozmawiając o dzieciach i chorobach, choć nie nazwałabym tego wymianą doświadczeń. Nawet rozmowy zawiązujące tak zwaną nić porozumienia urywały się niespodziewanie w pół słowa.

Ta dziwna, ulotna, tymczasowa wspólnota opierała się na poczuciu zawieszenia w stanie oczekiwania – doświadczeniu, które podzielaliśmy wszyscy. Podparte ono było wciąż ponawianym pytaniem: czy pani Lida na pewno się zjawi? Towarzyszące mu napięcie podsycały kolejne podjeżdżające pod bramę samochody, z których, zamiast niej, wysiadali następni pacjenci.

Zarysowany tu stan oczekiwania posiada cechy, które definiują charakter późniejszych relacji między pacjentami, między pacjentami a lekarką oraz stosunek pacjentów do własnego ciała podczas procesu leczenia i pozwalają uchwycić sposób kształtowania tych zależności przez lekarkę. Spotkanie obcych sobie ludzi, którzy będą wspólnie uczestniczyć w leczniczych seansach oraz uwaga, jaką każdy z obecnych poświęcał własnemu ciału, zmęczonemu oczekiwaniem, dającemu się we znaki poprzez głód, zimno czy niewygodę – stanowią elementy charakteryzujące całą późniejszą sytuację leczenia.

Ja muszę tylko dawać, wy musicie tylko brać

Spodziewałam się staruszki w kwiecistej chustce. W tych okolicach kobiety, które leczą, nazywa się babkami, babami. Pani Lida zaskoczyła mnie dziewczęcym sposobem noszenia się: rozkloszowana dżinsowa spódnica do kolan, zapięta pod szyję bluzka w błękitną kratkę i kręcone, miękko układające się włosy do ramion. Nieumalowana. Bezpretensjonalna. Podważająca zarówno moje wyobrażenia na temat znachorki, jak i polski stereotyp ukraińskiej pięćdziesięciolatki.

Pani Lida leczy od kilkunastu lat. Pracuje razem z synem, studentem drugiego roku medycyny. Niektórzy z mieszkańców miejscowości poważnieją, gdy o nim rozmawiamy. Poruszają ich jego autorytarne wypowiedzi, twierdzą, że odgaduje on chorobę pacjenta zanim go zobaczy. Odniosłam wrażenie, że Sasza specjalizuje się w dopracowywaniu tego wizerunku. Gdy po raz pierwszy pojawiłam się przed domem, w którym przyjmują, powiedziałam otwarcie, że jako studentka etnologii piszę pracę magisterską o medycynie alternatywnej. Sasza stanowczym, wyzbytym emocji głosem podsumował moją obecność: „To szpieg”. I choć pani Lida zareagowała na te słowa śmiechem i lekkim zakłopotaniem, ja poczułam się co najmniej nieswojo. Podważyło to moją pewność siebie w nieco inny sposób, niż mogliby się tego spodziewać świadkowie zdarzenia. Kto trafniej ująłby w dwóch słowach wątpliwości etnografki?

Weszliśmy do niedużego pomieszczenia o zimnych, gołych ścianach. Mój wzrok przyciągnął napis: „Seans – 25 hrywien”. W części oddzielonej szerokim parawanem stało łóżko oraz leżały wszystkie stosowane w leczeniu przedmioty – igły do akupunktury, leki, czerwona włóczka, lampy na podczerwień. To stamtąd przez cały dzień dobiegają odgłosy masażu – uderzenia rąk Saszy.

