Tagi: antropologia podróży
Dlaczego samuraj jest champloo?
28 marca 2011
„To prawdopodobnie fanki” – szepnęła mi do ucha Miwa, gdy przybyłyśmy pod restaurację Ikedaya w Kioto. Ujrzałyśmy parę młodych dziewcząt, które szybko zrobiwszy zdjęcia drzwiom wejściowym, uciekły w popłochu. Chwilę później z wnętrza wyjrzała kelnerka w dobrze mi znanym jasnoniebieskim płaszczyku o białym wzorze przy rękawach. To haori charakterystyczne dla Shinsengumi, grupy samurajów walczących w XIX-wiecznym Kioto ku chwale szogunatu. Piskliwym głosem zaczęła zachwalać swoje miejsce pracy. To właśnie tu ponad półtora wieku temu Shinsengumi zapobiegli porwaniu cesarza i spaleniu Kioto, dokonując masakry wrogiej grupy spiskowców. To po tym wydarzeniu stali się sławni i w ich szeregi zaczęło wstępować coraz więcej nowych rekrutów. Owo wydarzenie jednak nie zmieniło ich dotychczasowej reputacji. Na widok postaci w jasnoniebieskich haori, patrolujących ulice, wciąż szeptano z lękiem o „Wilkach z Mibu”. Sytuacja ta zaczęła się stopniowo zmieniać dopiero po II wojnie światowej. Ogromną rolę w tym procesie odgrywała przede wszystkim japońska kultura popularna.

Shinsengumi na ulicy, Tokio. fot. J.A. Koszewska
Cóż takiego oznacza właściwie słowo champloo? Ślady jego pochodzenia znaleźć możemy na południu Japonii, przede wszystkim na Okinawie. Pierwotnie opisywało pewien rodzaj potrawy, składającej się z najróżniejszych produktów, często pozostających w kontraście pod względem smaku. W późniejszym okresie mieszkańcy Okinawy zaczęli go z dumą używać w odniesieniu do kultury swojej wyspy, postrzeganej jako synkretyczne połączenie elementów skrajnie odmiennych. Spośród nich należałoby wymienić wpływy japońskie, chińskie, północnoamerykańskie oraz rdzennie Ryukyu. Obecność elementów północnoamerykańskich może niektóre osoby dziwić. Wynikają one jednakże z długoletniej obecności żołnierzy w amerykańskich bazach wojskowych na Okinawie. Natomiast południowe wyspy Ryukyu różnią się pod względem kultury od reszty terytorium Japonii. Miało w tym swój istotny udział istnienie w tamtym miejscu Królestwa Ryukyu w XII wieku. Dlatego nie należy utożsamiać unikalnej kultury tego obszaru z resztą Japonii. Uznałam zatem termin champloo za idealny do opisania procesu, jakiemu podlegają postacie historyczne w japońskiej kulturze popularnej – procesu, w którym ludzie ze starych, czarno-białych zdjęć lub rycin przekształcają się w kolorowe istoty o wielkich oczach. Takim nowo skonstruowanym postaciom narzuca się nowego rodzaju osobowości, charakteryzujące się szeregiem specyficznych cech. Przykładem może być chociażby Souji Okita, jeden z kapitanów Shinsengumi. Przypomnijmy, że omawiany termin powraca w anime o tytule Samuraj champloo. To ciekawe, jak wiele wpływów kształtuje współczesne wyobrażenia poświęcone figurze samuraja.
