Op. cit.,

Tagi: antropologia zaangażowana | vipowiedź

VIPowiedź: Bardzo delikatna materia

16 marca 2010

Zofia Sokolewicz

Odpowiedzialność nie dotyczy etnografii. Dotyczy etnografów, z ich poglądami i etyką. A zaangażowanie? – jak uczy historia, tu konieczna jest wyjątkowa ostrożność.

Tekst został opublikowany w 23. numerze czasopisma „Opcit”.

Do książek wspomnianych już w zainicjowanej przez Agnieszkę Kościańską dyskusji na temat odpowiedzialności etnografii i etnografów dorzucę jeszcze jeden tytuł: Etnografia i propaganda, pokłosie konferencji w Nancy (1998 r.). To, w jaki sposób rezultaty naszych prac zostają spożytkowane przez propagandę, manipulowane i nadużywane, pośrednio też łączy się z naszą odpowiedzialnością. Czy na to reagujemy? Czy protestujemy? Czy to jest zresztą w ogóle możliwe?

Jesteśmy świadkami zmian przedmiotu naszych badań. Uwzględniając je, musimy stawiać sobie inne pytania dotyczące rzeczywistości. Czasami zmiany zauważamy natychmiast, ale zawsze jakaś część z nas zachowuje się tak, jakby się nic nie zmieniło. Powstaje jakieś pęknięcie, czasami głębsze, czasami płytsze. I nie zawsze pamiętamy o wspólnych początkach (do których wróciła Agnieszka Kościańska), by odpowiedzieć sobie na pytanie o odpowiedzialność.

Nowy świat

Bezpośrednio po II wojnie światowej etnologowie, jak wielu innych ludzi, sądzili, że podejmą prace przerwane po 1939 roku. Tak jakby nic się nie zmieniło. O ich zamiarach świadczą protokoły posiedzeń PTL-u publikowane w „Ludzie” i dyskusje nad kontynuacją Atlasu Polskiej Kultury Ludowej. Tymczasem zmieniła się sytuacja. Straciliśmy Kresy, na które dawniej wyjeżdżano w poszukiwaniu archaizmów, a ponad dwa miliony ludzi przemierzało Polskę ze Wschodu na Zachód, szukając sobie miejsca osiedlenia. Świat został w pewnym sensie przenicowany. I w tym nowym świecie trudno było stawiać pytania sprzed wojny. Zaczęto więc stawiać nowe: o to, jak ludzie się osiedlają, jak starają się wybrać to nowe miejsce, jak się adaptują, czy się zakorzeniają. Jakie konsekwencje niesie dla nich industrializacja socjalistyczna, a jakie przeniesienie do miast? Czy mieszane małżeństwa napływowo-autochtoniczne są trwałe i jak autochtoniczna kultura wpływa na zmianę kultury wsi, tej nowej, pomieszanej, przesiedlonej?

I chyba wtedy nikt nie miał wątpliwości, że nie są to pytania, które stawiał sobie Moszyński, choć aby opisać nową rzeczywistość, nieraz posługiwano się wypracowanymi przez niego, w zupełnie innym celu, zasadami. Ale poszukiwano też nowych procedur.

Bezpieczna nisza

Nikt nie miał wątpliwości, że badanie tych nowych kwestii jest dla etnografii polskiej ważnym zadaniem. Zadaniem, które w sposób naturalny podjęły przede wszystkim Poznań i Wrocław, ale przed którym nie uciekały też pozostałe ośrodki.

Procedury dla tych badań wprowadzono głównie pod kierunkiem Kazimierza Dobrowolskiego. Pozostały one w zgodzie z ustaleniami metodologicznej konferencji historyków polskich w Otwocku w 1952 roku, na której przyjęto, że jedynie słuszną metodą badań jest materializm historyczny. Czy metoda ta naprawdę nam odpowiadała? To długa historia. A mówiąc najkrócej: uznano, że jej adaptacja przez Dobrowolskiego pozwalała zarówno na prowadzenie badań w zgodzie z sumieniem, jak i na unikanie protestów. Zdecydowano się na swoiste obejście narzuconej zasady metodologiczno-politycznej. To dało etnografii szansę na schowanie się w bezpiecznej niszy między historią a archeologią. Jest faktem, że nikt z nas wtedy nie protestował. I – co jednak jest hańbą dla środowiska – ukazał się tylko jeden wiernopoddańczy wobec przodującej nauki ZSRR adres. Adres potępiony w dyskusji, w rozmowach z autorem, choć nigdy nie potępiony na piśmie.

