Tagi: antropologia słowa | filozofia języka | przekład kulturowy | vipowiedź
VIPowiedź: Czego nie da się powiedzieć
30 stycznia 2010
Jakub Jankowski, Tadeusz Komendant, Piotr Matywiecki
Tadeusz Komendant:
Arystotelesowską definicję człowieka – człowiek to istota, która ma logos – hermeneuci uznają za swoją. I utożsamiają logos z mową. Wedle Gadamera „być człowiekiem” i „mówić” to wyrażenia równoznaczne. Albowiem powiedzieć da się w istocie wszystko: nie ma takich sfer rzeczywistości, których nie można zwerbalizować, nie ma bezsłownych myśli, porywów intuicji i mistycznej ekstazy. Odkąd człowiek jest człowiekiem, mówi. Odkąd człowiek jest człowiekiem, żyje w logosferze. Bezsensowne jest zatem pytanie o powstanie języka, o to, co było przed jego narodzinami. W ludzkim świecie język istnieje od zawsze i od zawsze prześwietla ludzką rzeczywistość. Kiedy mówimy, stajemy się ludźmi – niemowlę nie jest jeszcze człowiekiem.
Ale czy zawsze myślimy za pomocą słów? Czy nie istnieją niezwerbalizowane myśli? Albert Einstein w Świadectwie (analizował ten tekst Roman Jakobson, którego najwidoczniej też dręczyło pytanie o pokrewieństwo myśli i słów) przyznaje się do swoich kłopotów z językiem. Od dziecka – twierdzi tam – miał kłopoty z mówieniem, a i w wieku dorosłym oblekanie myśli w słowa sprawiało mu trudność. Einstein na własnym przykładzie pokazuje, że akt myślenia nie jest tożsamy z zajmowaniem określonej pozycji w przestrzeni słowa. Cogito jest momentalnym – bezsłownym – aktem intuicji.
To wielka tradycja kartezjańska. W niej tak samo jak dąży się do poprawnego myślenia, poszukuje się również uniwersalnego języka, doskonale przeźroczystego wehikułu jasnych i czystych idei. Aby dało się prawidłowo powiedzieć to, co udało się wcześniej pomyśleć.
Kto wie, czy kresem marzeń o języku uniwersalnym nie był pozytywizm i ostatnia teza Traktatu logiczno-filozoficznego Ludwika Wittgensteina: „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”.
Byłożby zatem coś, o czym trzeba milczeć? I czy zawsze milczymy nic nie mówiąc? Milczenie – to przecież wielka mowy część, twierdził Norwid.
Milczenie – to inny sposób mówienia. Wiedzą o tym poeci, którzy wymownie milczą o wszystkim tym, co wymyka się dyskursywnemu poznaniu.
Jakub Jankowski:
Czego nie da się powiedzieć? Tłumacz może odpowiedzieć na to pytanie tylko w jeden sposób: wszystko da się powiedzieć. Gdyby tak nie było, tłumaczenie wielu współczesnych pisarzy byłoby niemożliwe i już na starcie można by sobie odpuścić. Oczywiście, pewne straty w proces tłumaczeniowy są wliczone, a zadaniem autora przekładu jest je minimalizować. I ta minimalizacja może być w moim przekonaniu skuteczna, to jest: prawie stuprocentowa, o ile będziemy dążyć do globalnej ekwiwalencji tekstów, a nie tylko pojedynczych zdań czy też wyrazów (sic!). W ten sposób będziemy mogli w miarę potrzeby przenosić ciężar metafory, który mógłby się zgubić przy przekładaniu tekstu z jednego języka na drugi, i zachowywać cechy tekstu w języku wyjściowym.
Da się powiedzieć wszystko, ale w tłumaczeniu głównie będzie chodzić o to, żeby to, co zostaje wypowiedziane w języku wyjściowym, zostało sformułowane w docelowym tak, aby wywołać w czytelniku podobne wrażenie. To byłoby modelowe i najuczciwsze podejście do przekładu, ale zdarza się też inaczej. Tłumacz przede wszystkim jest czytelnikiem i podmiotem interpretującym słowo, a jeśli interpretacji tekstu wyjściowego może być wiele, to najlepiej stworzyć sobie dwubiegunowy model czytelnika – z jednej strony: wyrobionego, ironicznego, uważnego, poszukującego, z drugiej: mniej wymagającego. Wówczas tworząc sobie obraz tekstu, który następnie zostanie przeniesiony na papier jako ostateczna wersja tłumaczenia, można tekst wyśrodkować w taki sposób, żeby był on dostosowany do wymogów konkretnej publikacji. Tak było z bajkami mozambickimi, które na potrzeby książki należało zaadaptować, czyli de facto złagodzić ich oryginalną wymowę. Zresztą nazywanie tekstów źródłowych, z których korzystaliśmy, „bajkami” jest mocno na wyrost. Należą one bowiem do innej kategorii i w oryginale są nazywane „opowiadaniami”. Stąd konieczność adaptacji, czyli ukierunkowanej ich interpretacji. […]
Da się powiedzieć wszystko, na wiele sposobów. Taki musi być mój punkt wyjścia jako tłumacza. Słowo jest bowiem plastyczne, we wszystkich językach. Szkoda tylko, że w prozie tak mało wykorzystuje ten swój dosłowny potencjał plastyczny, wizualny (wielkość czcionki, krój pisma, kolor czcionki, układ na kartce papieru etc.)…
Piotr Matywiecki:
Zanim poeta naiwny coś powie, spodziewa się, że może to wypowiedzieć „po prostu”. Dopiero mówiąc swoje cokolwiek, przekonuje się, że jest coś, czego powiedzieć nie może.