Kim byli Shinsengumi? Aby dobrze zrozumieć transformację, jakiej ulegli w kulturze popularnej, należy zrobić historyczną dygresję na ich temat. Stanowili oni rodzaj policji w Kioto, służący pod rozkazami daimyou (pana feudalnego) klanu Aizu, bezpośredniego wasala szoguna Tokugawy. Trzon grupy stanowiło 13 członków, obecnie najbardziej znanych i pojawiających się często w wytworach kultury popularnej. Wśród owych najbardziej reprezentatywnych członków trzeba wymienić wywodzących się z chłopstwa dowódcę Kondo Isami’ego, zastępcę dowódcy Hijikatę Toshizou, a także kapitana pierwszego oddziału, Okitę Souji’ego. Do obowiązków Shinsengumi należała przede wszystkich ochrona mieszkańców Kioto przed roninami, czyli samurajami bez pana. W okresie wojny domowej stanowili również polityczną siłę nacisku w rękach szoguna, którego władzy zagrażał nie tyle sam Cesarz, ile ludzie podający się za jego lojalne sługi – członkowie klanów Satsuma i Choushuu. Shinsengumi nie darzono bynajmniej szacunkiem ze względu na pełnioną przez nich funkcję. Zyskali sobie straszliwą sławę „Wilków z Mibu” – nazywano tak zwłaszcza zastępcę dowódcy, Hijikatę Toshizou, który nie wzbraniał się przed zadawaniem swoim przeciwnikom najwymyślniejszych tortur. O pozytywnych aspektach omawianej grupy przekonano się dopiero po wspomnianym we wstępie incydencie w gospodzie Ikedaya. W tym czasie liczba członków Shinsengumi wzrosła do około 300.
Zajmując się ewolucją zjawisk istniejących w kulturze na przestrzeni wieków, warto zastanowić się nad stosunkiem przedstawicieli danej kultury do określonych zjawisk, a także szerzej nad ich świadomością historyczną. Gromadząc materiał potrzebny do analizy przeprowadziłam badania w Tokio i Kioto. Powodem takiego wyboru terenu był związek tych miast z Shinsengumi. Postanowiłam również zebrać materiał porównawczy w Osace, Kobe i małej wsi Takato w prefekturze Nagano. Przygotowując się do badań, przeprowadziłam wywiady z Japończykami przebywającymi w Warszawie. Ze względu na obecność w Polsce w dniu katastrofy smoleńskiej, byli oni w stanie podzielić się ze mną swoimi bogatymi przemyśleniami. Dotyczyły one różnic między Polakami a Japończykami w przeżywaniu historii. Moimi rozmówcami byli zarówno mężczyźni, jak i kobiety, w różnym wieku (najmłodszy miał 19 lar, najstarszy około 65) i o różnym statusie społecznym i profesji.
Całość moich badań podzieliłam na dwie części: 1. stosunek emocjonalny Japończyków do historii oraz 2. sposób funkcjonowania postaci historycznych w japońskiej kulturze popularnej.
Stosunek emocjonalny Japończyków do historii
System edukacyjny stanowi ważny czynnik w socjalizacji oraz narzucaniu uczniom norm kulturowych. Dlatego też starałam się rozmawiać na temat wizji historii narodu przedstawianej w szkołach. Obraz, jaki wyłonił się z ich relacji, nie wydaje się imponujący: japońscy uczniowie są zmuszani do przyjmowania schematycznego sposobu myślenia o historii własnego kraju. Podstawą tego modelu jest odtwarzanie faktów. W efekcie historia staje się zbiorem dat, nazwisk i terminów, które szybko się wypiera. W opisywanym systemie nie ma miejsca na refleksję nad następującymi po sobie wydarzeniami i epokami. Co więcej, historia Japonii nie jest tu elementem najważniejszym. Wiele miejsca poświęca się historii powszechnej. Czy chodzi o fascynację Zachodem i jego kulturą? Podczas badań odniosłam wrażenie, że w Japonii nie istnieje imperatyw przekazywania młodemu pokoleniu wiedzy o historii własnego kraju. Ponadto nie wypracowano tam wzoru podręcznika do historii, który określałby stanowisko państwa w tej sprawie. W konsekwencji każde wydawnictwo może przedstawiać własną interpretację dziejów. Trzeba w tym miejscu podkreślić, że dotyczy to także problemów dla Japonii fundamentalnych, takich jak obecność Japończyków w Chinach czy masakra nankińska. Warto nadmienić jednak, że podejmowano próby wypracowania oficjalnego stanowiska w sprawie japońskiej agresji na Chiny. Celem tych dążeń było osłabienie negatywnego obrazu kraju atakującego. Działania te spotkały się jednak z jednoznacznie negatywną reakcją społeczeństwa.
