Tagi: animacja kultury | mniejszości | Warszawa
Afryka – Praga – Afryka
4 stycznia 2012
Kamienica Artystyczna przy ulicy Białostockiej na Pradze. Po przejściu przez klatkę schodową, dzieloną z prywatną uczelnią i kilkoma innymi instytucjami, docieramy do Afrykańskiej Szkoły Ruchu i Tańca Uanga.
Szkoła powstała jesienią 2010 roku. Zajmuje przestrzeń na poziomie sutereny, więc przez wychodzące na ulicę okna zaglądają czasem miejscowe dzieciaki. To, co wyróżnia Uangę spośród wielu innych szkół tańca działających w Warszawie, to profil – nastawiona jest przede wszystkim na tańce afrykańskie, choć można się tu uczyć również stylów pochodzących z Brazylii, Jamajki czy tańca arabskiego. Szkoła nie jest przedsięwzięciem czysto komercyjnym. Założycielce Ani Zakrzewskiej zależy, by było to również pewnego rodzaju centrum kultury, miejsce promocji kultur afrykańskich i integracji imigrantów z warszawiakami. O początkach szkoły opowiada:„Moją inspiracją byli moi przyjaciele i znajomi pochodzący z różnych krajów afrykańskich. Zabierali mnie na imprezy, gdzie tańczono jak nigdzie indziej. Inna muzyka, inny sposób tańca, zupełnie inna kultura tańca, wszystko to wciągnęło mnie maksymalnie. Chciałam zarazić tym innych, rozprzestrzenić muzykę i taniec, który w wykonaniu Afrykańczyków jest czymś tak naturalnym. Pomyślałam, że skoro salsa czy dancehall z Jamajki zawładnęły polskimi sercami i nogami, to dlaczego nie afro? Afro dance ma również swoją historię, dzieli się na mnóstwo stylów i technik. Stwierdziłam: robię to! Dlaczego tego rodzaju tańca nie miałoby być w Polsce? Zanim podjęłam tę decyzję, sprawdziłam, czy jest już taka szkoła na rynku. Okazało się, że nie ma. Więc co mnie trzymało – zabrałam się do pracy. Na początku nie mieliśmy w ogóle profesjonalnych tancerzy, tylko moich znajomych, a że pomysł był bardzo fajny, to jak tylko poszło w eter, że taka szkoła powstała, osoby, które zajmują się tańcem profesjonalnie, zaczęły do nas pisać i w chwili obecnej zebraliśmy profesjonalnych i doświadczonych nauczycieli, przede wszystkim kadrę z pasją. Obcokrajowcy uczący wcześniej u nas w kraju popularnych stylów tanecznych znaleźli miejsce, gdzie mogą powrócić do korzeni i zajmować się tym, z czym się urodzili”.

Spontaniczny warsztat Zumby. Impreza andrzejkowa, 26.11.2011
Praskie klimaty
Pierwsze zetknięcie ze szkołą na Białostockiej może budzić niejednoznaczne uczucia. Prowizoryczna szatnia wydzielona jest za pomocą wiklinowych parawanów, przy ścianach biegną rury, a gdy na zajęcia przyjdzie więcej osób, nie wszystkie mieszczą się przed lustrem. Jednocześnie w atmosferze szkoły jest coś przyciągającego; w ciepłym, żółtym świetle, w kolorowych elementach wystroju zawieszonych na ceglanych ścianach, w recepcji umieszczonej za kontuarem – pozostałości po znajdującym się tu kiedyś pubie.
Ania czuje magię miejsca:
„Kamienica ma swoja historię, jest utrzymana w takim, a nie innym klimacie. Po prostu jak się wchodzi, to od razu dech zapiera w piersiach. Ja przynajmniej, jak tu weszłam, to dostałam takiego uderzenia pozytywnej energii (…). Mimo tego, że to nie jest jakieś super, pięciogwiazdkowej jakości, ale tutaj jest bardzo ciepły klimat, dobre duchy tutaj są, naprawdę to czuć, jak tylko się wchodzi. I decyzja była podjęta bardzo szybko, bo właściwie jak znalazłam to miejsce, to już nie szukałam nigdzie indziej”.
