Op. cit.,

Tagi: antropologia

Dzika ekologia

15 stycznia 2011

Tomasz Rakowski

Dusza ekologiczna. Jak do tego doszło, że stała się widoczna? W roku 1995 na podlubelskich polach stało się jasne, że saletra, opryski i inne chemiczne źródła plonów pozostaną tam już na zawsze. „Kiedyś – powiedział mi młody gospodarz – nie było tych szkodników, handel teraz jakiś, wolny rynek psi, a tu szkodnik przychodzi, diabeł jeden. A jak się opryska to robaczywe, wszystko w dziurach. Kiedyś grypa trzy dni trzymała, teraz trzyma tydzień. Bo się świństwa nawlokło, ajdsów różnych i mówię, wszyscy wyginiemy… mówią, że trzy elektrownie zaraz w Rosji wybuchną”.

Tekst został opublikowany w 24-25. numerze czasopisma „Opcit”.

Na podlubelskich polach świadomość ekologiczna nastała więc przede wszystkim wraz z pojawieniem się nieokiełznanych sił – sił ekonomicznych. Świat pewnych i stabilnych wszelkiej produkcji rolnej przepadł z kretesem i zaczęły dziać się tam rzeczy zupełnie nieprzewidywalne. Nastał czas konkurencji, powszechnego handlu, ceny poszły w dół, a do tego przyszło ciągłe liczenie i przeliczanie, zmora-kalkulacja kosztów i zysków. Dopiero kilka lat później nadciągnęła tam ekologia w powszechnie znanym opakowaniu – urzędy gminy wytapetowane zostały ogłoszeniami o kursach utylizacji śmieci, kursach budowy platformy obornikowej, o nowych standardach siewnych i kursach programu SAPARD.

Cóż to jest za ekologia?

Dusza ekologiczna istniała jednak od dawna. Wiesław Myśliwski przywołuje zapisany w pamięci obraz, jak kilkadziesiąt lat temu chłopi po powodzi z furią batożyli winną rzekę, która zatopiła ich domy i pola. Sir James Frazer stworzył zaś kompendium najbardziej zachwycającej wiedzy ekologicznej, zbierając wszystko co popadnie („błyskotliwa sroka”) spośród różnych przykładów zaklinania i przebłagiwania nieokiełznanych sił pogody, „dziurawienia szałasu” (Dieri), „orania deszczu” (Pszaw, Chewsur), kiełznania „wiatru – oddechu bliźniaków” (Czymsjanie). Frazer umieszcza następującą historię posuchy, gdzieś z okolic Palermo, z roku 1893: „Ludzie byli przerażeni. Wypróbowano wszystkich uznanych metod […]. Procesje szły ulicami i polami. Mężczyźni, kobiety i dzieci leżeli całymi dniami nocami przed świętymi obrazami, odmawiając różaniec. Po kościołach dniem i nocą płonęły świece, na drzewach zawieszono liście palmowe poświęcone w Palmową Niedzielę. W Solaparuta, zgodnie z obyczajem, kurz zmieciony z kościoła w Palmową Niedzielę rozsypano po polach”. Cóż to jest za ekologia? Przede wszystkim jest to doświadczanie takiego świata, w którym zjawiska fizyczne, meteorologiczne, technologiczne, ekonomiczne stają się w pełni plastyczne – rzeka staje się złośliwym i opornym „zwierzęciem do bicia”, wiosenne grzmoty otwierają szeroko ziemię dla kiełkujących bulw („wypróbowano wszystkie metody”), a nawozy fosforowe i owadobójcze płyny intensyfikujące urodzaje zamieniają się w katastrofę rosyjskich elektrowni („co zaraz wybuchną”).

Fenomeny

Ekologia znaczenie swe czerpie z greckiego słowa oikos, które oznacza „dom”, „domostwo”, „gospodarstwo”. Termin ten sugeruje zatem – zauważył to niegdyś Wojciech Michera – traktowanie środowiska naturalnego „jak własnego domu”. Mamy tu zatem do czynienia przede wszystkim z rzeczywistością z a g o s p o d a r o w y w a n i a i u p r a w i a n i a otaczającego świata. Co to znaczy? Oto naczelną aktywnością ekologiczną będzie właśnie gospodarowanie, tyle że rozumiane w sposób czynnościowy. Jest to więc przestrzeń absolutnego udomowienia – psychologiczna przestrzeń własnego ogródka. Dobry gospodarz gryzonia, który wszedł mu w ziemię, bezwzględnie zabijał (w miejscu), a drzewom owocowym groził, że je będzie bił (wołał: „bedzies rodziło? cy nie bedzies rodziło?”), a w końcu zetnie i spali. Rzecz jest tak naprawdę w tym, że jest to czynność tajemnicza i zawikłana. „Definicja gospodarowania – pisał w swoich paragrafach Max Weber – ma być możliwie ogólna i uprzytamniać to, że wszystkie »gospodarcze« procesy i obiekty zyskują ten swój charakter jedynie dzięki s e n s o w i, jaki nadaje im – jako celom, środkom, przeszkodom, skutkom ubocznym – ludzkie działanie”.