Podczas badań starałam się skonfrontować rzeczywistość kulturową kraju, z którego pochodzę, z rzeczywistością Japonii. Aby wyostrzyć te różnice, celowo sięgałam po tematy trudne. Zadawałam sobie pytanie: „Co byśmy zrobili, jak byśmy się zachowali, gdybyśmy byli na ich miejscu?”. I tak podczas dyskusji na temat kontrowersyjnej świątyni Yasukuni podejście Japończyków wydało mi się skrajnie odmienne od naszego. Ich reakcje budziły we mnie rosnące zdziwienie. Czym właściwie jest Yasukuni? Aby zwiedzić tę świątynię należy udać się do Tokio, w okolice Koukyo, czyli Pałacu Cesarskiego. Obiekt od wielu lat stanowi przedmiot gwałtownych protestów ze strony Chin i Korei. Dzieje się tak ponieważ Yasukuni poświęcona została żołnierzom poległym w czasie II wojny światowej, przez Zachód i resztę Azji uznanym za zbrodniarzy wojennych. Ponadto były premier Junichiro Koizumi regularnie odwiedza świątynię, aby pomodlić się w intencji zmarłych. Przede wszystkim chciałam ustalić, czy opisywany problem zajmuje jedynie klasę polityczną. Z moich badań wynika, że istotnie świątynia Yasukuni nie stanowi przedmiotu uwagi społeczeństwa. Co więcej, odsuwa ono od siebie politykę jako taką. Prawidłowość tę ilustruje wypowiedź Japończyka, studenta filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Podzielił się on ze mną swoją refleksją dotyczącą faktu, że polityka staje się tematem sporów toczonych przez polskich studentów. Zauważył, że tego typu dyskusje nie mają miejsca w jego kraju. Jego zdaniem Japończycy są zdecydowanie bardziej powściągliwi. Ponadto stosunek do historii czy polityki nie budzi w nich takich emocji.
Gdy pytałam o stosunek do problemu świątyni Yasukuni, wszyscy informatorzy udzielali podobnych odpowiedzi. Twierdzili, że premier nie powinien się modlić w świątyni Yasukuni jako głowa państwa, ale zaznaczali jednocześnie, że ma prawo przebywać w jej przestrzeni jako „osoba prywatna”. Warto zwrócić uwagę, w jaki sposób rozmówcy zachowywali się w tych właśnie momentach wywiadu. Mówili w sposób pozbawiony emocji, sucho i rzeczowo przedstawiali swoje stanowisko. Podobne reakcje towarzyszyły pytaniom dotyczącym stanowiska Chin i Korei. Japończycy, z którymi rozmawiałam, przyznawali tym państwom prawo do oskarżania Japonii. Nie było w tych odpowiedziach cienia relatywizmu, retoryki czy żalu. W moim przekonaniu powyższa obserwacja nie jest jednak przesłanką pozwalającą twierdzić, iż w badanym przeze mnie społeczeństwie można zauważyć zbiorowe poczucie winy, które miałoby być spowodowane zbrodniami armii cesarskiej popełnionymi w czasie II wojny światowej. Co więcej, kiedy pytałam wprost o wojnę, moi rozmówcy nie waloryzowali pozytywnie ówczesnej polityki Japonii wobec Chin. Nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że ludzie, z którymi rozmawiałam, posługiwali się schematycznymi formułami, których należało używać w rozmowie z obcym. Po prostu brakowało mi w tym zaangażowania, z jakim Polacy dyskutują na podobne tematy.