Niemający znamion luksusu charakter szkoły działa w na jej korzyść. Uczestnictwo w zajęciach jest momentem zetknięcia z inną kulturą – tańce pochodzą spoza Europy, a wiele grup prowadzą obcokrajowcy. Wymaga to od uczestniczek, nazywanych kursantkami, pewnej dozy ciekawości i otwartości. I tutaj „luźna” atmosfera szkoły okazuje się bardzo pomocna — pozwala na wyjście poza to, czego zabiegani warszawiacy mogliby oczekiwać od „sektora usług” i przyjęcie tego, co przynosi sytuacja. Założycielka mówi o kursantkach:
„To są ludzie, którzy są przede wszystkim ciekawi. U nas nie ma ludzi przypadkowych. Przychodzą, bo chcą zobaczyć, co jest tutaj ciekawego i jak się im spodoba, to po prostu zostają. Jeśli szukają elegancji i pięciogwiazdkowych standardów łazienkowych i szatniowych – tutaj tego nie znajdą. U nas znajdą ciekawych ludzi i ciekawy taniec”.
Nie tylko taniec
Choć Uanga działa jako firma i musi liczyć się z realiami ekonomicznymi, w przypadku tej szkoły uczenie tańca nie jest działalnością czysto komercyjną. Jak twierdzi założycielka:
„Zależy mi na tym, żeby nauka tańca w naszej szkole była taka, że nie uczymy się przede wszystkim techniki, a kultury tańca”.
Przykładem takiego podejścia był jeden z wakacyjnych warsztatów:
„Podczas wakacji był u nas Sleyk da Bahia, choreograf bardzo znanej grupy Olodum z Brazylii (…). Jak prowadził warsztaty, to najpierw opowiedział historię Brazylii, regionu, z którego pochodzi, dlaczego tak a nie inaczej się tańczy, także był to warsztat nie tylko z techniki tańca, ale i jego historii i kultury”.
Takie podejście wpływa na dobór kadry, a co za tym idzie – styl i sposób prowadzenia zajęć. Zapewne nie wszystkie osoby, które trafiają do szkoły, akceptują te założenia i ich konsekwencje, dla części jednak są one jednym z czynników przyciągających na zajęcia.
„Jeżeli Rose [instruktorka] jest z Brazylii, tańczy tańce brazylijskie, a my chcemy się tego uczyć i nam to sprawia przyjemność, jesteśmy ciekawi tego tańca, jesteśmy ciekawi samej Rose… Jak nauczyć się tańca wywodzącego się z Brazylii? Od Polki czy od Brazylijki? To jest bardzo duża różnica. Bo mimo wszystko, nawet jeżeli Polak lepiej wytłumaczy to technicznie, to i tak nie zatańczymy tak dobrze, jakbyśmy się uczyli od Brazylijczyka. Osoby z innych krajów, które uczą swoich tańców, przekazują nam cząstkę siebie i swojej kultury. Oni ten taniec przekazują w zupełnie inny sposób niż regularny nauczyciel w przeciętnej szkole (…). Nie wszystkim kursantom to pasuje. Niektórzy są przyzwyczajeni do tego, jak jest w innych szkołach, a kiedy przyjdą do nas, spodziewają się, że dostaną to samo. U nas jest inaczej i tutaj trzeba szanować to, że instruktor uczy tak, a nie inaczej. Bo w Brazylii inaczej się uczy tańca, w Afryce też się inaczej uczy tańca. Tam nie ma luster na przykład, lustra wręcz przeszkadzają, bo w lustrach się poprawiamy, sprawdzamy, jak wyglądamy, a mamy się skupić na rytmie, na muzyce”.
W Uandze lustra są.
Ciało moje – nie-moje
W Afrykańskiej Szkole Ruchu i Tańca mogłam zaobserwować sytuacje kontaktu międzykulturowego przebiegające na różnych płaszczyznach. Jedną z nich znaleźć można na poziomie tańczących ciał.
Sposób poruszania się w różnych stylach tańców uczonych w szkole odbiega od tego, do którego mieszkańcy Europy są przyzwyczajeni i który uważają za naturalny. Nauka tych stylów oznacza więc nie tylko poznawanie swoistych dla danego regionu tańców i sposobów poruszania się, ale też odkrywanie nowych obszarów we własnym ciele. Obserwowanie siebie w lustrze podczas wykonywania specyficznego układu ruchów może przynosić zdziwienie, zaskoczenie widokiem własnego ciała tak dobrze znanego, ale zachowującego się odmiennie.