Za każdym razem sens tych działań jest zatem zupełnie inny. Mieszkańcy pegeeru na Białostocczyźnie, w duchu swej specyficznej ekologii, natychmiast po jego zamknięciu zaprzestali koszenia trawy wokół swoich bloków: tchórze, korzystając z ochrony wysokich traw, bezwzględnie pozagryzały wtedy nieliczne pozostałe popegeerowskie kury. Jeden z niezwykle sympatycznych rozmówców etnograficznych (okolice Narewki) uznał pobliskie, białowieskie lasy za znakomite do wypasania krów, do zbierania opału i pozrzucanych poroży, ale jednocześnie za całkiem możliwe do spalenia, do podpalenia, gdy tylko zajdzie taka potrzeba i „trzeba będzie postawić na swoim” (jak to zresztą bywało, podobno jeszcze za władzy carskiej, kiedy do lasu zabraniano dostępu). Na mazowieckich piachach zaś (Ostaszewo) jeden z gospodarzy zajął drogę sąsiadów, rozjeżdżał ją następnie swoimi maszynami i traktorami; natomiast swoją drogę do chałupy zaraz zaorał „żeby nie leżała”. Kiedy wybuchł konflikt pomiędzy nim a sąsiadami, stwierdził, że droga, którą jeździ, „to jego droga”. Po jakimś czasie pomiary geodezyjne wykazały, że to jednak droga sąsiadów. Choć z początku milczał, po jakimś czasie znów twierdził, że „geodety głupie” i że „to jego droga” („Co to nie nasza droga? Przecież nią jeździmy… to co, nie nasza droga?”). Tutaj właśnie trzeba postarać się dotrzeć do najgłębszych fenomenów ekologii. Jest to relacja konkretnego człowieka ze światem, w którym się znalazł, z otoczeniem, z przedmiotami, z innymi ludźmi. To właśnie tutaj rysuje się możliwość, aby – nareszcie – uciec od czczej obiektywności tego, co zewnętrzne. Przecież świat, wobec którego zwracają się inni ludzie, nie jest wcale oczywisty ani oni nie są też wcale, by użyć sformułowania świętego patrona niniejszego tekstu, Maurice’a Merleau-Ponty’ego, żadnymi „próżnującymi podmiotami” (a już na pewno nie jest taki ów sąsiad, co drogę zajął, a swoją zaorał). Każda sytuacja jest przedmiotem ich niezwykłej u w a g i, takiej, która świadczona jest obecnej sytuacji, obecnej rzeczywistości z całym zaangażowaniem. „Uwaga – pisze Merleau-Ponty – jako czynność o charakterze ogólnym i formalnym, nie istnieje. W każdym wypadku jest do zdobycia pewna wolność, pewien obszar umysłowy do z a g o s p o d a r o w a n i a [podkreślenie – T.R.]”. Chodzi więc o to, że środowisko nie jest ani zwykłą piaskową drogą pomiędzy polami, ani żadnym bujnym lasem. Nie jest też czymś dokładnie przeciwnym – droga nie może przebiegać ot, gdziekolwiek, a las nie jest przecież żadnym składem opałowym ani zwykłym surowcem. Trzeba zatem zajrzeć „pomiędzy” i zobaczyć, co tam się dzieje.