Podobnie sytuacja ma się w kwestii stosunku do Amerykanów i zrzucenia przez nich bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki. Jeden z badanych poinformował mnie: „Tak właściwie to należało nam się”. Później okazało się, iż nie jest to pogląd odosobniony. I choć Japończycy dni te upamiętniają z należnym zmarłym szacunkiem (przemowy głowy państwa, filmy na temat II wojny światowej w telewizji, masowe składanie żurawi-origami przez dzieci w szkołach – warto jednak zauważyć, że są to praktyki raczej o charakterze oficjalnym, państwowym), to jednak nawet uważny obserwator nie będzie w stanie dostrzec cienia zadumy nad tragicznymi wydarzeniami lub nawet odrobiny żalu w stosunku do Amerykanów, którzy z tak przerażającą brutalnością potraktowali wrogi w czasie wojny kraj. Nie sądzę, by choćby i największa fascynacja Zachodem (choć z moich obserwacji wynika, że Japończycy są zainteresowani raczej własną popkulturą, niż tą pochodzącą z Zachodu) miała w tym swój udział. Wątpię zresztą, czy jakiekolwiek silne zainteresowanie obcą kulturą posiada siłę wystarczającą, by była ona w stanie przezwyciężyć wzajemne uprzedzenia. Źródeł takiego stanu rzeczy należałoby zatem doszukiwać się w świadomości historycznej Japończyków. Przypuszczam, że gdyby to Polacy znajdowali się na miejscu moich rozmówców, mówiliby o Amerykanach z taką niechęcią, jaką obecnie żywimy w stosunku do Rosjan. Jedynymi ludźmi odnoszącymi się wrogo do Amerykanów – a przynajmniej taką informację uzyskałam od moich rozmówców – są mieszkańcy Okinawy. Ich nastawienie wynika przede wszystkim z faktu, że na wyspie znajdują się amerykańskie bazy wojskowe, a sami żołnierze nierzadko nadużywają alkoholu i dopuszczają się gwałtu na Japonkach. Powyższe przesłanki sugerują, że Japończycy wydają się być narodem skupionym przede wszystkim na teraźniejszości.
Przypadek Hiroszimy i Nagasaki prowadzi z kolei do pytania o święta narodowe dotyczące historii. Charakterystyczne dla Japonii są tzw. Omatsuri, lokalne festiwale ściśle związane z tradycją i kulturą danego regionu lub miasta. Zależało mi na poprawnym zrozumieniu moich pytań, dlatego podczas wywiadów zaznaczałam, że nie chodzi mi o owe uroczystości, lecz o celebrowanie wydarzeń mających wymiar ogólnonarodowy i ściśle historyczny. Mimo to moi rozmówcy długo nie potrafi znaleźć odpowiedzi. W końcu z zakłopotaniem mówili, że właściwie to z tego rodzaju świąt obchodzą jedynie rocznicę ataku na Hiroszimę i Nagasaki. Pytałam jednak dalej: „Dlaczego nie świętujecie takich wydarzeń jak zjednoczenie Japonii przez Tokugawę Ieyasu, czy Rewolucja Meiji?”. Także i to pytanie pozostawało bez konkretnej odpowiedzi. Niektórzy po długim namyśle stwierdzali, że być może dzieje się tak dlatego, że w przeciwieństwie do Hiroszimy i Nagasaki nie można określić tu konkretnej daty, gdyż wydarzenia te były rozciągnięte w czasie. Taką opinię wygłaszali jednakże wymuszenie i bez przekonania. Podobnie wygląda w Japonii kwestia stosunku do bohaterów narodowych i ważnych postaci historycznych. Często moi rozmówcy nie potrafili wskazać jednej osoby, która byłaby najważniejsza ze względów historycznych. Na podstawie udzielonych odpowiedzi nie można wskazać postaci powszechnie uważanej z bohatera. Jedni wskazywali takiego cesarza, drudzy innego, następni z kolei któregoś z szogunów lub jakiegoś samuraja. Nie byli również w stanie ocenić w sposób prosty wybranych przez siebie postaci jako „dobrych” lub „złych”. Dominowały tu odcienie szarości, a jedna i ta sama osoba dla jednego mogła być „czarnym charakterem”, podczas gdy dla drugiego stanowiła uosobienie wszelkich cnót bohatera walczącego o swój kraj.