Uczucia te wzmagają się, kiedy okazuje się, że pewnych ruchów po prostu nie jesteśmy w stanie wykonać. Na pierwszych zajęciach według synkretycznego, autorskiego programu Hip-Hit, kolokwialnie nazywanych „trzęsienie pupą”, instruktorka prosi o naprzemienne wypinanie i wciąganie pośladków, najpierw powoli, a potem szybciej, szybciej, jeszcze szybciej, aż ciało zaczyna trząść się jak galareta.
Same ruchy bioder nie wystarczą, trzeba uruchomić mięśnie pośladków. Tylko gdzie są te mięśnie? Jak nimi poruszać? Czy to w ogóle możliwe, żeby nie napinać jednocześnie całych nóg i brzucha? I gdy stwierdzamy, że nie ma takiej możliwości, okazuje się, że powinniśmy napinać raz lewy, a raz prawy pośladek. To je w ogóle można oddzielić?
W takich sytuacjach można realnie odczuć, jak daleko sięga kulturowa konstrukcja naszych ciał. Że warunkuje ona nie tylko konceptualizacje i przekonania na temat ciała, ale też umiejętności poruszania jego poszczególnymi częściami, a nawet samowiedzę, czym w ogóle poruszać się da.
Poznajcie moją kulturę
Obcokrajowcy związani ze szkołą, w roli instruktorów czy innej, kierują się zapewne różnymi motywacjami. Miałam okazję porozmawiać z Rose z Brazylii, która uczy m.in. stylów afro brasil i samba reggae. Przed przyjazdem do Polski tańczyła przez 14 lat, studiowała taniec i antropologię. W Uandze może przekazywać innym to, co potrafi. Właścicielkę szkoły poznała przez koleżankę i sama zaproponowała, że poprowadzi zajęcia. Szkoła daje jej też możliwość legalnej pracy, której znalezienie dla obcokrajowca – zdaniem Rose – graniczy z cudem. Myśli jednak nad powrotem do Brazylii, żeby dokończyć edukację i zdobyć dyplomy, a przede wszystkim, by dalej doskonalić swoje umiejętności.
Zapytana o związanych ze szkołą imigrantów, Ania mówi:
„Są osoby, które przyjechały tutaj prowadzić działalność artystyczną. Są osoby, które przyjechały tutaj, bo ich rodzice są dyplomatami, siłą rzeczy musieli zostać, a że mają jakiś talent, znają swoje tańce… (…). Ale np. techniki nauczania poznali już tutaj. Są studenci, którzy przyjechali tutaj się uczyć, a ich dodatkową działalnością jest działalność artystyczna na rzecz swojego kraju. Ci, których znam, angażują się w to, aby promować swoją kulturę. Ze względu na to, że jednak Polacy są bardzo hermetyczni jeżeli chodzi o kulturę i są zamknięci, obcokrajowcy często się zderzają z nieprzyjemnymi sytuacjami (…). Dlatego niektórym zależy na tym, żeby aktywizować się w kierunkach takich na przykład, jak taniec, żeby przekazywać innym: «Ja też jestem fajny, jestem ok, umiem to i to, a wy czegoś takiego nie macie i nie umiecie»”.
Ania przyznaje, że współpraca nie zawsze przebiega gładko:
„Oni są tutaj obcokrajowcami i to, że są tacy, a nie inni, to jest ich walor, to jest jakaś wartość, której tak łatwo nie chcą oddać. Dlatego czasami trzeba namawiać, motywować, przekonywać, czy na przykład dawać stawki większe niż przeciętna na rynku aby nam, Polakom, po prostu sprzedali trochę swojej kultury, swojej pasji i umiejętności”.
Zaraz potem opowiada o przypadkach większego zaangażowania:
„Mimo wszystko większość z nich stara się o promowanie swojej kultury (…). I jeśli na przykład nasz instruktor z Konga, Guyguy, chce coś zrobić właśnie na temat Konga, to on się w to angażuje. Zaprasza swoich znajomych, swoich rodaków również mieszkających w Warszawie. Do tego organizujemy warsztaty plus wieczorem fajna impreza z wybornymi gośćmi. To jest bardzo fajne, bo Polacy przychodzą na taką imprezę, wchodzą jakby w zupełnie inny klimat. Mają po prostu Afrykę w Warszawie. I to faktycznie się sprawdza, to mi się faktycznie udało stworzyć dzięki zaangażowaniu przede wszystkim instruktorów”.