Pacjenci siadają na rozstawionych pod ścianami drewnianych ławach. Ci, którym chłodno, wybierają miejsce przy starym, kaflowym piecu. Pani Lida podchodzi kolejno do każdego z nich, wypytuje o samopoczucie i niemal od razu rozpoczyna zabieg przekazywania energii. Przysuwa wyprostowaną dłoń do ciała pacjenta i porusza nią powoli. Potem łączy opuszki kciuka, palca wskazującego i środkowego; pozostałe dwa pozostają luźno zgięte. Porusza tak ułożoną dłonią w poziomie, szybko zginając i prostując ją w nadgarstku. Gdy dopytuję o metodę leczenia, mówi, że leczy energią; stwierdza: „Ja pracuję jako terapeuta, tylko energetyczny terapeuta”. Mówi o sobie znachorka, uzdrowicielka (ros. celitselka), a najczęściej lekarka ludowa (ukr. narodna likarka).

Indywidualne seanse – z wyjątkiem masażu oraz intymnych zabiegów – odbywają się pośrodku niewielkiego pomieszczenia. Pacjenci opowiadają o swoich dolegliwościach w obecności pozostałych osób, które stają się świadkami stawiania diagnozy oraz całego procesu leczenia. Taki sposób przeprowadzania seansu sprzyja budowaniu tymczasowych relacji między pacjentami. Ponownie zawiązuje się między nimi ulotna wspólnota, tym razem wymuszona przez publiczny charakter konsultacji i zabiegów.

Co jakiś czas z ust lekarki padają łagodne słowa upomnienia: „Ręce na kolana…” Wtedy w pomieszczeniu rozlega się szelest kurtek i płaszczy. Pacjenci i towarzyszące im osoby poprawiają pozycje; słychać, jak zwracają sobie nawzajem uwagę. Prostują plecy i unoszą podbródki nieco w górę, ustawiają równo stopy, dłonie kładą na kolanach. Niektórzy wydają się w ogóle nie słyszeć tej sugestii, inni natomiast wytrwale utrzymują sztywne ułożenie ciała nawet wtedy, gdy pozostali powoli tracą nad swoimi ciałami kontrolę, opierając się plecami o ścianę i przyjmując wygodniejsze pozycje. Jeszcze inni markują tylko wykonanie polecenia. Może dlatego, że wymagana pozycja ciała przypomina im szkolną poprawność, kojarzy się z posłuszeństwem i podległością? Pozycja ta, według pani Lidy, pozwala obecnym przyjmować energię gromadzącą się w pomieszczeniu, w którym leczy: „Ja muszę tylko dawać, wy musicie tylko brać”. Podporządkowanie się wskazówce pani Lidy i zachowanie niewygodnej i trudnej do utrzymania pozycji zmusza pacjentów do nieustannego skupienia na własnym ciele. Stanowi także manifestację ich wiary w skuteczność jej praktyk leczniczych.

To jest żywy materiał

Proces wzbudzania zaufania pacjenta, ujmowany przez panią Lidę za pośrednictwem kategorii energii, jest przez nią uważany za podstawę leczenia. W większości przypadków lekarka podczas seansu tylko przybliża dłonie do ciała pacjenta, w niektórych jednak go dotyka: „Kiedy dotykam palcami, ten człowiek nie wierzy. Rozumiesz, on ma swoją taką negatywną energię. I ja działam na nią, powinnam wzmocnić swoją energię. I kiedy jego energię złamię, kiedy moja energia robi się silniejsza, kiedy on się zgodzi, kiedy zmęczy się i przestanie przeciwstawiać, ooo, wtedy kładę o tu, o tu, o tu. Wtedy można. Bo inaczej to ja na próżno pracuję”.