Wrażliwość ekologiczna

Zacząłem tak oglądać rzeczy dookoła. Wokół mojego domu rozciąga się strefa ochronna warszawskiej huty, w szpalerach topoli wiszą zardzewiałe tablice z napisami „Nie zbliżaj się! Strefa przemysłowa”. Pierścienie drzew graniczą z wyspami starych Młocin, na które składa się kilka dziewięćdziesięcioletnich domów wypełnionych rodzinami mieszkańców kwaterunkowych. Są to domy, które przez wiele lat dzielnie opierały się wyludnieniu bacznie strzeżonych okolic huty. Przez ten czas cała sprawa mrocznego przemysłu, mrocznego terenu zużyła się mocno, zużyły się domy, ludzie. Coraz wyraźniej widać siedliska pełne gratów i rupieci, wpółrozmontowanych ciężarówek, osi, resorów, a nad tym wszystkim górują pobudowane z beczek letnie prysznice. Jeden z właścicieli owych rupieciarni zaczął w pewnym momencie hodować i sprzedawać świnki wietnamskie, gładkowłose, niskobrzuche. Dzieje się to wszystko w sposób całkiem nieprzewidywalny, bez czyjegoś udziału, bez jakiegokolwiek zainteresowania. Za wąskim pasmem rudych topoli ciągnie się stara huta, dokąd poza mną nikt chyba nie chodzi. Żadna ręka nie dotyka huśtających się haków i urwanych przekładni. Czasem, jak zjawa, wyjedzie pociąg z dymiącymi kotłami żużlu, zazgrzyta nad rozkręconymi torami i cicho wraca. Po co? – tego nie wiem. Huta jest właśnie tak uprawiana, że to uprawianie i zagospodarowywanie polega na machnięciu ręką i odwróceniu się plecami. „Świat – pisał wprost Merleau-Ponty – nie jest przedmiotem, którego prawa konstytucyjne byłyby mi znane”. Dowodem na wrażliwość ekologiczną stają się takie właśnie miejsca, gdzie otoczenie mocno się zużyło. To właśnie tam, trochę paradoksalnie, środowiska nabierają szczególnej plastyczności i stają się podatne na ową wrażliwość. Tam też wydarza się najwięcej i tam wyzwalają się nowe, niezrozumiałe zjawiska.

Nowe ekologie

Popatrzmy: w zdezindustrializowanym Wałbrzychu byli górnicy rozmontowują resztki urządzeń, okablowania, infrastruktury, kopią biedaszyby. Wielu z nich dopiero teraz zaczyna zwracać uwagę na szczegóły mocowań detali, na niemieckie inskrypcje. Znajdują oni, kopiąc, przedmioty cenne, niezwykłe, misterne. „To zadziwiające, że przez te wszystkie dziesięciolecia [kiedy kopalnie pracowały pełną parą – T.R.] – mówią kopacze – nikt się tymi przedmiotami, tymi »skarbami« nie interesował”. Od kilku lat cała historia, cała wiedza schodzi tam, powiedziałbym, na poziom r z e c z y. W Wałbrzychu i niedalekiej Świdnicy u wielu osób można znaleźć poniemieckie pocztówki z niemieckojęzycznymi nazwami przedstawiające miejsca, w których żyją, w których mieszka już trzecie i czwarte pokolenie. Niektórzy zakładają prywatne witryny internetowe i tam umieszczają swoje zbiory poniemieckich map górniczych, zdjęć i widokówek, narzędzi, metanomierzy, lamp. „Nazywam się Aleksander Mucha. Jestem inżynierem górnikiem, byłym pracownikiem kopalń węglowych”, tak podpisuje swą witrynę jeden z kolekcjonerów. „Witryna ta – pisze dalej – w prosty i przystępny sposób prezentuje przedmioty i obiekty, których w pogórniczym Wałbrzychu n a k a ż d y m n i e m a l k r o k u j e s t w i e l e i na które często nawet nie zwraca się uwagi”.

„Wszystkie rzeczy – można po raz kolejny powtórzyć za Merleau-Pontym – stają się konkretyzacjami środowiska”. Środowisko, można by zatem przyjąć, staje się tym, co rzeczywiste i co nie jest żadną fizyczną materialnością. Jego plastyczność i coś, co nazwałbym ożywianiem, zaczyna się jednak często właśnie w sposób niszczycielski, budzący sprzeciw. Jak to się dzieje? Środowisko nie jest żadnym przedłużeniem ekonomii ani wiedzy ekologicznej ani też nie ma nic wspólnego z estetycznym zachwytem. Jest świadectwem tajemniczej, ożywającej przeszłości i bezlitosnej wiary w przyszłość. Jest tym miejscem, gdzie każda historia, póki jeszcze pozostaje poza naszym zasięgiem, dopiero się zaczyna. To właśnie wtedy zaczyna ona nabierać kształtów, zaczyna znaczyć i wtedy powstają nowe zupełnie światy, nowe pejzaże. Nowe ekologie.

Opcity: James George Frazer, Złota gałąź; Aleksander Jackowski, Roch Sulima, Wiesław Myśliwski, Myśmy ustanowili przyrodę – rozmowa („Konteksty” nr 3–4, 1994); Maurice Merleau-Ponty, Fenomenologia percepcji; Wojciech Michera, Śmierć Jasia i Małgosi („Konteksty” nr 3–4, 1994); Max Weber, Gospodarka i społeczeństwo.

Zdjęcia autora

Tomasz Rakowski - adiunkt w IEiAK UW, antropolog badający środowiska biednych i wykluczonych, autor książki „Łowcy, zbieracze, praktycy niemocy”. Pracuje jako lekarz na oddziale ratunkowym jednego z warszawskich szpitali. ur. 1974 r.

Twój komentarz