Dzicy prażanie idą do kina
4 marca 2010
Aby w danym miejscu mógł zamieszkać jego Duch, nie wystarczy dobra kuchnia, ciekawa architektura ani nawet niepowtarzalna atmosfera (czymkolwiek miałaby być). Genius loci żywi się przede wszystkim ludźmi. Dlatego – do zadomowienia się – potrzebuje dzikich.
Dzicy – zwani przez źle pojętą grzeczność „Obcymi” – jak wiadomo, mieszkają za lasem, za górą, za morzem lub za jakąś inną naturalną i strukturalną przeszkodą. Niestety w warunkach miejskich trudno o przeszkodę naturalną. Dzicy dają sobie jakoś z tym radę (mieszkając za rogiem, po drugiej stronie ruchliwej ulicy, na sąsiednim osiedlu). Jednak wciąż natura jest najlepszą pożywką struktury, dlatego najlepsi Dzicy osiedlają się za rzeką (byle byłaby wystarczająco szeroka, pozbawiona „ucywilizowanego” nabrzeża, a – najlepiej – w miarę dokładnie rozbijała integralność miejskiego systemu komunikacyjnego).
Mają swoje „drugie brzegi” Paryż, Rzym, Wiedeń, Bratysława, Wilno i inne zacne miasta, które bez Dzikich nie byłyby tym, czym są. Mieszkańcy Hamburga utrzymują, że na południe od Łaby zaczyna się Bawaria (czyż mamy lepszy zachodnioeuropejski przykład Dzikiego niż jodłujący Bawarczyk w skórzanych spodniach, kapelutku z piórkiem, głosujący na skrajną prawicę?).
Niestety rozwój miejskiej infrastruktury, a przede wszystkim wzrost popytu na genius loci sprawia, że Zatybrze – i jemu podobne mateczniki Dzikich – tracą swoją dziką moc. Wprowadzają się do nich (w kolejności): artyści, turyści, międzynarodowy biznes gastronomiczno-hotelarski, brytyjscy, niemieccy i – w końcu – amerykańscy emeryci. Przy okazji Dzicy przestają być dzicy. Po części dlatego, że nigdy tacy nie byli, a po części w wyniku ewikcji, eksmisji, ekspropriacji i zwykłych oszust deweloperów.
Ponieważ Dzicy znikają, trzeba ich zrekonstruować (inaczej cały biznes straciłby odrobinę na romantyzmie). Dlatego powstają między innymi takie filmy jak Rezerwat Łukasza Palkowskiego, których aktorzy – jak zauważa twórca – muszą być naturszczykami, gdyż inaczej nikt by w nich nie uwierzył. Naturszczycy niestety nie są już prawdziwymi Dzikimi, tylko ich potomkami w dresach. Aby ich uprawdopodobnić, należy wprowadzić do scenariusza nieco Wiecha, który jako pierwszy stworzył „praski klimat”: „W filmie często wspomina się o »kodeksie praskim« […]. Z tego prawdziwego kodeksu rzeczywiście zostało niewiele […]. To niestety przeszłość. Wszelkie kodeksy straciły na mocy wraz z pojawieniem się zjawiska zwanego »dresiarstwem«” – opowiada reżyser filmu.
Film to jednak dopiero początek rekonstrukcyjnych narracji. „Praska publika […] sama dała seans warty pióra Wiecha”. W ten sposób zaczyna się artykuł Anny S. Dębowskiej, która w „Gazecie Stołecznej” opisuje przeżycia pana Piotra – człowieka z „zachodniej Polski”, który od pół roku mieszka na warszawskiej Pradze, a niedawno wybrał się do praskiego multipleksu, by obejrzeć film Rezerwat. „Czasami, muszę przyznać, przeraża mnie dzikość tego miasta, a zwłaszcza jego azjatyckiej części z Wietnamczykami – przyznaje [pan Piotr]”.
Nie do końca jest jasne, czy dla człowieka z zachodniej Polski „azjatycka” część Warszawy to te jej emanacje, które związane są z wietnamskimi warszawiakami (rozsianymi po całym mieście), czy też właśnie leżąca na wschodzie Praga. O tym, że zachodzi ten drugi przypadek, świadczyć może następująca relacja o dzikich: „kiedyś w autobusie jadącym przez ulice Starej Pragi jeden z pasażerów oddał mocz prosto w spodnie. Naciekło mu przez nogawkę do buta, więc po prostu zdjął i wylał wszystko na podłogę”.