Innym sposobem skłonienia pacjenta do przezwyciężenia nieufności i przełamania ewentualnego sceptycyzmu jest zabieg nastawiania kręgów szyjnych, kończący każdy indywidualny seans. Pacjent przechyla głowę na bok i kładzie ją na otwartej dłoni lekarki. Ta zaś, gdy poczuje jej ciężar, podrywa szybkim i krótkim ruchem drugiej ręki podbródek pacjenta do góry, nasłuchując charakterystycznego chrzęstu. Powodzenie zabiegu zależy przede wszystkim od pacjenta, który musi rozluźnić mięśnie karku i faktycznie oprzeć głowę na ręku pani Lidy. Wymaga to od niego świadomego podjęcia decyzji o poddaniu swojego ciała lekarce, a więc zaufaniu jej. Tylko nielicznym pacjentom przychodzi to z łatwością. Pozostali są niechętni lub pełni obaw: Staruszka powoli pochyla głowę na bok, dotyka już dłoni pani Lidy. Lekarka łagodnym głosem przekonuje ją: „Daj babunia, położyła…”. I znowu, tym razem ostrzej: „Babuńka, no, położyła. Położyła głowę! Puściła. Babunia, mnie na rękę. I puściła, proszę spojrzeć, o tak, o” – pani Lida zwiesza głowę luźno na bok. „No ja robię, ja chcę, a pani nie puszcza”. Udało się. „O tak, dobrze”.

Wzbudzeniu zaufania pacjenta służy także zdecydowany sposób stawiania diagnozy oraz jednoznaczny wybór metod leczenia. „Tylko człowiek otworzył usta, a ty masz wiedzieć, co go boli i jak będziesz leczyć. Bardzo dużo jest takich sytuacji, kiedy siedzisz i zastanawiasz się, o tak, o tak… Ale trzeba powiedzieć od razu: zrobimy tak, a jak nie pomoże, to zrobimy o tak. […] Ale jak ja cały dzień będę patrzeć: tak, nie… good bye. Znaczy, że nie zrobiłam tak jak trzeba”.

Według pani Lidy, aby skutecznie pomóc pacjentowi, konieczne są nie tylko wrodzone zdolności czy odziedziczona po przodkach silna energia pozwalająca leczyć. Wymaga to również wnikliwego oglądu pacjenta, określanego przez moją rozmówczynię jako umiejętność „wyczucia”, co mu dolega i jakiego sposobu leczenia potrzebuje. Pani Lida podkreśla, że musi się ono opierać na indywidualnym traktowaniu poszczególnych osób. To również sprzyja budowaniu emocjonalnej bliskości między pacjentem a lekarką. Pani Lida podczas kolejnych seansów zagaduje swoich pacjentów, wypytuje o codzienne zajęcia; z niektórymi żartuje, dla innych jest niemal czuła. „O ta stareńka babunia…” – podchodzi do staruszki. „Proszę wstać… Ona ma stawy, nerwy zapalone. Dotąd biegała jak ten konik polny… Ona ma Parkinsona, widzisz…? I ciśnienie… Spokojnie…” – łagodnym głosem zwraca się do staruszki. Przysuwa ręce do jej głowy, odmawia cicho Ojcze nasz. „Dobrze, teraz obniżyłam babuni ciśnienie. Ona ma bardzo dobry charakter. Jest taka bardzo łagodna…” – staruszka słysząc te słowa leciutko się uśmiecha; jest tu pierwszy raz.

Pani Lida podkreśla, że ważną rolę podczas leczenia odgrywa uspokojenie pacjenta. Zaznacza, że przekazywana podczas seansu energia ma uwolnić go od stresu, odprężyć, a nawet wzbudzić senność. Leczenie energią wiąże się tu wyraźnie z wpływaniem na stan emocjonalny pacjenta. Uczucia, według pani Lidy, stanowią nieodłączny element jej praktyk: „Kiedy pracuję z takim materiałem, to nie tylko z chorobą, ale i z odczuciami ludzi. Kiedy z nimi wchodzę w kontakt, nie mogę oddzielić jednego od drugiego. Sasza mówi, mamo, no czemu ty tak dużo rozmawiasz, ty tak omawiasz, po co ty im opowiadasz… Bo to jest moje życie, ja nie mogę inaczej, to jest żywy materiał”.

Magdalena Zatorska - antropolożka kultury, doktorantka UW, studentka Instytutu Filozofii UW

Twój komentarz