Op. cit.,

Tagi: antropologia podróży | klisze

Dhobi Ghat

21 marca 2011

Olga Szymańska

Po dobie spędzonej w pociągu przesiąkniętym zapachem lizolu docieram wreszcie do przyzwoitego hotelu. Zapach ubrań nie pozwala zapomnieć o koszmarze podroży. Pytam w recepcji o pralnię. Właściciel hotelu wykonuje charakterystyczny ruch głową, który Polakom kojarzy się z niezdecydowaniem lub niezadowoleniem. W Indiach znaczy „tak”. Kiedy przynoszę do recepcji worek brudnych ubrań, na podłodze klęczy mężczyzna segregując rzeczy innych turystów. Gdy parę minut później donoszę jeszcze kilka sztuk odzieży, pracza już nie ma, ale recepcjonista obiecuje, że wróci nazajutrz.

Mężczyzna od prania był członkiem Dhobi – kasty od wieków zajmującej się praniem na zamówienie. Dhobi się rodzisz. Kolejne pokolenia Dhobi chodzą po domach i instytucjach zbierając pranie, aby następnego dnia oddać je czyste, a czasem też wyprasowane za pomocą żelazek rozgrzewanych węglem. Ta opowieść brzmi trochę jak z XIX wieku, ale jest współczesna. I ma swój popkulturowy potencjał. Do Dhobi Ghat, czyli pralni na powietrzu, ściągają rzesze turystów. Pralnie są tak popularne, że stały się tłem nowej bollywoodzkiej produkcji zatytułowanej zresztą Dhobi Ghat (vel Mumbai Diaries).

Największe Dhobi Ghat Bombaju (od 1995 roku Mumbaju, ale mało kto tak mówi) położone są na południowych przedmieściach tej wielomilionowej metropolii. Ale mniejsze pralnie mieszczą się parę minut drogi od turystycznej dzielnicy Colaba, gdzie pośród ekskluzywnych apartamentowców i biurowców istnieją pralnicze slumsy. Łatwo tam trafić. Wystarczy wejść we właściwy labirynt uliczek. Drogowskazy stanowią sznury suszącej się bielizny widoczne już z głównej ulicy.

Obecnie Dhobi piorą w betonowych kadziach, ale nie zawsze tak było. Widoczną na zdjęciach infrastrukturę kazali zbudować Brytyjczycy, którzy brzydzili się praniem w mętnych rzekach i kanałach. (To, jak wygląda proces tradycyjnego prania, można zobaczyć na przykład w Waranasi, ale o tym za chwile). Wokół kadzi ciągną się w nieskończoność sznury białych prześcieradeł, dżinsów i ręczników. Ludzie tłoczą się przy pompie z żółtymi kanistrami. Jedni piorą, drudzy się kąpią. Czuć przyjemny zapach czystej pościeli – mydła i sody kaustycznej (to podobno najlepszy odplamiacz). Najładniej pachnący slums, w jakim byłam. Wchodzę głębiej w labirynt prześcieradeł, koszul, mundurków szkolnych. Gdy się przyjrzeć, widać, że dla pojedynczych domostw mało kto pierze – najbardziej opłacalne jest pranie dla instytucji. Wśród ręczników z logo hoteli łatwo rozeznać się, które pranie do kogo należy. Wieki temu niepiśmienni Dhobi stworzyli system znakowania prania. Teraz jest on coraz mniej przydatny.

Dhobi moczą odzież w wodzie z mydlinami, uderzają praniem o beton, płuczą. Dostrzegam jedną ręczną pralkę na korbkę. Wchodzę w kolejną uliczkę. Prześcieradła. Ręczniki. Koszule. Spodnie… Wreszcie, chcąc ogarnąć wzrokiem całość, wchodzę na dach jednego z domów. Prowadzi mnie miejscowy chłopiec, który jest pewien, że chcę sfotografować wznoszące się nieopodal bombajskie World Trade Center. Dziwi się, kiedy zwracam obiektyw na dachy i suszące się na nich pranie.

W Waranasi nie ma WTC. Jest za to dużo sacrum. To święte miasto, uznawane za najstarsze w Indiach. Wielu Hindusów marzy, by tu umrzeć. Centrum Waranasi wyznacza Ganges. Jedna z najbrudniejszych rzek świata przyjmuje kąpiących się pielgrzymów, a także popioły zmarłych. Raptem kilkaset metrów od Manikarnika Ghat – miejsca, gdzie pali się zwłoki i ustawia stosy pogrzebowe – mieści się zupełnie inne niż w Bombaju Dhobi Ghat.

Tu pierze się na błotnistym brzegu rzeki. Mydliny i ścieki mieszają się z ludzkimi popiołami, a pranie suszy się rozłożone na kamiennych schodach. Na ghacie obok stary Hindus formuje brykiety z krowiego łajna. I naprawdę ciężko uwierzyć, że pranie w takim miejscu może dać jakiekolwiek efekty. A jednak. Historia z hotelu, którą na początku przytoczyłam, miała miejsce właśnie w Waranasi. Następnego dnia dostałam wyprane rzeczy, które pierwszy raz od przyjazdu miały swoje pierwotne kolory. Nawet dżinsy, które spisałam już na straty, były idealnie czyste.

Zdjęcia autora

Olga Szymańska - Stomatolog. Miłośniczka Azji i gotowania. Z podróży przywozi mnóstwo zdjęć i przyprawy. Interesuje się filmem. ur. 1986.

Twój komentarz