Dziki kieruje się zupełnie innymi zasadami niż My. Nie potrafi okiełznać swoich potrzeb, nie przejmuje się konwenansami, jest szczery: „ludność prawobrzeżnej Warszawy nie ma zwyczaju powciągać emocji […] tylko na Pradze kino zachowało jeszcze swój prawdziwie ludyczny charakter […]. [Gdy główny bohater filmu] waha się, czy sfotografować obnażoną pierś fryzjerki, czy też ją pocałować, praska publiczność nie miała wątpliwości: »Zerżnij ją« – rozległy się ryki”.
Szczerzy Dzicy nie bawią się w niuanse. Dlatego „ryczą”, a nie „krzyczą” czy „wołają”. Dlatego też kino zachowało dla nich „ludyczny charakter” – a nie stało się wysublimowaną rozrywką, filozofią życiową czy okazją do spotkań towarzyskich, jak w przypadku Nas – cywilizacyjnie wypaczonych ludzi z „lepszego świata”.
„Lepszy świat” zresztą w ogóle w małym stopniu dotyka mieszkańców Pragi: „Na ekranie właśnie było widać charakterystyczny budynek Dworca Centralnego oraz hotel Marriott, gdy pan Piotr usłyszał dialog siedzącej obok pary 20-latków: »Ty, gdzie to jest?« – zapytała dziewczyna. »No, nie wiem, chyba gdzieś w centrum« – odpowiedział chłopak”.
Cóż lepiej definiuje Dzikiego niż jego oddalenie od Centrum? Niż jego peryferyjna niewinność? Niż jego nieświadomość „charakterystycznych” budynków, które – nie przez przypadek – okazują się dworcem i hotelem – ponowoczesnymi nie-miejscami, przestrzenią przejściową, uniemożliwiającą zapuszczenie korzeni, wyprutą z historii i tradycji. Dzicy trendów wypruwających z tradycji się nie imają: „Słyszałem już o tym, że dawni mieszkańcy Pragi nie zapuszczali się w ogóle za Wisłę, czyli do lewobrzeżnej Warszawy, ale nie sądziłem, że i dziś jest to jeszcze możliwe”.
Dzicy zachowują ciągłość tradycji, są przywiązani do swojego habitatu. Ich sposób patrzenia na świat pozwala traktować ich jako jednorodną grupę. Grupę, której członków łączą gorące relacje: „Licznie przybyli na seans autochtoni przyjęli film Łukasza Palkowskiego z entuzjazmem. Występuje w nim wielu naturszczyków, rodowitych mieszkańców dzielnicy. – Co chwila ktoś z sali rozpoznawał na ekranie znajomego – opowiada pan Piotr. Z różnych części sali rozlegały się więc okrzyki w rodzaju: »O, patrz, k…, to Czesiek!«”.
Można się zastanawiać, co w ogóle w kinie robią prascy autochtoni, skoro Palkowski w cytowanym wywiadzie stwierdza; „wszystko, co się nazywa »ukulturalnianiem«, tak naprawdę spycha prawdziwą Pragę na coraz dalsze obrzeża. Głównie dlatego, że nie korzystają z nich lokalni mieszkańcy, tylko owa lewobrzeżna Warszawa, która się tutaj osiedla”. Jednak odpowiedź daje nam pan Piotr: „A już na koniec, gdy przez ekran przewijały się napisy końcowe, którym towarzyszyła praska piosenka, kilku ubranych w dresy osobników wzięło się pod ręce i zaczęło tańczyć w rytm melodii”.
Jeśli byli ubrani w dresy, nie byli prawdziwymi Dzikimi. Wszak „dresiarstwo” wypiera prawdziwą Pragę tak samo jak warszawka i buldożery. „Między starymi kamienicami widzimy kuriozalne plomby, które być może dobrze wyglądałyby w centrum, ale na Pradze budzą jedynie śmiech” – mówi Palkowski i dodaje: „To przestaje być skansen. Praga po prostu znika. Przynajmniej taka, jaką chcielibyśmy widzieć, jaką staraliśmy się pokazać”.
Opcity: Michał Burszta, Na ch… nam, k…, ta Praga?, „Aktivist”, nr 1/2008; Anna S. Dębowska, Jak prażanie oglądali film „Rezerwat” o sobie, „Gazeta Stołeczna”, 16.01.2008; Julita Żylińska-Imiołek, „Każde miasto ma swoją Pragę”. Rozmowa z Łukaszem Palkowskim, www.recenzenci.pl/wywiad/3/.
Krzysztof Cibor - absolwent Katedry Etnologii i Antropologii Kulturowej UW, urodził się i wychował na prawym brzegu Wisły. Rowerzysta.
Paweł Jaczewski napisał/a:
12 miesięcy temu (21 maja 2011, 01:18)
“Rezerwat” czy jak kto woli “Praskie miraże” (tak wstępnie miał się nazywać film) oglądałem dwa razy. Ciarki po plecach przechodzą mi nawet, jak oglądam zwiastun.