Podczas badań starałam się odpowiedzieć na pytanie: Czy historia jest ważnym elementem japońskiej tożsamości narodowej? Dlatego też rozmawiałam z moimi informatorami o tym, co ich zdaniem decyduje o byciu Japończykiem. Każdy z nich mówił o nowoczesności oraz rozwoju gospodarczym i kulturowym kraju. Najczęściej wymieniano technologie, mangę, anime itp. Parokrotnie wspomniano również o kategorii grzeczności. Określano ją jako cechę definiującą „japońską duszę”. Natomiast gdy pytałam wprost, czy jakieś wydarzenia historyczne decydują o „japońskości”, moi rozmówcy odpowiadali krótko: „nie”. Odnoszę wrażenie, że w przypadku Japończyków tożsamość lokalna zdecydowanie dominuje nad tożsamością narodową. Moim zdaniem idealnie obrazuje to poniższy fragment przeprowadzonego przeze mnie wywiadu:
Yuki: Tożsamość moich koreańskich przyjaciół jest bardzo silna, to znaczy, oni są bardzo dumni z tego, że są Koreańczykami. Ale Japończycy nie mają tak silnej tożsamości, w porównaniu z Koreańczykami. Oczywiście posiadamy tożsamość, ale nie jest ona wystarczająco silna. (…) To jest tożsamość… może grupy. Mam na myśli otoczenie, religię, przyjaciół i rodzinę, to jest mała grupa. Mówimy…
T-san: Pewien rodzaj harmonii.
Yuki: Wewnątrz grupy. Ale nie mówimy: „harmonia wewnątrz Japonii”, mówimy: „harmonia pomiędzy przyjaciółmi, w rodzinie, pomiędzy małymi grupami”.
Jednym z najczęściej rozpoznawanych symboli Japonii jest cesarz. Mając to na uwadze, postanowiłam poruszyć ten wątek. Zadawałam pytania dotyczące roli rodziny cesarskiej w życiu przeciętnych Japończyków. Wnioski, do jakich po tym doszłam, zdecydowanie różniły się od koncepcji giri, zaproponowanej przez Ruth Benedict w jej książce Chryzantema i miecz. Wzory kultury japońskiej.
Przypomnijmy, że amerykańska antropolożka twierdziła, iż każdy Japończyk rodzi się z pewnym poczuciem niespłacalnego, dożywotniego długu względem cesarza, Japonii, rodziców etc. To właśnie owo giri miało prowadzić żołnierzy japońskich, w tym kamikaze, do zajadłej i bezpardonowej walki w czasie II wojny światowej, a także do swoistej autodestrukcji ku chwale cesarstwa. To było również powodem życzliwego przyjęcia Amerykanów po dokonanej przez cesarza przemowie i kapitulacji kraju. Do książki Benedict należy podchodzić niezwykle ostrożnie ze względu na zastosowaną przez nią metodologię: jej badania terenowe polegały przede wszystkim na prowadzeniu wywiadów z nielicznymi jeńcami japońskimi przebywającymi w USA. Sama nie mogła pojechać do Japonii i tam z bliska przyjrzeć się cywilom i ich zachowaniu, głównie z powodu ówczesnej sytuacji politycznej. Ponadto antropolożka działała na zlecenie rządu amerykańskiego, a więc siłą rzeczy wyniki jej pracy nie mogły być w pełni obiektywne. Warunki, w jakich prowadziłam badania, były oczywiście inne, trudno więc skonfrontować je z tezami Benedict. Niemniej jednak moi rozmówcy nie wykazywali stosunku emocjonalnego wobec rodziny cesarskiej. Co więcej, twierdzili, że cesarz jest ZALEDWIE symbolem, nieposiadającym żadnej realnej władzy i z tego też powodu nie rozumieją dlaczego podatnicy są zmuszeni go utrzymywać. Zapytani jednak o to, czy woleliby zastąpić cesarza np. prezydentem, odrzucali taką ewentualność. Ich zdaniem rola symbolu Japonii wciąż jest bardzo istotna. Mimo to uważny obserwator nie dopatrzy się tu giri.