Białe plamy

W czasie swojej praktyki badawczej spotykaliśmy się z wieloma godnymi potępienia praktykami politycznymi, takimi jak przymusowe zakładanie spółdzielni produkcyjnych (do 1956 roku), jak przymusowe, w majestacie ustawy sejmowej, osiedlenie Cyganów. Wiedzieliśmy o akcji Wisła i spotykaliśmy ludzi, którzy mówili ze strachem, że jak Ukraińcy wrócą, to odbiorą im gospodarstwa; że piszą do nich i nakazują, by dbali o ziemię, bo będą rozliczeni. Ale nie pytaliśmy o to drugiej strony. Nie spotkałam się jednak z żadnymi wystąpieniami w tych sprawach. Czy była zresztą prasa, która ośmieliłaby się wydrukować cokolwiek na ten temat?

Ale pamiętam ten powszechny, obezwładniający lęk przed przesłuchaniami, przed uwięzieniem (do 1956 roku to była niezmiernie realna groźba), pamiętam, jak zamykano drzwi i okna, by słuchać Wolnej Europy. Zbieraliśmy wtedy materiały, które nie ilustrowały chyba najistotniejszych dla wsi polskiej konfliktów, bo ludzie niechętnie o nich mówili. A my o to nie pytaliśmy. Ale kiedy wracam myślą do materiałów z tych lat, to wiem, że wymagają one odczytania raz jeszcze. Bo jednak mówią choćby o tym, że na wielu polskich wsiach zaczynała się gospodarka drobnotowarowa, jak stopniowo kończono z gospodarką samowyżywieniową na wsi, jak układały się więzi rodzinne, sąsiedzkie, na czym polegało zakorzenienie etc. Jest dużo białych plam, ale są też obszary nieźle rozpoznane. Jaka jest nasza odpowiedzialność za białe plamy? I czy znamy choćby spisy, nie mówiąc już o treści, prac magisterskich z reguły niepublikowanych, często dotyczących spraw przemilczanych, na tyle, by określić obszar tych plam?

Nie wszystko płynie

Dziś ponownie stoimy wobec całkowicie zmienionej rzeczywistości. I znów okazuje się, że pytania właściwe okresowi socjalistycznej industrializacji nie są dziś na miejscu. Chcę przez to powiedzieć, że to, czym jest etnografia, etnologia, antropologia, zmienia się wraz ze zmianami na świecie. I zmieniają się szczegółowe pytania, a także szczegółowe definicje tych nauk zajmujących się kulturą ludową czy nieelitarną kulturą archaiczną. Nie zmienia się natomiast ich zasadnicza orientacja na człowieka, na stosunki międzyludzkie, na sposób przeżywania i tłumaczenia przez niego świata. I, jak mówił mój profesor Witold Dynowski, etnologia zawsze pozostaje nauką o tym, co ludzi łączy, i o tym, co ludzi dzieli. Przy założeniu, że gatunek ludzki jest jeden, interesują nas odmienności, te właśnie, które zdaniem Gregory’ego Batesona czynią różnicę, czyli są informacją. Informacją o tym, że ktoś jest lub może być bliski, lub że mogę go zabić, bo jest całkiem obcy i nie chroni go moje prawo.

Te poszukiwania etnografowie, etnologowie, antropologowie prowadzą w różny sposób. Nie szukajmy jedynie słusznej nauki i jedynie dobrych wyjść. Szukajmy takich rozwiązań, które możemy kompetentnie realizować. I to jest nasza odpowiedzialność. Rozwiązań, które otwierają umysły na drugiego człowieka, nie każąc nam jednocześnie rezygnować z własnych przekonań.

W praktyce

Etnologia i antropologia mają w swojej historii wiele wątków odnoszących się do zastosowań. Nie wiem, może to moje własne doświadczenia z okresu PRL-u sprawiają, że mam do tego wielki dystans. Nie tylko dlatego, że na przykład wykorzystanie w okresie międzywojennym Skinnerowskiego behawioryzmu jako podstawy organizacji domów dla sierot w USA okazało się błędne, a zastosowanie marksizmu-leninizmu w Polsce było po prostu tragedią. A nie ulega wątpliwości, że pierwsza teza miała swoich gorących zwolenników, a także w drugim przypadku duże grupy intelektualistów zostały uwiedzione wizją państwa, które wie lepiej, które gotowe jest zdjąć z nas troskę o wychowanie dzieci, o wybór miejsca zamieszkania, o pracę, o kierunek studiów; państwa, które było gotowe decydować o wszystkim. Wyjęto nam decyzję z ręki, a tych, którzy protestowali, zamykano w więzieniach. Na konferencji, której materiały opublikowano w książce Społeczne funkcje etnologii (1979), powiedziałam, że lepiej, żeby państwo nie wiedziało o społeczeństwie tego, co wiedzą etnologowie, bo manipulacje mogłyby być znacznie głębsze.