Poznajmy się wzajemnie
Szkoła to nie tylko miejsce poznawania elementów obcych kultur, ale też przestrzeń, w której spotykają się osoby pochodzące z różnych stron świata. Stanowi punkt zaczepienia, który umożliwia nawiązywanie nowych znajomości. Przychodzące do Uangi warszawianki mają okazję poznać się między sobą. Jak mówi Ania:
„Jest tak, że jak się przychodzi do nas na imprezę, nawet nie trzeba zabierać ze sobą znajomych, bo tutaj na pewno się pozna jakieś osoby. Często (…) kursantki, które mieszkają w różnych miejscach, umawiają się, że tutaj się spotkają. Nie czekają na jakąś koleżankę, chłopaka czy męża, że pójdzie z nimi, tylko zostawiają swoje sprawy i przyjeżdżają tu, bo wiedzą na pewno, że tutaj spotkają kogoś znajomego. A jak nie znajomego, to zaraz kogoś poznają”.
Na imprezy kulturalne przychodzą warszawiacy i obcokrajowcy. Przesadą byłoby jednak stwierdzenie, że poprzez funkcjonowanie we wspólnej przestrzeni bariery kulturowe zostają całkowicie zniesione. Obie grupy trzymają się raczej w swoim gronie:
„Obcokrajowcy między sobą łatwiej nawiązują kontakt. Nie integrują się tak szybko z Polakiem, jak z obcokrajowcem. Tak samo Polacy, bardziej integrują się między sobą niż z obcokrajowcami. Instruktorzy są bardzo mili dla Polaków i wszystko jest tutaj OK, ale widać, że jak jest impreza czy jakieś spotkanie i przychodzą nowi ludzie, to obcokrajowcy są nawzajem siebie ciekawi, że ten jest z tego kraju, ten jest z tamtego kraju: «Jak ci się żyje w Polsce?» – taka wymiana doświadczeń. Mają wspólne tematy po prostu. (…) Chociaż znowu kursantki mają świetne kontakty ze swoimi instruktorami”.
Dystans między tymi grupami nie jest jednak nieprzekraczalny. Taniec pomaga przełamywać bariery kulturowe, stanowi punkt styczny ułatwiający nawiązywanie kontaktów:
„Rodzi się później lekka przyjaźń, ja wśród swoich kursantek też mam już sporo koleżanek, że już nie jest na pan/pani, tylko są koleżanki. Reszta instruktorów ma tak samo. Integrują się ze swoimi kursantami, no i później są na przykład wspólne wyjścia na imprezę. Łączy ich zawsze jedna rzecz: wspólne zainteresowania. Zawsze jest jakiś wspólny mianownik”.
Na zakończenie
Uanga to miejsce, gdzie kontakt międzykulturowy przebiega na różnych płaszczyznach. Związani ze szkołą obcokrajowcy mogą promować tu swoja kulturę, pokazywać jej wartość, a przez to przyczyniać się do przełamywania uprzedzeń. Warszawiacy przychodzący do szkoły – czy to na zajęcia, czy na imprezy – poznają pozaeuropejskie kultury, a w każdym razie pewne ich elementy atrakcyjne dla ciekawych świata mieszkańców Europejskiego miasta.
Poznanie to ma charakter w pewnej mierze pozaintelektualny, oparty na wrażeniach zmysłowych, doświadczaniu ruchu i muzyki. Przede wszystkim jednak spotykają się tu ludzie: obcokrajowcy i mieszkańcy Warszawy, ze sobą i między sobą.
Funkcjonowanie we wspólnej przestrzeni może stanowić okazję do podjęcia prób redukowania wzajemnego dystansu. Teraz to od odwiedzających szkołę zależy, czy wzajemne poznanie wyjdzie poza poziom fascynacji egzotyką i odmiennością, nabierze charakteru autentycznych relacji interpersonalnych i umożliwi bardziej pogłębione zrozumienie pozaeuropejskich kultur.
Tekst powstał w ramach projektu “Miasto oddolne” współfinansowanego przez m.st. Warszawa.

Projekt współfinansuje Miasto Stołeczne Warszawa
Marta Elas - antropolożka, absolwentka Instytutu Etnologii i Antropologii Kulturowej UW i studentka Szkoły Nauk Społecznych PAN. Zajmuje się tematyką gender, pracy i opieki oraz nierówności społecznych.