Powyższe przykłady pokazują, że historia narodu nie mieści się w dyskursie społecznym Japończyków – zaobserwować ją możemy głównie w polityce czy dyplomacji. Społeczeństwo i naród nie funkcjonują jako „przestrzenie”, w których wydarzenia historyczne są przeżywane. Co zatem można by określić jako taką „przestrzeń”?
Historia w japońskiej kulturze popularnej
Niezwykle ważnym dla Japończyków środkiem wyrazu przeżyć związanych z historią, w tym z II wojną światową i zrzutem bomby na Hiroszimę i Nagasaki, jest współczesna kultura popularna. Trafną ilustrację tego zjawiska stanowi manga Hadashi no Gen Keiji’ego Nakazawy (tytuł polski: Hiroszima 1945. Bosonogi Gen). Autor opowiada w niej o tym, jak, jako dziecko, przeżył zrzut bomby na Hiroszimę. Polski wydawca cytuje jego wypowiedź: „Opowieść o Genie jest częścią mnie samego i mojej rodziny. Gen śmiało kroczy w przyszłość, niosąc przesłanie sprzeciwu wobec wojny i broni nuklearnej. Będę szczęśliwy, jeśli dotrze ono do jak największej liczby ludzi”. Warto tu zwrócić uwagę na formę przekazu: autor nie opisuje, lecz RYSUJE swoje wspomnienia. Podobne zachowanie miałam okazję obserwować u swoich rozmówców, którzy swoje wypowiedzi ilustrowali dodatkowo rysunkami na kartce. W przypadku niektórych zdarzało się nawet, że woleli rysować niż mówić.
Innym produktem kultury popularnej, mocno nasączonym emocjami dotyczącymi II wojny światowej, jest Grobowiec Świetlików, film rysunkowy (niedawno powstał również film fabularny o tym samym tytule) studia Ghibli. Wyświetlany w japońskiej telewizji co roku w dniu ataku na Hiroszimę i Nagasaki, ma za zadanie przypominać o tamtych tragicznych momentach.
Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, iż historie o samurajach przewyższają liczebnie te o II wojnie światowej. Wszyscy moi rozmówcy tłumaczyli, że wydarzenia lat 40. XX wieku są dla Japończyków na tyle bolesne, że „może lepiej jeszcze nie tworzyć na ten temat filmów i mang”. Pozwala to sądzić, że II wojna światowa nie została jeszcze przekształcona przez japońską kulturę popularną w takim stopniu, w jakim stało się to z samurajami i innymi epokami historii Japonii. Z drugiej strony jednak proces wizualizacji i ją zaczyna ogarniać, co można zaobserwować chociażby w przypadku wspomnianego powyżej Bosonogiego Gena. Kto wie, może w przyszłości będzie nam dane ujrzeć więcej wielkookich postaci w mundurach kamikaze.
Jedną z najbardziej charakterystycznych cech transformacji postaci z dawniejszych okresów są bishounen. Termin ten można przetłumaczyć na polski dosłownie jako „piękny chłopiec” i rzeczywiście: bohaterowie mangowi określani tym terminem prezentowani są ponętni młodzieńcy, często o dość kobiecej aparycji.
Najdobitniejszym tego przykładem są, jak sądzę, Sanada Yukimura z anime Samurai Deeper Kyou oraz Okita Souji z Peace Maker Kurogane. Sięgając po ten wątek wracam do omawianych wcześniej Shinsengumi. Ich przykład pozwoli mi pokazać, jak przebiegał proces transformacji postaci historycznych w japońskiej kulturze popularnej.