Ale czy z tego wynika, że jesteśmy odpowiedzialni za raz opublikowany materiał? Ale czyż znaczy to, że nie powinniśmy ograniczać się do badań, tylko śledzić, czy nie są przypadkiem przez jakiegoś szaleńca wdrażane wbrew naszym intencjom? Chyba nie. Nie moglibyśmy wtedy skupiać się na badaniach. Czyż nie powinny tego robić media i czy nie powinno to być tak, jak dzieje się z innymi badaniami, socjologicznymi, historycznymi etc? Czy z tego, że wiemy o działalności korporacji międzynarodowych w Ameryce Południowej, ma wynikać, że powinniśmy angażować się w ruch przeciwko nim?

Świadomość konsekwencji

W latach siedemdziesiątych opowiadano mi, że najniebezpieczniejszy w Ameryce Południowej jest zawód antropologa – informującego rdzenną ludność o jej tradycyjnych prawach własności. W czasie spotkania na uniwersytecie w Bernie studenci wyliczyli mi listę nazwisk etnologów, którzy zginęli na początku lat siedemdziesiątych. Potwierdzał to Ives Coppans i jego „Ethnologie et Imperialisme” – cienkie pisma informacyjne dochodziły do nas w pojedynczych egzemplarzach, były rozchwytywane przez studentów piszących na ten temat prace magisterskie. Teraz w „Anthropology Today” (kwiecień 2004), najlepszej gazecie antropologicznej, Nancy Lindisfarne pisze, że współczesny antropolog musi, badając swój konkret, mieć pełną świadomość jego globalnych powikłań i uwikłań. Nie wiem, jak to zrobić. Każde odejście od w miarę klarownych procedur może oznaczać ogólnikowość. Bez tego może z kolei grozić nam brak perspektyw. Jakąkolwiek jednak drogę obierzemy, musimy mieć świadomość konsekwencji swojego wyboru.

Zawsze jesteśmy odpowiedzialni za swoją pracę. Trudno jednak winić XIX-wiecznych etnologów za to, że ich poszukiwania mitycznych początków narodu zostały potem wykorzystane przez szowinistów. Zapewne tego nie przewidzieli, choć może gdyby byli ostrożniejsi i stosowali się do krytyki Berwińskiego, to owym szowinistom i nacjonalistom byłoby trudniej posługiwać się ich materiałem.

Odpowiedzialność

Powstaje jednak pytanie, czy prowadząc badania na przykład nad równym statusem kobiet i mężczyzn, nad preferencjami seksualnymi, możemy zachować swoje poglądy? Czy prawo do aborcji jest tak oczywiste, że każda krytyka tego prawa musi skutkować potępieniem tego, kto takie poglądy głosi? Czy jeżeli solidaryzuję się z Rocco Buttiglione, to muszę ten pogląd ukrywać, gdyż inaczej narażę się na zarzut ciemnogrodu lub wręcz łamania praw człowieka?

Nie ma odpowiedzialności etnografii, jest indywidualna odpowiedzialność etnografów. I odpowiedzialność ta jest ściśle związana z ich poglądami społecznymi, religijnymi, etyką. Dość długo żyłam w PRL-u, by pozwolić, obojętnie komu, liberałom czy fundamentalistom, narzucać jedynie słuszne poglądy. By wiedzieć, że stosunek do tego, jak różni się od nas drugi człowiek, to delikatna materia. Badania naukowe nie dają nam podstaw, by twierdzić ponad wszelką wątpliwość, ile matki potrzeba dziecku, by rozwijało się prawidłowo. I czy zostaje jej czas na karierę? Ona sama musi to ocenić. Nie możemy jej pomóc. My możemy ją tylko w tym wesprzeć.

Nie zapominajmy, że etnografowie często zabierają głos jako eksperci, doradcy instytucji państwowych i społecznych. To przekłada się na działanie tych ostatnich. To jest też, choć niezauważalny, nasz wkład w formowanie poglądów społecznych.

Myślę, że nie etnografowie, ale po prostu obywatele powinni częściej zabierać głos w sprawach publicznych. Bo to, że jesteśmy etnografami, nie znaczy, że wiemy lepiej. Mamy tylko więcej wątpliwości, jesteśmy bardziej sceptyczni wobec własnych ustaleń. I tak powinno być, bo sceptycyzm i krytyka są cechami nauki.

Zofia Sokolewicz - EMERYTOWANA PROFESOR UNIWERSYTETU WARSZAWSKIEGO.

Twój komentarz