Tagi: antropologia podróży
Alina jest na emigracji
21 grudnia 2011
Nazwał ją narzeczoną, choć jedną żonę już ma – w Polsce. Przyjechali do Anglii sześć lat temu. Za chlebem? „Nie… za pieniędzmi” – mówią. W Polsce mają swoje domy i dzieci. Tu – nie wiem. W dalszym ciągu nie wiem, czy coś tu mają.
Wyjechałam latem do Bath w Wielkiej Brytanii na emigrację niezarobkową. Tu nikt w to nie wierzy. Bo jestem Polką i wyjechałam. Ale to prawda. Dużo czytam, piszę i pływam. Typowa ucieczka z serii „chcę zmienić numer telefonu”. Z takich samych powodów mój przyjaciel podczas pisania doktoratu wyjeżdżał do chaty w Borach Tucholskich, gdzie ani on, ani nikt z sąsiadów nie miał Internetu. Z podobnych przyczyn inni wyjeżdżają w Bieszczady lub do Indii, bo Mazury od dawna są passé. Ale do Anglii? Mam pewność, że po powrocie nikt nie będzie mnie namawiał na zorganizowanie pokazu slajdów, podczas którego miałabym opowiadać o przygodach godnych antropologa i podróżnika. Każdy wie, jaka jest Anglia.
Przyjechałam z jedną pomarańczową walizką. Na cztery dni zamieszkałam w wiktoriańskim hotelu na tyle drogim, by nie czuć przyjemności z tego, że hotel i z tego, że wiktoriański. Odręcznie napisane ogłoszenie znalazłam w kościele: „Pokój do wynajęcia dla osoby samotnej lub pary. Strzeżone osiedle, spokojni współlokatorzy, Internet, polska telewizja satelitarna” – nielegalna, rzecz jasna, jak u wszystkich Polaków oglądających ją poza granicami kraju… albo coś w tym stylu. Zadzwoniłam. Potem, po godzinnej rozmowie przy ciemnym, okrągłym stole ozdobionym sztucznymi liliami, Mirosław i Alina zgodzili się, bym z nimi zamieszkała. On nazywał ją narzeczoną, choć jedną żonę już ma…

Dom bez kosza na śmieci
Alina jest zawsze ubrana w krótki szlafrok z Hello Kitty. Chodzi tak w domu, czyli zawsze, ilekroć ją widzę. Włosy zniszczone, pofarbowane kiedyś na rudo. Bliżej pięćdziesiątki niż sześćdziesiątki, jednak biorąc pod uwagę ilość witamin, które zażywa, trudno mieć pewność. Syn, lat 20, mieszka w Polsce, nie chce iść na studia. Wydaje się, że jest niewierząca, tylko ten pomięty obrazek Matki Boski wetknięty za olbrzymią reprodukcję Van Gogha…
Jest trochę jak mieszkanie, które urządziła. Ciemne, monumentalne i jakby niezamierzenie frywolne. Kojarzą mi się z nią trzy rzeczy: olbrzymi telewizor, przed którym siada codziennie, gdy wraca z pracy w fabryce, setki figurek, wazonów, świeczników i doniczek z wyprzedaży, a także serie kosmetyków poustawianych w łazience równiutko, od najmniejszego do największego, jeden obok drugiego. Potrzeba porządku czy wewnętrzny wymóg kontroli? Może poszukiwanie piękna? – zastanawiam się, przyglądając się kolejnym bibelotom oraz poukładanym równo szmatom i środkom czystości.
W domu nie ma kosza na śmieci. Alina po powrocie z pracy wrzuca śmieci do niedużej reklamówki, aby o świcie wynieść je do kontenera stojącego przy domu. By brud nie zostawał w domu bez nadzoru. By się nie wymknął? – myślę, gdy tuż przed jej powrotem w pośpiechu wyrzucam śmieci, które uzbierałam w ciągu dnia i zawieszam nową, czystą reklamówkę z Tesco.