W jaki sposób Shinsengumi byli odbierani przez im współczesnych oraz bezpośrednio po II wojnie światowej? W literaturze przedmiotu dość często możemy spotkać się z pogardliwym określeniem „Wilki z Mibu” (Mibu to dzielnica Kioto, w której niegdyś mieszkali Shinsengumi). O przypisywaniu tym wojownikom krwiożerczości świadczą krążące w kulturze japońskiej takie powiedzenia jak: „Krew Shinsengumi płynie ulicami Kioto jak woda” oraz „Mój Kikuichi-Monji jest dzisiaj spragniony”. Pierwsze z nich odnosi się do wymuszania na członkach Shinsengumi przez zastępcę dowódcy, Hijikatę (zwanego „Demonem Shinsengumi”), popełnienia seppuku w sytuacji, gdy złamali zasady kodeksu grupy (często powody rozcięcia sobie brzucha były całkiem błahe, przynajmniej z naszego punktu widzenia); drugie natomiast dotyczy sposobu, w jaki Okita mawiał o swoim mieczu tuż przed zabiciem przeciwnika. Świadectwa te sugerują, że ludzie bali się Shinsengumi. Był to strach pozbawiony najmniejszego nawet śladu szacunku. Ten stan rzeczy zaczął zmieniać się w momencie, gdy Shiba Ryoutaro opublikował jedną ze swoich historycznych powieści na temat owej grupy, Moeyo Ken (_Płoń mój mieczu_). Następnie wizerunek Shinsengumi kształtowały mangi, anime i filmy fabularne. Dzisiaj członkowie grupy uważani są za „ostatnich samurajów” oraz „bohaterów”, których nie można określić okrutnikami (nawet jeśli w swoich przesłuchaniach uciekali się często do bardzo brutalnych metod), gdyż dążyli do spełnienia swej misji i kierowali się głosem serca. W procesie transformacji członkom Shinsengumi zostały przypisane pewne cechy i atrybuty, w rezultacie czego powstały określone wyobrażenia na ich temat. Najlepszą ilustrację tego zjawiska stanowi, jak sądzę, Okita. Zazwyczaj ukazuje się go jako młodego, wesołego, pełnego życia chłopaka (często o kobiecej urodzie, jak w przypadku bishounen), uwielbiającego dzieci, słodycze (lub ogólnie jedzenie) i zwierzęta. Wizerunek ten jest tak silny, że nawet w filmie When the last sword was drawn (brak polskiego tytułu) w reżyserii Youjiro Takita, można było z łatwością zauważyć, że aktor (flegmatyczny i nienadający się do roli wesołego chłopaka) grający Okitę usilnie próbuje się do niego dostosować. Podobnie jest w przypadku Hijikaty i Kondo: pierwszy z nich to twardziel, kryjący dobre i wrażliwe serce pod maską surowości; drugi natomiast to rubaszny mężczyzna w średnim wieku, traktujący podległych mu wojowników z troskliwością. W przypadku pozostałych Shinsengumi ich fikcyjne osobowości nie są ustalone w sposób tak trwały i występuje tu pewna dowolność w kreowaniu ich wizerunków.
Członkowie omawianej grupy są również wyraźnie obecni w przestrzeni miejskiej, zwłaszcza w Kioto i Tokio. Chodzi tu przede wszystkim o muzea, restauracje, miejsca pochówków czy sklepy z pamiątkami. W przypadku tych pierwszych szczególnie istotne są swego rodzaju izby pamięci, utworzone przez potomków Shinsengumi we własnych domach. Wystrój pomieszczeń nie zawsze odpowiada nastrojowi zadumy.
Gdy wchodzimy do muzeum Sato Hikogoro (szwagra Hijikaty, wspomagającego Shinsengumi zwłaszcza finansowo), pierwszym, co się rzuca w oczy, jest wyraźny podział sali na dwie części: Jedną z gablotami zawierającymi zabytki oraz drugą ze ścianą wytapetowaną obrazkami z anime o Shinsengumi, rysunkami fanów i zdjęciami właścicielki muzeum z aktorami grającymi w taiga dramie. Z kolei przed izbą pamięci Inoue Genzaburou (jeden z kapitanów) można zauważyć ogromne pluszowe misie, ubrane w charakterystyczne jasnoniebieskie haori z białym wzorkiem przy rękawach. Słynna gospoda Ikedaya, w której spisek zagrażający cesarzowi i stolicy kraju został swego czasu rozbity, zniszczona została w trakcie walk. Na jej miejscu stanął salon pachinko (rodzaj japońskiego hazardu), niedawno natomiast podjęto inicjatywę odtworzenia tam „prawdziwej” Ikedayi. Okazało się jednak, że restauracja ma obecnie wystrój wybitnie komiksowy. Muzeum poświęcone ogólnie Shinsengumi, w Hino (dzielnica Tokio), również zdradza wpływy kultury popularnej. Jeden z pracowników przyznał, że powodem, dla którego powstało Muzeum (zresztą dosyć niedawno, gdyż w 2010 r.), jest niezwykła popularność omawianej grupy samurajów, która to wynikła z zainteresowania między innymi taiga dramą.