Co do zasad honorowych na Pradze to reprezentują je nieliczni, ale nie jest tak źle. Chodziłem przez cztery lata do liceum na Pradze (do Piłsudskiego – około 400 – 500 m. od miejsca kręcenia wielu scen w tym filmie).
Dresy faktycznie nie “znali” kodeksu honorowego i człowiek, który chodził ze mną do klasy podpowiadał znajomym, żeby mnie kroić, bo jestem z Marek. Przestali mnie okradać w połowie drugiego roku, jak przyszedł nowy rocznik do liceum i na nim się skupili. W każdym razie kilka razy byłem zaciągany do bramy, kilka razy widziałem jak małolatowi kopali twarz. Mnie to drugie na szczęście ominęło.
Polecam książkę: “Niebieski Syfon” o Bazarze Różyckiego. Tam był klimat – chociażby opowieść jak szkolono złodziei, którzy “subtelnie” okradali nieuważnych kupujących. Trening polegał na tym, że na osobie wieszano dzwoneczki. Jeśli złodziej ukradł nie dzwoniąc żadnym z nich przeszedł test.
Ciekawa była też gra w benkla. (3 kubki, 1 krążek i zgadywanie pod którym jest krążek). Tu metody były mniej subtelne. Jeśli ktoś za dużo wygrał to napadało na niego kilka osób, biło, okradało ze wszystkiego, co ma i uciekali. Zawsze się zastanawiałem skąd ta nazwa – otóż pochodzi ona od kosza na śmieci w gwarze praskiej czyli benkla – ponieważ grano na odwróconym do góry nogami koszu.
Paweł Jaczewski napisał/a:
12 miesięcy temu (21 maja 2011, 01:18)
Komentarz numer 2:
Autorowi polecam (jeśli mogę) przejechać się na Pragę Płn. (Płd też, ale tylko okolice Rybnej, Chodakowskiej czy Mińskiej) i powchodzić w bramy, pomieszkać tam choć kilka godzin, zobaczyć jak ludzie żyją. Pana artykuł fajnie się czyta, ale cytowanie artykułów niewiele da jeśli się tego samemu nie przeżyje.
Najbardziej znamiennym miejscem, w którym byłem jest ulica Zachariasza (przy Bazylice na Kawęczyńskiej). Slumsy pokazywane na filmach mogą się schować. Pomagałem kiedyś społecznie choremu chłopakowi mającemu problemy z chodzeniem i Jego Mamie. Dowoziłem ich i odwoziłem jak mieli coś do załatwienia (przeważnie do lekarza).
Ulica Zachariasza w skrócie – lato, 20 młodych osób z alkoholem, chłopaki, dziewczyny. W środku ich ognisko, obok jakieś porozwalane opony na których siedzieli. Jak wyglądało mieszkanie chłopaka i matki – te sceny z filmu “Rezerwat”, gdzie są pokazane klatki schodowe całkowicie pomazane nie są przesadzone – tak tam wtedy było, zresztą nie tylko tam – na Bródnowskiej, gdzie miałem dziewczynę również klatki były całkowicie zaniedbane. Teraz dużo nawet tych starych osiedli jest grodzonych, ponieważ nawet po odświeżaniu były dewastacje. Co gorsze – często na klatkach oddawano mocz i śmierdziało niesamowicie. Nie traktuję ludzi z Pragi jako “gorszych” i Pragi dzielnicy jako pośledniej na mapie warszawskich dystryktów, wręcz przeciwnie – mam kilku kolegów z Pragi, w większości to bardzo dobrze wychowani ludzie, dużo lepiej niż banany z bogatych rodzin.
Praga nauczyła mnie przede wszystkim równego traktowania ludzi. Nie ma lepszego bogacza i gorszego pijaka. Wszyscy jesteśmy tacy sami i gdy w innych dzielnicach te granice między “lepszymi”, a “gorszymi” się rozszerza, na Pradze są one zacierane.
Krzysztof Cibor napisał/a:
11 miesięcy, 2 tygodnie temu (4 czerwca 2011, 01:34)
Autor nie tylko był na Pradze, ale również na niej mieszkał, urodził się, wychowywał, chodził do szkoły. I napisał ten tekst dlatego, że o ile obrazy, jak te z ulicy Zachariasza (która znajdowała się 500 metrów od domu autora) widział nie raz, to wyjątkowo irytuje go mitologizacja “dzikich prażan” i narzekanie, że dresiarze wypierają prawdziwych, dobrych cwaniaczków. Warszawskie cwaniaczki też potrafiły zabić za nic.