Usiądź za stołem, ja usiądę na kanapie
Alina jest pewna siebie pewnością, jaką zdobywa się poprzez doświadczenie. Nie wierzy, że przyjechałam do Anglii dla przygody, więc uczy mnie przetrwania: „Wydaje Ci się, że cokolwiek wiesz o tym kraju, ale ja tu jestem dłużej” – tym stwierdzeniem, a czasem tylko spojrzeniem, kończy naszą wieczorną wymianę spostrzeżeń. Jest na razie moim jedynym rozmówcą, a i to głównie ze względu na konwenanse. Wiem, że nie chce ze mną rozmawiać, ale musi, bo dzielimy salon, w którym ja jem, a ona ogląda cyfrowy Polsat. Od niechcenia uczy mnie więc życia.
Muszę zapamiętać, że w Bath mieszkają Polacy, Angole i Ciapaci, czyli najprawdopodobniej Turcy albo Hindusi. Polak jest nikim dla Angola, a Ciapaty jest nikim dla Polaka. Są jeszcze Czarni, ale oni się nie liczą, bo mają swoją dzielnicę. Angole są fałszywi, grzeczni i brudni. Ciapaci uśmiechają się i śmierdzą – zwłaszcza kobiety. Ponoć gotują w tym samych strojach, w których zakutane od stóp do głów wychodzą też na miasto. A mówiąc o Polakach trzeba pamiętać, że człowiek człowiekowi wilkiem. Nie ufać i nie mieć nadziei, że będziesz w Anglii kimś. Kimś to mogłeś być w Polsce, ale zdecydowałeś się wyjechać. A że na krótko? Wszyscy tak mówią. Nie ominie cię to bycie nikim, nawet jeśli nauczysz się angielskiego.
Alina coraz częściej wspomina o powrocie do Polski. Tam była kimś, dziewczyna z rodziny przedsiębiorców. Miała na Podlasiu własne sklepy spożywcze, ale zamknęła je, gdy w pobliżu powstały supermarkety. Potem pracowała nad powstaniem stacji benzynowej przy świeżopowstającej obwodnicy, ale po roku starań zabrakło jednego podpisu. Urzędnik wycenił go na 30 tysięcy złotych. Alina ma pieniądze, ale ma też honor. Dlatego, a pewnie jest jeszcze wiele innych powodów, których nigdy nie poznam, wyjechała do Anglii. Po pięciu latach kupiła synowi apartament w Białymstoku. Praca przy taśmie po 12 godzin dziennie, ale tylko przez trzy dni w tygodniu. Z tysiąc pięćset na rękę. Dużo, jeśli się mieszka z pracującym mężczyzną, a antropolog płaci czynsz. Dużo, jeśli się wie, jak pieniędzy nie wydawać.
To jedyny sport, jaki uprawia. Podstawowa zasada: jeśli kupujesz w sklepie lokalnym – przegrywasz. Od dziś liczą się dla ciebie tylko supermarkety. Tesco – już za drogie. Asda – dopuszczalna. Lidl jest dobry, zwłaszcza w czwartki, kiedy mają dostawę. Szukasz etykietki half price. Idziesz do kawiarni lub restauracji – wypadasz z gry.
Musisz liczyć
Ściany mojego pokoju przylegają do sypialni Aliny i Mirosława. Im bardziej oswajamy się ze swoją obecnością, tym częściej słyszę dobiegające zza ściany krzyki: „K…wa, kłamiesz! Z kim się spotykasz?”, lub raczej wysyczane niż wykrzyknięte złowieszczo słowo: „Wyprowadzam się!”. Nigdy nie jestem pewna, czy wieczorem znów zobaczę ich siedzących na sofie przed telewizorem. Jednak dopóki są w Anglii, nie odejdą od siebie. Są na siebie skazani. Alina nie odejdzie, bo zna liczby.
To one są tematem naszych wieczornych rozmów. Zbiornik z ciepłą wodą można włączać tylko od 23 do 5 rano, bo taniej. Ogrzewanie – tylko po północy. Dzień dorabiania na lotnisku to 50 funtów. 9 na 10 mieszkań do wynajęcia nie nadaje się do zamieszkania. Wcześniejsi współlokatorzy pracowali na zmiany: on od 8.00 do 20.00, ona od 20.00 do 4.00. Syn Mirosława, też na emigracji, zarabia 2000 Euro, jego dziewczyna tylko ponad 1000. Nie opłaca się hodować w domu psów rasowych, bo szczeniaka można sprzedać najwyżej za 500 funtów. W salon fryzjerski w Polsce trzeba zainwestować 30 tysięcy… Nigdy nie lubiłam matematyki. Gdybym się jednak zdecydowała wyprowadzić, to już wiem, że czynsz mnie zrujnuje. Ogrzewanie elektryczne mnie zrujnuje. Życie mnie zrujnuje.
Symbolika fig damskich
Boję się jej, bo dom, który wynajmuję, tak naprawdę należy do niej. Ja jestem intruzem. Od pięciu dni w łazience mokną jej majtki. Białe, ładne – na oko z Triumpha. Za małe jak na jej kształty figi leżą w czerwonym wiadrze w małej ilości wody. Codziennie rano wyjmuję to wiadro z wanny, by wziąć prysznic. Potem z namaszczeniem, jak podczas rytuału, odstawiam je z powrotem, zastanawiając się, czy jutro znów je zobaczę. I nie wiem, co to oznacza, i nie śmiem zapytać.

Ewa Wołkanowska-Kołodziej - antropolog, reporter. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą”. Ur. 1983.
pk napisał/a:
4 miesiące, 3 tygodnie temu (22 grudnia 2011, 17:46)
ostro!
ck napisał/a:
4 miesiące, 3 tygodnie temu (27 grudnia 2011, 10:20)
ostatni akapit mnie zabił. gratz