Ukoronowaniem procesu oddziaływania kultury popularnej na wizerunek Shinsengumi są, jak mi się wydaje, pamiątki sprzedawane w Tokio i Kioto. Wystarczy wspomnieć chociażby o zawieszkach do telefonów: w niebiesko-białe haori ubrane są zwierzęta chińskiego znaku zodiaku, stworek Stitch z popularnej bajki Disneya, Hello Kitty i inne postacie.

Zawieszka do telefonu, w kształcie Hello Kitty przebranego w strój Shinsengumi. fot. J.A. Koszewska
Podsumowując ten wątek, chciałabym poruszyć problem miejsc pochówku członków Shinsengumi i sposobów oddawania im czci. Każdy z nagrobków oznaczony jest niebiesko-białym proporcem ze znakiem makoto („szczerość”) – tak, aby wyróżniał się z szarej masy pozostałych. W przypadku grobu Hijikaty mamy również i inne oznaki szacunku: bukiety kwiatów oraz jego słynne zdjęcie z okresu bitwy o Hakodate. Owe ostateczne miejsca spoczynku odwiedzane są nie tylko przez fanów, ale i aktorów odgrywających role Shinsengumi w taiga dramie. Do oddawania czci dzielnym wojownikom przyznał się nie tylko Nakamura Kantaro (Toudou Heisuke w dramie), ale i Yamamoto Kouji (Hijikata Toshizou).
Wielu antropologów traktuje kulturę popularną jako sferę oporu przeciwko panującym normom społecznym, jako miejsce egzystencji współczesnych tricksterów. Z takim poglądem spotkać się można w wielu dzisiejszych monografiach. I z pewnością jest to słuszne założenie, lecz nie gdy się przyjmuje perspektywę uniwersalistyczną. W jaki sposób ująć popkulturę japońską, tak egzotyczną i dziwną dla nas, ludzi Zachodu? Możemy z niej drwić (jak to czynią niektórzy, uważając mangę za „chińskie pornobajki”), lecz nie sposób nie zauważyć, że pełni ona nadzwyczaj ważną rolę w japońskim społeczeństwie. Historia narodu japońskiego, w znaczeniu przeszłości intensywnie przeżywanej, staje się w ten sposób elementem kultury popularnej. Jednocześnie oddala się ona w powszechnym odbiorze od pojęć takich jak naród czy społeczeństwo. W konsekwencji historia staje się hybrydą, ulega daleko posuniętym przekształceniom i przyjmuje formy dotąd nieznane.
Opcity: Ruth Benedict, Chryzantema i miecz; Keiji Nakazawa, Hiroszima 1945. Bosonogi Gen.
Julia Anna Koszewska - STUDENTKA II ROKU STUDIÓW MAGISTERSKICH IEiAK UW. AUTORKA PRACY LICENCJACKIEJ “PRZEMYTNICTWO ORAZ DROBNY HANDEL NA PRZEJŚCIU GRANICZNYM KROŚCIENKO-SMOLNICA JAKO PRZYKŁAD PRZEDSTAWIENIA SPOŁECZNEGO”. W 2010 PROWADZIŁA W JAPONII BADANIA ETNOGRAFICZNE. NALEŻY DO STOWARZYSZENIA JEDEN ŚWIAT (POLSKIEGO ODDZIAŁU SERVICE CIVIL INTERNATIONAL. BRAŁA UDZIAŁ W ORGANIZACJI OBOZU LETNIEGO DLA DZIECI JAPOŃSKICH W PREFEKTURZE NAGANO. UR. W 1987 R.