Opisuje kwiaty nasturcji. A poza słowami opisu pozostaje płomienisty kolor i mdły, roślinny zapach.
Na kartce papieru wspomina dziecięce wakacje. Wakacje dadzą się przywołać, ale dziecięce przeżycie czasu – już nie.
Wyraża oburzenie czyimś albo własnym postępkiem. Ale nie wypowie nagłości swojego sumienia.
Poeta mądry, zanim coś powie, ma świadomość, co jest nie do wypowiedzenia: to, co było przed wypowiedzeniem.
Dlatego opisuje nasturcję kolorem słów, zapachem słów. A z samego istnienia nasturcji rezygnuje – pozostawia to istnienie wybuchowej naturze tego kwiatu, naturze, która zniszczy każdy jej słowny wizerunek. I dobrze! Niech niszczy!
Dlatego dzieciństwo wspomina dzieciństwem głosek. A sam pozostaje niemy, jak dziecko pośród dorosłych.
Dlatego podłość ludzka zaburza składnię jego zdania. A milczące sumienie porusza czynami poety. Albo osądza jego bezczynność.
Poeta prawdziwy – ani naiwny, ani mądry! – czeka ze swoimi słowami na to, co jest niemożliwe, a przecież się zdarza.
Czeka, aż wiersz będzie nasturcją, dzieciństwem, sumieniem.
Słowa też na to czekają.
I czytelnik.
Dzieciństwo i sumienie prawdziwego poety skupiają się na nasturcji. Trzeba być dzieckiem, żeby zawierzyć nasturcji. Trzeba mieć poruszone sumienie, żeby nasturcja nie stała się ucieczką od świata.
Wzajemna obecność – nasturcja i poeta. Ta wzajemna obecność jest najgłębszym spojrzeniem przestrzeni, w którym widziane jest ludzkie ciało i kwietne ciało nasturcji. Właśnie takie spojrzenie jest tworzywem poetyckiej tożsamości wzrokowej i słownej.
Nasturcja jest żywym ogniem, płomieniem tak zapalnym, że znika w nim forma i materia kwiatu. Płomień jest niematerialny. Ale w tej najczystszej abstrakcji utrzymuje się kwiat nasturcji, mięsiste płatki i ogniowe barwy. Niematerialność, która pochwytuje wypaloną do ceglastej barwy glinę roślinnego ciała.
To dziwne.
Dźwięk słowa nasturcja, a także płuca i krtań, i usta matkujące temu dźwiękowi, doszczętnie spłonęły w abstrakcji nazywania, znaczenia. A przecież te głoski są wymawiane, ich cielesne drżenie utrzymuje się w powietrzu i w umyśle. Dlatego można dziwić się temu, co dziwne.
Mając taki obraz i takie słowo, mając tak wysłowiony obraz i taki obraz słowa, wszystko można zobaczyć, nazwać, zobrazować, wysłowić. Wzrokowo-słowne tworzywo tworzy z siebie co chce. I naraża się na wszystko, co chce zaatakować poetę i jego słowo.
W tym poetyckim sensie wszystko można powiedzieć. Poeta prawdziwy zrównuje się z poetą naiwnym.
Opcity: Albert Einstein, Świadectwo; Ludwik Wittgenstein, Traktat logiczno-filozoficzny.
Jakub Jankowski - tłumacz (m.in.: 26 bajek z Afryki, ze zdjęciami Ryszarda Kapuścińskiego, Naszyjnik z opowiadań – wybór opowiadań Mia Couto, komiks Najgorsza kapela świata), komiksolog, dziennikarz i fotograf, doktorant Instytutu Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich UW.
Tadeusz Komendant - ur. 1952, krytyk literacki, eseista, tłumacz, pisarz, pracownik naukowy ILP UW.
Piotr Matywiecki - poeta.